Campo de Hielo Sur

Świąteczno-noworoczna wyprawa w Andy

Listopad 2012 - Styczeń 2013

 

Poprzednie wpisy:

 

 

20 Stycznia 2013

Obrazki znad krawędzi

 

Cotahuasi bus

Maleńki autobusik sunie serpentynami w górę kanionu Cotahuasi. Momentami prawie staje dęba na niemożliwie stromej drodze. Ta droga to jakiś żart. To raczej bezdroże nad przepaścią, odrobinę zniwelowane, żeby dało się jechać. Trzęsie jak cholera, silnik rzęzi, kamienie obsypują się spod kół w otchłań, a stary grat ledwie trzyma się kupy. Pogięta, przerdzewiała na wylot karoseria, drzwi na zasuwkę i brak kilku szyb są w standardzie.

 

Autobusik w młodości był Toyotą, ale ilość przeróbek, napraw i usprawnień powoduje, że jego marka ma wyłącznie wartość historyczną. Najważniejszymi z usprawnień są oczywiście bagażnik na dachu i stalowa drabinka, bo stwarzają możliwość powiększenia przestrzeni ładunkowej w górę praktycznie w nieskończoność. Na dachu busika piętrzą się więc zgrzewki butelek coca-coli i inka-coli, butle z gazem, rozmaite tobołki i worki, narzędzia rolnicze oraz taczka. Gdzieś w tym wszystkim jest też zapewne mój plecak. W każdym razie był, kiedy wyruszaliśmy z miasta. Na dachu jedzie też pomocnik kierowcy. A w każdym razie był tam, kiedy wyruszaliśmy z miasta.

 

Parter pojazdu przeznaczony jest dla pasażerów. Teoretycznie. Bo oprócz ludzi, w kabinie podróżują jeszcze inne stworzenia oraz wszelkie rzeczy, które były zbyt kruche lub cenne, żeby umieścić je na dachu. Jadą zatem kurczaki i świnki morskie w tekturowych pudełkach z dziurkami, jakieś zielsko pozawijane w różowe koce, sadzonki pomidorów w doniczkach, masa plecionych chińskich toreb z tajemniczą, cenną zawartością, plastikowe rury wodociągowe, koło zapasowe i jeden pies kundelek. Piesek jest bezpański, a przynajmniej do nikogo się nie przyznaje. Po prostu korzystając z zamieszania, wślizgnął się pod fotel i teraz jedzie sobie na wycieczkę - jeszcze jeden patiperro. Ów dobytek i inwentarz, wymieszany z kolorowym kłębowiskiem ludzkich ciał, wypełnia całą dostępną kubaturę pojazdu.

Cotahuasi bus

 

Masa ludzka jest zaiste kolorowa i miejscami wygląda jak wiosenna łąka, bo Indianki jadą w różowych i seledynowych swetrach, w ich mniemaniu idealnie harmonizujących z czerwienią spódnic, a w filcowe kapelusze mają powpinane sztuczne kwiaty. Im większa modnisia, tym bujniejszy kwietnik ma na swoim sombrero. Panny na wydaniu noszą na głowach całe ogrody botaniczne. Po tym je poznasz. Manewrowanie taką plastikową rabatą w ciasnej, nabitej ludźmi kabinie jest dość ryzykowne i wymaga nie lada wprawy, ale czegóż to nie robi się dla mody.

 

Innym hitem sezonu są dzieci, zarzucone na plecy w kolorowych chustach. Bez takiego modnego dodatku, a czasami i dwóch - z przodu i z tyłu, żadnej eleganckiej kobiecie powyżej lat czternastu nie wypada pokazać się w mieście.

 

Z miasteczka Cotahuasi wyruszyliśmy o piętnastej. Czyli o szesnastej, bo choć autobus był pełen ludzi, kierowca wciąż zwlekał z odjazdem licząc na kilku dodatkowych pasażerów. Nikt nawet nie mrugnął wobec godzinnej zwłoki, wszyscy cierpliwie ćwiczyli swoje pozycje yogi w kabinie. Cotahuasi busZ czystej ciekawości i z nudów policzyłem ilość siedzeń i liczbę osób w środku. Na 11 miejsc wyszło mi 21 osób. Część oczywiście jechała na stojąco, choć miejsca do stania nie przewidziano. Dość powiedzieć, że w chwili wyjazdu busik wydawał się mocno przepełniony. Tak jakby w peruwiańskiej odmianie hiszpańskiego istniało słowo "przepełniony".

 

Jeszcze zanim wyjechaliśmy z miasta, dosiadły się następne cztery osoby. Pomocnik kierowcy - właściwe należałoby go nazwać "upychaczem" - bez ceregieli ładował do środka każdego, kto tylko machnął ręką, tak jakby mikrobus miał gumowe ściany. W Peru na wiejskich trasach człowiek jest tylko workiem kilkudziesięciu kilogramów mięsa i kości, które należy jakoś zapakować na pokład, a słowo "komfort" kojarzy się wyłącznie z proszkiem do czyszczenia toalet. Mniej więcej tak, jak na europejskim niebie. Idę o zakład, że do rozwijania strategii biznesu, Ryanair od dawna zatrudnia peruwiańskich specjalistów.

