atacama

Darmowy hotel w Mieście Duchów

Po kiepsko przespanej nocy ranek na wietrznym pustkowiu. Budzą mnie ptaki harcujące pod blaszanym, wysokim dachem. Wnętrze zrujnowanego budynku prawie tak samo ciemne jak w nocy. Tylko przez dziury w dachu i rozchylone na stałe żelazne wrota sączy się trochę światła. Kiedy wczoraj w nocy natknąłem się to smutne, wymarłe miasteczko, nawet nie zdołałem się dobrze rozejrzeć. Nie tyle z racji ciemności, co z wyczerpania. Tak bardzo byłem wykończony walką z przeciwnym wiatrem, tak bardzo wycieńczony psychicznie nocną jazdą bez świateł.

 

mars_likeŚwiatełka od roweru straciłem na samym początku podróży, w samolocie z Madrytu do Limy. W Peru i Boliwii nie miało to wielkiego znaczenia – tam na drogach poza miastem nikt nocą nie jeździ. Za to w Chile, na ciemnej i ruchliwej szosie przez Atakamę, podróż nieoświetlonym rowerem po zmroku była niczym zabawa w rosyjską ruletkę dwoma rewolwerami naraz. „Któraś z tych wielkich ciężarówek w końcu mnie zahaczy, ile razy można mieć szczęście?!” – z tą jedną myślą w głowie, wypluty i zdesperowany gnałem na ślepo przed siebie. Marzyłem tylko o tym, żeby znaleźć jakieś miejsce osłonięte od wiatru, jakiś rów, duży kamień, cokolwiek. Rozbić wreszcie namiot i zapomnieć o strachu. Równie dobrze mogłem prosić w tym miejscu niebiosa o śnieg. Następnych kilkanaście kilometrów pod wiatr, kilkadziesiąt ciężarówek o mały włos… i nic, zupełnie nic oprócz równej jak stół pustyni. Wtedy właśnie w ciemnościach natknąłem się na owe opuszczone miasto, jedno z wielu Ghost Towns przy drodze łączącej Calamę z Antofagastą. Rozłożyłem namiot na zakurzonej, betonowej podłodze w jakiejś zrujnowanej hali i natychmiast zasnąłem.

 

W środku nocy obudził mnie dziwny odgłos. Raz i znowu. „Czy ktoś tu jest oprócz mnie?” - jakiś czas nasłuchiwałem niespokojnie. W końcu zdołałem zasnąć ponownie, ale nie był to już spokojny sen. Jakież demony mogą czaić się w wymarłym miasteczku na środku pustyni Atacama?

unita hill
Teraz w wątłym świetle mogę lepiej ocenić budynek, który zeszłej nocy z przymusu stał się moim hotelem. Cóż, nie jest to hotel pierwszej kategorii. Dawniej musiał tu być magazyn albo mała fabryka – po kątach rdzewieją jeszcze szczątki jakichś instalacji, na środku zaś coś, co wygląda jak silos albo dziwny zbiornik bez dna. Opuszczoną przez ludzi halę objęły w posiadanie ptaki. Ich głosy odbijają się echem w mrocznym wnętrzu i mieszają z czymś jeszcze. Ten drugi odgłos sprawia, że znowu cierpnie mi skóra. Nie chcę nawet myśleć, co to jest. Może to wiatr śpiewa pod dziurawym dachem i jęczy pogięta blacha, a może to naprawdę nawiedzony dom w mieście duchów.

 

Na wszelki wypadek śniadanie przygotowuję na zewnątrz. Gdy gotuję wodę na herbatę, kończy się ostatni nabój z gazem. A więc to już ostatni ciepły posiłek. Trudno, i tak niewiele czasu zostało. Cztery naboje w sam raz starczyły na trzymiesięczną podróż. Zjadam, co mam, zwijam namiot z brudnej podłogi i natychmiast ruszam w drogę. Wiatr oczywiście dmie w twarz, ale niezbyt silny, więc średnia szybkość to od razu wyśrubowane 25 km/h. Droga obniża się stopniowo. Napotykam kolejne wymarłe miasteczko. Kilka kilometrów dalej następne. W czasach prosperity pustynia tętniła życiem. Teraz po gęstej gliniano-ceglanej zabudowie z początków XX stulecia nie zostało nic oprócz szczątków ścian. Obok miast nieczynne, opuszczone kopalnie saletry. Miejsca podobne do siebie, jak groby na starym wojskowym cmentarzu – różnią się tylko stopniem rozkładu. Robię zdjęcia i zjadam ostatnie banany. Wiozłem je jeszcze z Calamy.

 

Przy szosie mnóstwo kapliczek. Od bardzo prymitywnych w postaci krzyży skleconych z dwóch patyków, aż po bardzo wystawne i zadbane bielone domki, ławeczki, altanki… Niektóre z nich wyglądają tak, jakby ktoś przerobił na chrześcijańską modłę małe pogańskie budki, stawiane tu dawniej zgodnie z lokalnymi wierzeniami.

 

W przydrożnej knajpie, dzięki uprzejmości kelnerki nabieram wody. Kilku miejscowych machos podnosi głowy znad porannego piwa. Taksują mnie od stóp do głów. Prawie trzy miesiące w podróży, dziesięć kilo wagi mniej – nie bardzo mają co taksować. Dziewczyna z niewinnym uśmiechem proponuje, bym rozbił namiot na placyku za barem. - No, gracias – jeszcze nie ma południa, nie przejechałem nawet 15 km! Chłopaki od piwa patrzą na mnie spode łba. Pewnie od tygodni zabiegali o względy dziewczyny, żeby teraz w jednej chwili przegrać walkowerem z przyjezdnym wychudzonym brudasem.

 

desert roadRuszam dalej. Około południa, tak jak wczoraj, zrywa się południowo-zachodni wiatr. Właściwie nie wiatr, a prawdziwa wichura. Jeszcze przez jakiś czas próbuję walczyć, lecz szybko opadam z sił. We właściwym momencie napotykam oazę i na dwie godziny uwalam się na ławce w cieniu palm. Drzewa egzystują w tym miejscu tylko dzięki biegnącemu wzdłuż drogi podziemnemu wodociągowi. Zjadam kanapki z pasztetem i marmoladą – to wszystko, co zostało. Spora część jedzenia ląduje w żołądkach tutejszych psów. Cała ich sfora kręci się niby od niechcenia w pobliżu. Gdy tylko rzucam w ich stronę pierwszy kęs, podchodzą bliżej i rozsiadają się dookoła. Bezczelnie patrząc mi w oczy czekają na ciąg dalszy. Nie mają tu lekkiego życia. Maleńka oaza jest dla nich jak uboga wyspa, z której nie da się czmychnąć. Większość z nich zalękniona, nieufna, na każdy mój gwałtowniejszy ruch natychmiast zrywa się do ucieczki. Tylko szczeniaki baraszkują beztrosko na zraszanej z hydrantu trawie. Dobrze jest być szczeniakiem i niczego jeszcze nie rozumieć.

 

Najedzony, rozleniwiony, z ociąganiem wsiadam na rower. Wicher jeszcze bardziej przybrał na sile. Tak jest tu zawsze po południu. Nadaremnie próbuję osiągnąć chociaż połowę poprzedniej prędkości. 10 km/h to wszystko, na co mnie stać. Już wiem, że nie dotrę do wybrzeża przed nocą.