 

Cotahuasi style

Mikrobus rzeczywiście musiał być z gumy, bo jakimś cudem upychaczowi udawało się wciskać kolejne osoby w pozornie jednolitą masę. Był prawdziwym mistrzem w swoim fachu, a taki mistrz potrafi zakpić z fizycznej zasady, że dwa przedmioty jednocześnie nie mogą zajmować tego samego miejsca. Przy dwudziestu sześciu pasażerach straciłem rachubę i postanowiłem skupić się na oddychaniu, które raptem stało się skomplikowaną czynnością. Zacząłem nawet podejrzewać, że słowa "limit" w tutejszym zestawie pojęć również nie ma. Ale nie. Limit ładowności busika został osiągnięty jeszcze na rogatkach Cotahuasi, kiedy to upychacz wcisnął dwie osoby na swoje miejsce, sam zaś przeniósł się na dach. I tak sobie teraz wesoło jedziemy w komplecie.

 

Wyczuwam, że psi pasażer na gapę, który do tej pory zajęty był obgryzaniem krzaczków pomidorów, obecnie coraz bardziej interesuje się moją nogawką. Niewiele mogę zrobić w tej sprawie, bo ręce mam skrępowane grubym jegomościem siedzącym mi na kolanach oraz Indianką z dzieckiem, przypierającą mnie do szyby. Ale to nie jest mój główny problem. Główny problem znajduje się tuż nad głową i ma postać małej metalowej skrzyneczki z czerwonym krzyżykiem. Sufit, który już wcześniej lekko uginał się pod ciężarem bagażu, teraz, z dodatkową osobą na dachu, jeszcze bardziej się zapadł. Na każdym wyboju drogi walę więc głową w metalową apteczkę, przyczepioną do sufitu dokładnie nade mną.

 

Taka apteczka - dobra rzecz. W każdej chwili może się przydać do opatrzenia czoła rozbitego o apteczkę właśnie. Taka idea musiała przyświecać temu, kto ją w tym miejscu instalował. Oprócz podstawowego zastosowania, rzecz jasna - w przypadku, gdy mikrobus stoczy się w tysiącmetrową przepaść. A że stoczy się, wydaje się pewne, bo mimo że jestem rozpłaszczony na szybie, nie widzę krawędzi drogi wystającej spod kół pojazdu. Widzę za to odległą rzekę w dole i pola prześwitujące między chmurami. Cotahuasi stylePatrząc w dół przez okno można by dojść do wniosku, że autobus w ogóle nie opiera się na drodze, tylko sunie w powietrzu i to nie wyboje tak nami targają, lecz powietrzne turbulencje.

 

Zawsze bawi mnie pytanie, które słyszę co jakiś czas w związku z tym, że lubię podróżować po Ameryce Łacińskiej rowerem: "A boliwijską drogą śmierci już zjeżdżałeś?" Pytający mają na myśli pewną od dawna nie używaną drogę w pobliżu La Paz - atrakcję wylansowaną przez przewodniki dla szukających adrenaliny rowerzystów. Co roku tysiące wyznawców Lonely Planet zjeżdża tamtędy na wynajętych rowerach myśląc, że robią coś niezwykłego. Tyle, że w Andach co druga boczna droga to prawdziwa droga śmierci, a w kanionie Cotahuasi każda.

 

Teraz czując, jak nabity ludźmi stary wrak mozolnie pełznie pod górę centymetry od urwiska, jak zwykle szukam punktu zaczepienia dla optymizmu. Tłumaczę sobie, że kierowca, jeśli jest młody, to bardzo chce żyć; jeśli jest stary, to znaczy, że jeździ tą drogą od lat. Tak czy inaczej, wbrew temu co widzę, szanse na przeżycie są spore. Ten wniosek zdają się podzielać pozostali pasażerowie - nie zważając na koszmarny ścisk, większość ucięła sobie drzemkę. Czemu nie, skoro i tak opierają się o siebie nawzajem. Widok kiwających się głów w kwiecistych kapeluszach działa na nerwy jak balsam. Kojąco działa też ozdobna makatka nad głową kierowcy, rozpostarta na całą szerokość przedniej szyby. "Jezus jest moim co-pilotem" - głosi wielki napis, wyszywany złotą nitką na czerwonym tle. Dobrze wiedzieć. Szanse, że nie spadniemy wciąż rosną.

 

I rzeczywiście - po dwóch godzinach mordęgi i nerwów dojeżdżamy do Charcana. O dziwo, pomocnik kierowcy zdołał utrzymać się na dachu. Teraz złazi i z upychacza przemienia się w konduktora. Podczas gdy jednolita ludzka masa z trudem rozplątuje się i stopniowo przybiera dawną, rozproszoną postać, on stojąc w drzwiach wyciąga rękę po pieniądze.

 

Powrót do góry

11 Stycznia 2013

Choquequirao dla wytrwałych

 

Choquequirao

Siedzę na starożytnym kamiennym murku w najwyższym punkcie wąskiego grzbietu wcinającego się w zakole głębokiej doliny i patrzę z góry na imponujące inkaskie ruiny. Prawie pionowe stoki zbiegające daleko w dół ku rzece, uformowane są w regularne wąskie tarasy. Po obu stronach grzbietu, do niemożliwie stromych zboczy przyklejone są kamienne budynki i mury. Oto budowle, które przez pięćset lat opierały się trzęsieniom ziemi, ulewnym deszczom, a co najważniejsze, zdołały skryć się przed najbardziej niszczycielską siłą - człowiekiem. Konkwistadorzy nigdy w to miejsce nie dotarli i przez cztery wieki nikt tu nie zaglądał. Dopiero w 1909 roku, podczas poszukiwań ostatniej stolicy Inków, na ruiny natknął się młody historyk z Yale o nazwisku Hiram Bingham...

path to Choquequirao

 

Z powyższego wstępu można by w ciemno wnioskować, że siedzę w Machu Picchu. Opis pasuje jak ulał do zadeptywanej codziennie przez tłum turystów peruwiańskiej mega atrakcji: Choquequirao niedostęny grzbiet w zakolu rzeki, zagubione inkaskie miasto i nazwisko odkrywcy. Tylko jeden, za to zasadniczy szczegół nie pasuje: ruiny u moich stóp są całkowicie puste i ciche. Jestem dziś jedynym zwiedzającym.

 

Ten spokój, to największa atrakcja Choquequirao, miejsca odległego zaledwie o 50 km od znanego wszystkim andyjskiego cudu świata. Kombinat, zwany Machu Picchu, codziennie przekuwa trzy tysiące zwiedzających na twardą walute. Do Choquequirao tylu turystów nie zagląda przez rok. Fakt, architektonicznie to miejsce przegrywa w przedbiegach z największą atrakcją Peru. Tam mury i budowle z wielkich granitowych bloków, dopasowanych jak gigantyczne puzzle, tutaj mniej efektowne, rozproszone budynki. Ten oczywisty brak kompensuje za to umiejscowienie Choquequirao. Pejzaż, jaki mam u stóp, jest jeszcze bardziej spektakularny niż znany wszystkim obrazek z doliny Urubamba. Kanion Apurimac, nad którym "wisi" Choquequirao, jest bowiem kilkukrotnie głębszy. Tarasy, wycięte na tej wysokości w prawie pionowym stoku, robią kolosalne wrażenie, nie tylko za sprawą białych wizerunków lam, ktore je zdobią. Pytanie, które zadaje sobie każdy ze zwiedzających Machu Picchu, w ruinach Choquequirao nabiera nowego wymiaru: "Dlaczego u licha tutaj, a nie w jakimś łatwo dostępnym miejscu w dolinie?"

 

Choquequirao

Rząd Peru robi wiele, żeby rozreklamować to miejsce, jako Machu Picchu w wersji 2.0. Póki co bezskutecznie. Skąd taka olbrzymia dysproporcja w ilości zwiedzających? Z jednej strony Machu Picchu obrosło sławą i estymą wielokrotnie przewyższającą jego rzeczywistą historyczną wartość - przewodniki wręcz "każą" ci tam być. Z drugiej strony, żeby dotrzeć do Choquequirao, trzeba się nieźle napocić i natrudzić. Dojście z najbliższej miejscowości do ruin zajmuje dwa dni i polega na przejściu na drugą stronę kanionu Apurimac. Po zejściu 1500 metrów na dno kanionu, czeka cię tyle samo podejścia stromą ścieżką z przeciwnej strony. Żadnych ułatwień, żadnej drogi na skróty. Naprawdę trzeba być miłośnikiem historii i pieszych wędrówek, żeby się tu wdrapać! Dodatkowymi atrakcjami w głębi kanionu są roje krwiopijnych muszek oraz przeprawa ponad rwącą rzeką wagonikiem na linie, prowizorycznie przeciągniętej w miejsce zerwanego mostu. Most stał się historią po tym jak gigantyczne osuwisko ziemi spowodowało podniesienie poziomu rzeki o wiele metrów. Jego szczątki złowieszczo grzechoczą tuż obok przeprawy linowej.

 

"Nic dziwnego, że duża cześć potencjalnych zwiedzających kończy swoją przygodę z Choquequirao, Choquequiraojak tylko wyjdzie na brzeg kanionu i zobaczy co ich czeka. Robią zdjęcie z tamtej strony doliny i wracają." - śmieje się stróż i sprzedawca biletów w jednej osobie, który oprócz mnie i sympatycznego osiołka, jako jedyny przechadza się dziś po ruinach. Jednocześnie opowiada mi o planach budowy nowego mostu, a w przyszłości kolejki linowej spinającej oddalone o kilka kilometrów stoki kanionu. Wszystko po to, żeby pobudzić ruch turystyczny.

 

Na szczęście to Peru, nie Szwajcaria - myślę sobie, sycąc oczy widokami, a uszy ciszą - więc można być spokojnym, że kolejka linowa ponad przepastną doliną Apurimac jeszcze przez wiele lat pozostanie tylko pięknym marzeniem. Dopóki istnieje tylko ten jeden szlak, Choquequirao nigdy nie stanie się drugim Machu Picchu. Całe szczęście, że obok napompowanych do granic absurdu "nowych cudów świata", istnieją jeszcze alternatywne, równie spektakularne miejsca, które można podziwiać jedynie do spółki z osiołkiem. "Zagubione miasta" wciąż jeszcze autentycznie zagubione, bo nie da się ich tak zwyczajnie odnaleźć przy pomocy portfela. Niezbędna jest dobra para nóg.

cactichanchitos

Choquequiraoapurimac

Powrót do góry

5 Stycznia 2013

Dziwne spotkania na szlaku do Lares.

 

"Despierte amigo!" (Pobudka przyjacielu!) - ze snu wyrwał mnie okrzyk dobiegający tuż zza cienkiej ścianki namiotu. Spojrzałem nieprzytomny na zegarek i nie mogłem uwierzyć. Była 5.45 - słońce jeszcze dobrze nie wzeszło. Kogo to licho niosło?

 

Wystawiłem zaspany łeb z namiotu. Na zewnątrz stał uśmiechnięty od ucha do ucha Indianin w czerwonym wzorzystym ponczo, kapeluszu z czerwonymi lamówkami i z czerwonym, pasiastym tobołkiem zarzuconym na plecy. Peruwiańskie wcielenie Świętego Mikołaja. W tych stronach czerwień nigdy nie wychodzi z mody. Mikołaj trzymał w dłoni wielką przedpotopową latarkę - jeszcze pół godziny temu było ciemno.

 

pass "Idziesz na przełęcz?" - rzekł - "No to pakuj się, idziemy razem."

"Przyjacielu, zapewniam cię, że nie masz tyle czasu i cierpliwości, żeby czekać aż oprzytomnieję i zwinę ten bałagan." - wymamrotałem w półśnie - "Ale jak już mnie obudziłeś, to może napiłbyś się kawy?"

 

Jak on mnie tu wypatrzył? Namiot schowany był wśród skał i kamiennych płotów powyżej wysokogórskiej osady Cancha Cancha. Kilka metrów poniżej biły dwa źródełka. Kilometr niżej dolina upstrzona była nieforemnymi, krytymi trawą domami z kamieni. Wokół pasły się stada lam. Przetarłem oczy. W nocy w górach napadało śniegu i namiot był cały mokry. Zieleń doliny płynnie przechodziła w biel na stokach. Trochę się zmartwiłem, bo moja przełęcz była przywalona świeżym śniegiem - tak przynajmniej wyglądało to z daleka - a opis w przewodniku był enigmatyczny. Co będzie jak nie znajdę ścieżki?

 

Jednak nie należy zaczynać opowieści od środka.

 

pass

Poprzedniego dnia człapałem powoli, w większości w słońcu. Wysokość, skwar i niewyspanie po Sylwestrze dawały się we znaki. Na domiar złego, na szlaku dopadła mnie chmara meszek, więc miałem szekspirowski dylemat: "ubrać się i iść spocony, czy dać się pogryźć". Ostatecznie obie te niedogodności udało mi się zgrabnie połączyć. Peruwiańskie meszki z wyglądu przypominają nasze niewinne muszki owocowe. Z natury to nienasycone, krwiożercze potwory, które wcisną się pod każde ubranie. Po ugryzieniach zostają swędzące bąble. Zastanawiałem się, czym się bestie żywią przez pozostałe dwadzieścia dziewięć dni w miesiącu, gdy akurat nie przechodzi tędy żaden apetyczny gringo z nagimi łydkami.

 

Jednak myliłem się - gringos dokarmiali meszki o wiele częściej niż sądziłem. Pół godziny później spotkałem amerykańskiego hipisa. Szedł w przeciwnym kierunku. Miał włosy do ramion, brodę do piersi i odziany był w coś w rodzaju worka. Wyglądał prawie jak hinduski, święty mędrzec. Prawie, bo zdradzały go teksański akcent i plecak "The North Face". "Peace, brother!" - rzucił amerykański mędrzec i tyle go widziałem.

 

horse

Później owady dzieliły swoją uwagę między mnie, dziesięcioletniego chłopca i jego psa. Chłopiec nazywał się tradycyjnie, po peruwiańsku - Henry. Pies nie miał imienia. Henry z psem towarzyszyli mi przez około pół godziny. Dość czasu, bym zdążył usłyszeć o każdym z sześciorga rodzeństwa chłopca. Oraz o tym, że nie lubi chodzić do szkoły, bo ma w każdą stronę dwie godziny, z tego powrót pod górkę. Chłopiec przyznał, że unika tego przykrego obowiązku jak może. Naturalnie o Polsce, ani o Europie Henry nie słyszał.

 

Po południu minąłem średniowieczną wioskę Cancha Cancha, rozrzuconą na przestrzeni dwóch kilometrów wśród surowych, bezdrzewnych krajobrazów i zabiwakowałem nad nią, na wysokości równo 4000 m. Do przełęczy brakowało jakieś 500 m podwyższenia. Była ledwie 16, ale wyżej nie było sensu iść, bo teren był niepewny i niepewna woda, oraz za wysoko jak na spanie bez aklimatyzacji.

 

Natomiast ranek przywitał mnie zimą i wizytą Świętego Mikołaja - wszystko jak należy, w końcu był 2 stycznia. dinner W Peru dopiero na 4000 m można poczuć nastrój świąt.

 

Poranne troski związane z szukaniem drogi okazały się niepotrzebne. Szlak był doskonale widoczny, a śniegu nie tak wiele. Do tego całkiem fajne widoki z przełęczy, na którą wszedłem znacznie szybciej, niż się spodziewałem - w nieco ponad godzinę. Tuż przed przełęczą spotkałem śmieszną parę: wysokiego drągala z Danii i jego lubą - małego pulpecika z Kolumbii. Byli oczywiście z peruwiańskim przewodnikiem, a ich bagaż jechał na mułach, a jakże, przecież inaczej się nie da. Szli w tempie iście żółwim - ostatnie pięć minut do przełęczy robili chyba z pół godziny. Czekałem cierpliwie, bo chciałem porozmawiać i chciałem, żeby zrobili mi zdjęcie. Ich przewodnik też cierpliwie czekał co kilkanaście kroków. Domyślałem się, jakie katusze musiał przeżywać ten chłopak z górskiej wioski, który normalne przemieszczał się po górach biegiem. Jednak najmniejszym gestem nie dał po sobie poznać. W ogóle cała trójka była niezwykle sympatyczna i rozmowna. I dali się poczęstować miętowymi ciastkami, których spory zapas targałem właśnie na wypadek takich spotkań.

 

quenoales

Gdy schodziłem z przełęczy, zaczęła psuć się pogoda, więc przyspieszyłem. Duńsko-kolumbijska para została daleko z tyłu. Godzinę później, nad małym jeziorem niespodziewanie napotkałem kucharza w wielkiej białej czapie, rodem z eleganckiej restauracji. Surrealistyczny widok w samym środku gór. Kucharz stał przed rozbitym na brzegu jeziora namiotem pełnym warzyw i sprzętów kuchennych, w którym dwaj pomocnicy zajęci byli przyrządzaniem obiadu. Nietrudno było zgadnąć, dla kogo kucharzyli. Duńczyk naprawdę musiał kochać swoją małą Kolumbijkę, skoro fundował jej takie luksusy. Albo kochał jeść.

 

Ubawiłem się, bo kucharze przez chwilę myśleli, że to dla mnie szykują obiad i o mało nie przywitali mnie chlebem i solą. W życiu nie sądziłem, że wyglądam na Skandynawa. Potem znów się uśmiałem widząc ich miny, gdy uświadomiłem im, ile jeszcze będą czekać. Chłopaki byli zmarznięci i średnio się bawili robiąc za katering dla bogatych na wysokościach. Widać było, że już chcieli do domu. Jak wystawny obiad, to wystawny obiad - zdecydowałem. Zjadłem ostatnią czerstwą bułkę z resztką dżemu truskawkowego i pognałem dalej.

 

village

Po godzinie zszedłem do małej wioski i cała sytuacja z komitetem powitalnym się powtórzyła. Tutaj dostojna para cudzoziemców miała spać. Mnie od najbliższego hostelu, mieszczącego się w zakresie mojego budżetu, dzieliły jeszcze co najmniej cztery godziny marszu. Kiedy opuściłem wioskę, zaczęło mocno padać, więc urządziłem sobie wyścigi z Indiankami, które też miały jakiś interes do załatwienia w Lares i mknęły tą samą ścieżką w dół. Niełatwe to były zawody - każda z kobiet, choć w sandałach, kilku kolorowych spódnicach, kolorowym kapeluszu z czerwoną woalką i z obowiązkowym dzieckiem w chuście na plecach, mogła by startować w górskich maratonach.

 

Z naprzeciwka nadciągała gromada dzieciaków w jednakowych czerwonych sweterkach, wracających ze szkoły gdzieś w dolinie. Szły trójkami, każda trójka przykryta kawałkiem niebieskiej folii. Na powitanie gringo w pomarańczowych gore-texach, spod każdej folii wydobywał się stłumiony chichot i chóralny okrzyk "Buenas tardes!" Widać, kilka godzin co dzień pod górkę ze szkoły nikomu nie przeszkadza dobrze się bawić.

 

pass

Minęła mnie też karawana koni załadowanych drewnem. Nic dziwnego, że z prastarych drzew qenoal rosnących powyżej 4000 m, pozostało tylko wspomnienie. Ostatnie spotkałem po tamtej stronie przełęczy.

 

Przestało padać, więc gdy w końcu doczłapałem do Lares, prawie zdążyłem wyschnąć. Lares to niepozorna mieścina, wciśnięta w stromą, wąską dolinę. Wystarczy pięć minut, żeby ją obejść. Kilka wąskich ulic na krzyż i obowiązkowy kościół przy miniaturowym placyku. Choćby nie wiem jak mała wioska - kościół i plac muszą być. woman in red Bóg raczy wiedzieć, dlaczego akurat tutaj osiedlili się ludzie. Gorące źródła to jednak niedostateczny powód. Dolina jest tak wąska i stroma, że nawet nie ma miejsca na pola i pastwiska.

 

Gorące źródła w Lares okazały się przyjemne wieczorem - cztery małe baseny z gorącą wodą - każdy w trochę innej temperaturze, i jeden większy, chłodniejszy basen poniżej. Typowo peruwiański rozgardiasz, trochę brudu po kątach, nieco za dużo betonu i sztucznie zawyżona opłata 10 soli dla cudzoziemców, podczas gdy tubylcy płacą 1 sola. Mimo tych wszystkich braków, przyjemnie spędziłem dwie godziny. "Całe zło z człowieka uchodzi" - jak to ładnie ujął Peruwiańczyk pławiący się obok. Gdy wyszedłem, skórę i duszę miałem jak niemowlak.

 

Następnego dnia pożegnałem się wylewnie z gospodynią mojego hoteliku za 10 soli. Ta akurat wraz z całą rodziną zajęta była praniem, zmywaniem i ćwiartowaniem owcy na podwórzu. Między lśniącymi garnkami i świeżo wypraną bielizną leżały okrwawione, osolone kawałki mięsa i wnętrzności. Naturalna rzecz. Za to gospodyni za nic nie mogła pojąć, po co idę przez góry z plecakiem, skoro z placu co godzinę wyruszają mikrobusy do Calca. Przejazd zajmuje jakieś dwie godziny. Mi powrót do doliny Urubamba przez kolejną wysoką przełęcz zajmie dwa dni. Ciekawe, kogo spotkam tym razem?

cloudspath down

Powrót do góry

31 Grudnia 2012

Barwy Cuzco w Sylwestra

 

W Sylwestra niebo nad Cuzco jest mokre i ma kolory tęczy. W mieście - samozwańczym pępku świata to czas pory deszczowej. Wiatr co rusz zagania ze wschodu gęste, ciemne chmury, a na święte szczyty i doliny Inków spadają resztki rzęsistych deszczy znad Amazonii. Jednak raz po raz, na chwilę, suchy klimat wybrzeża Pacyfiku odzyskuje stracone pole. Yellow CuscoWtedy słońce gania się z deszczem, a ponad dachami Cuzco robi się naprawdę kolorowo.

 

Na poziomie dachów Cuzco jest czerwone i srebrne. Czerwone jest w centrum, srebrne na obrzeżach. W centrum dachy domów i kościołów pokryte są jednakową dachówką. Rodzaj dachówki reguluje prawo. W końcu miasto z listy światowego dziedzictwa ludzkości nie może sobie pozwolić na bałagan i dowolność.

 

Poza centrum prawo nie działa i tam grube krople deszczu młócą o dachy z blachy falistej. Blacha falista odmieniła życie miliardów ludzi na całym świecie. Blacha falista jest królową wsi, obrzeży miast i slumsów. Mieszkańcy barrios nuevos, których stan posiadania zamyka się w przedziale pomiędzy: "niewiele" a "nic", na swoich domach z plecionych mat albo z gliny, wciąż mają srebrne dachy. Wynalazca blachy falistej powinien dostać Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii. Oraz Nagrodę Pokojową. Do podziału z wynalazcą wielkich, plecionych toreb w kratę i wynalazcą plastikowych krzesełek, wkładanych jedno w drugie.

 

Yellow Cusco

Na poziomie ulic Cuzco w Sylwestra jest żółte. Na miejskim targu i tysiącach rozsianych po mieście straganów, przed Nowym Rokiem królują żółte baloniki, serpentyny, kotyliony i wielkie wory żółtego konfetti. Indianki w miejsce tradycyjnych, zamszowych nakryć głowy przywdziewają żółte, słomiane kapelusze. Na rogach ulic sprzedawcy oferują żółte kwiaty marigold. Po oczach kłują stragany z damską bielizną, które wyrosły naraz po wszystkich kątach. Majtki i staniki dostępne są we wszelkich możliwych fasonach i rozmiarach, ale tylko w jednym kolorze... O co w tym całym żółtym szaleństwie chodzi? Zapytana Indianka wyjaśniła mi, że żółty kolor symbolizuje Nowy Rok - młody czas, który się rodzi. Tochę tak, jak nasze wielkanocne kurczaczki i wiosenne żonkile. Peruwiańczycy są przesądni i kupują żółte gadżety bez opamiętania. Wierzą, że żółty kolor przyniesie im szczęście i fortunę.

 

Fortunę mają też przynieść studolarówki wplecione w bukiety żółtych kwiatów, w małe snopki pszenicy, powtykane w kapelusze, za dekolt oraz poupychane po kieszeniach. Zielone banknoty sprzedawane są na miejskim targu w ilościach hurtowych. Paczka 2000 dolarów kosztuje 1 sola. Prawdziwa okazja, bo w kantorze za jednego sola dostaniesz tylko 40 centów. Drobiazg, że te z rynku wyglądają jak pieniądze z "Monopoly". Peruwiańczycy święcie wierzą, że paczki fałszywek z Nowym Rokiem zmienią się w prawdziwą walutę, więc do "kantorów" wciśniętych między świeżo zarżnięte prosiaczki i dopiero co oskubane kurczaki ustawiają się kolejki. Nie tylko z powodu zraszanych deszczem wzgórz otaczających miasto, Sylwester w Cuzco ma również kolor zielony.

Powrót do góry

21 Grudnia 2012

Południowe Pole Lodowe

 

Campo de Hielo Sur

Wróciłem po sześciu dniach trekkingu z Pola Lodowego Południowego (Campo de Hielo Sur). To trzecie co do wielkości pole lodowe na Ziemi - okrywa ogromną połać południowych Andów, w większości po stronie chilijskiej.

 

Pomysł wycieczki był nadzwyczaj prosty - wyjść z argentyńskiego El Chalten, zrobić kółko wokół całego masywu górującego nad miejscowością, ze słynnymi Fitz Royem i Cerro Torre włącznie, po czym niecały tydzień później wrócić do El Chalten z przeciwnej strony. Cały sęk i cały smak w tym, że po drugiej stronie masywu, na kilkaset kilometrów w każdą stronę, rozciąga się wspomniane pole lodowe. Aby się na nim znaleźć należy podejść tysiąc metrów jednym z lodowców, a potem po kilku dniach zejść kolejnym, by z niego uciec. Skuty lodem obszar jest niedostępny, aura okrutna, wiatry wręcz legendarne i do tego brak dobrych map. Po co więc ludzie tam chodzą? Cóż, niektórzy - tak jak ja - żeby za darmo sprawdzić się w warunkach antarktycznych. Pozostali, żeby sprawdzić się za pieniędze. Ceny trekkingu po polu lodowym z przewodnikiem zaczynają się od tysiąca dolarów. Koszt i tak niewspółmiernie niższy niż najbardziej okrojona wycieczka na Antarktydę.

 

Campo de Hielo Sur

Oprócz jedzenia i paliwa na tydzień, namiotu i całej reszty sprzętu biwakowego, zabrałem ze sobą czekan, raki, kilkanaście metrów liny oraz rakiety śniegowe i wyruszyłem z El Chalten w stronę doliny Electrico. W dolinie Electrico wszystko inne też jest "Electrico" - jest elektryczna rzeka, elektryczne jezioro i elektryczny szczyt tuż obok. Od szczytu elektryczne nazewnictwo się zaczęło. Ma on dwa wierzchołki - jeden z czarnych, drugi z czerwonych skał - jak plus i minus w baterii. Tak przynajmniej wyjaśniła mi właścicielka rancza w głębi doliny, która pobiera słoną opłatę od każdego przechodzącego turysty. Nawiasem mówiąc, na ranczu w samym środku elektrycznych krajobrazów nie ma prądu.

 

W miarę jak zbliżałem się do końca Valle Electrico, zmieniła się pogoda. Słoneczna dolina została za plecami, a nad głową przewalały się chmury, które wiatr gnał znad pól lodowych. Coraz mocniejszy wiatr w twarz zatrzymywał mnie w miejscu i momentami przewracał, mimo, że maszerowałem obładowany zapasem jedzenia, paliwa i sprzętu.

 

W połowie drugiego dnia dotarłem do końca elektrycznej doliny. Nade mną piętrzył się lodowiec Marconi, moja droga wyjścia na przełęcz o tej samej nazwie. Z chodzeniem po lodowcach są trzy zasadnicze problemy - czoło lodowca, tył lodowca i wszystko to, co pomiędzy. Na czole piętrzą się pionowe, wielometrowe, spękane ściany lodu, skalny gruz i głazy. Znajdywanie drogi w takim labiryncie to udręka. Tył i góra lodowca to ściany seraków - śnieżno-lodowych nawisów i gigantycznych bloków, które w każdej chwili grożą oberwaniem. Pomiędzy tymi dwoma barierami wije się wielokilometrowy, poprzecinany tysiącem szczelin jęzor lodu, spływający z przełęczy w doliny.

 

Paso del Viento

Kilka razy o mało nie zwątpiłem, zanim udało mi się znaleźć drogę wśród tych wszystkich pułapek. Tego dnia szedłem na zmianę po skałach, w rakach po lodowcu i po głębokim śniegu w rakietach - w sumie 11 godzin pod bardzo silny wiatr. Z trudem znalazłem przejście między szczelinami i ominąłem barierę seraków. Była prawie 23.00, kiedy śmiertelnie zmęczony, wyszedłem wreszcie na Przełęcz Marconi. Przede mną w gęstniejącym mroku rozpościerało się aż po horyzont pole lodowe południowe. Ale to jeszcze nie był koniec dnia - musiałem podejść kilka kilometrów do najbliższych skał i znaleźć osłonięte przed wiatrem miejsce na biwak.

 

Potem brnąłem dwa dni przez południowe pole lodowe. Całymi godzinami szedłem w śnieżycy zupełnie na ślepo kierując się tylko kompasem. Mokry śnieg lepił się do rakiet, więc oprócz kilogramów w plecaku miałem kilogramy pod butami. Alternatywą było brodzenie w mokrym śniegu po kolana. Wędrowałem dokładnie na południe. Kiedy momentami się rozpogadzało, mogłem zweryfikować kierunek marszu w stosunku do gór. Cały czas miałem je po lewej stronie. Strzeliste, oblodzone, skalne iglice wyłaniające się z chmur robiły ogromne wrażenie.

 

Tak idąc cały dzień, dotarłem do Circo de los Altares. Lądolód w tym miejscu zagłębia się między góry, tworząc cyrk lodowy, czyli coś w rodzaju gigantycznej zatoki. To najciekawsze miejsce, bo przy pewnej dozie szczęścia można spojrzeć od tyłu na najbardziej majestatyczne iglice, z samym Cerro Torre na czele. Ja nie miałem szczęścia - śnieżyca i pędzące chmury przesłaniały wszystko.

 

Campo de Hielo Sur

Wejście do cyrku ma jakieś dwa kilometry szerokości i działa jak monstrualny odkurzacz - wicher huczał wokół jak w silniku odrzutowym. Dął pewnie z szybkością 200 km na godzinę. Śnieg i lód miejscami wywiane były do gołej ziemi i odsłonięte pojedyncze wielkie głazy dawały szansę na schronienie na noc.

 

Niestety, przy największych głazach śnieg się stopił i stała woda. Chcąc nie chcąc zabrałem się za kopanie platformy w głąb zaspy przy mniejszej skale. Po godzinie pracy nie wykopałem nawet pół metra. Musiało wystarczyć, bo była już 22.30 i zaczęła zapadać noc. Przytuliłem namiot jak najbliżej do głazu - miałem nadzieje, że w nocy wiatr zelżeje albo przynajmniej się nie zmieni i że coś zobaczę rano.

 

Niestety, jeszcze wieczorem, gdy próbowałem coś ugotować, wiatr zaczął szaleć ze wszystkich stron jak opętany. W końcu jeden niesamowity podmuch rzucił mnie z kuchenką i całym namiotem o skałę, która miała mnie chronić. Namiot się rozdarł, aluminiowe rurki pogięły się i połamały, a ja nie miałem innego wyjścia, jak tylko wpełznąć do środka i starać się utrzymać to, co z niego zostało przed porwaniem przez wiatr i tym samym przed ostateczną katastrofą. Kiedy przy tym wietrze, śnieżycy i temperaturze poniżej zera, siedziałem w środku, trzymałem namiot i strząsałem z niego śnieg, marzyłem tylko o tym, żeby dotrwać do rana. Wszystko miałem doszczętnie przemoczone, żałosną ochronę i byłem na środku pola lodowego!

 

Campo de Hielo Sur

Jakoś dałem radę, choć w nocy wokół namiotu i głazu utworzyła się spora zaspa. Następnego dnia wygrzebałem się z niej i ruszyłem w dalszą drogę na południe, znów przez pierwsze godziny nawigując wyłącznie przy pomocy kompasu w śnieżnej zadymce. Dopiero gdy ostatecznie oddaliłem się od Circo de los Altares, widoczność trochę się poprawiła. Znów maszerowałem godzinami przez biel, w mokrym i ciężkim śniegu i powoli urabiałem kilometry. Ogromna przestrzeń bez wyraźnych punktów odniesienia całkowicie fałszowała poczucie odległości. Dojście do jednych skał, które dzień wcześniej oceniłem na godzinę marszu, zajęło mi dobę!

 

Doszedłem do miejsca, skąd z lądolodu spływa lodowiec Viedma - największy z patagońskich lodowców. Teraz czekało mnie już tylko zejście z pola lodowego gigantycznym lodowym jęzorem i dwa dni marszu przez doliny i przełęcze do El Chalten. Zejście lodowcem poszło gładko - lód był stary i solidny, a szczeliny dobrze widoczne. No i szedłem w dół. Znacznie trudniej było pokonać czoło lodowca i przejść przez wartką rzekę, która z niego wypływała. Długo przeciskałem się wśród głazów, ścian lodu i wodospadów, a potem szukałem dogodnego przejścia wpław przez lodowaty, wartki nurt. W końcu udało mi się zleźć z lodowca i przedostać na drugą stronę rzeki.

 

Powrót do El Chalten zajął mi kolejne dwa dni. Ostatnią trudnością było znalezienie drogi na Przełęcz Wiatrów (Paso del Viento). Kilka razy myślałem, że już jestem na przełęczy, a potem znów godzinami szukałem drogi i szedłem zupełnie na nos. Namiot jakoś zacerowałem i używałem kijków do podpierania. Od biedy dało się spać. Ostatniego dnia wstałem o 5 rano i w cztery godziny zrobiłem ostatni 7-godzinny odcinek do El Chalten, tak roznosiła mnie energia z radości, że mi się wszystko udało!

 

Campo de Hielo Sur

Gdy dochodziłem do miasteczka, nagle spotkałem chmarę wycieczkowiczów na kilkugodzinnych spacerach. Ci wszyscy turyści w North Face-ach z pod igły patrzyli się na mnie, jak na kosmitę, bo twarz miałem całą brązową i odmrożoną od słońca i wiatru, a nos i usta całe w strupach.

 

Odmeldowałem się w biurze parku narodowego i na posterunku żandarmerii. Rangersi stwierdzili, że trafiłem na wyjątkowo trudne warunki w rejonie, który odwiedza co roku przy sprzyjającej pogodzie najwyżej kilka grup. Miałem dziką satysfakcję. Natomiast żandarmi, którzy wcześniej spisali cały mój ekwipunek na wypadek poszukiwania ciała, teraz skreślili mnie z listy potencjalnych zaginionych. W biurze na ścianie wisiała mapka wszystkich akcji ratunkowych od 95-ego roku. Naliczyłem 19 wypadków śmiertelnych i kilkadziesiąt akcji, gdzie udawało się ściągnąć ludzi żywych. Od żandarmów dostałem też pieczątkę do paszportu, bo oficjalnie przez trzy dni byłem w Chile.

 

Niewątpliwie był to jeden z bardziej ekstremalnych trekingów, jakie w życiu zrobiłem, na miarę moich skromnych możliwości. Po tylu wyjazdach w góry, wędrowanie po bezkresnym lodowcu, przykrywającym całe pasma górskie i doliny, było zupełnie nowym, niezwykłym doświadczeniem. Jednocześnie odrobinę przesunąłem granicę tego, co wiem, że mogę oraz tego, co nazwę sytuacją beznadziejną. Te ostatnie dwie rzeczy - bezcenne.

Powrót do góry

21 Listopada 2012

Podmiana światów

 

Swiss

Uwielbiam to surrealistyczne uczucie związane z długimi lotami. Dzień i noc – proste zdawałoby się pojęcia, przewidywalne, nadające życiu rytm, w czasie takiej podróży gubią się, rozciągają, kurczą, przenikają wzajemnie, tracą sens. Raptem świt wypada o północy lub północ o świcie - zależy, w którą stronę zmierzasz. Godziny rozciągają się albo zwężają jak przegub autobusu na zakręcie. Pory dnia wyznaczane są odsuwaniem i zasuwaniem zasłonek w oknach oraz harmonogramem posiłków. Nagle jedynym pewnym punktem odniesienia staje się niewygodny fotel, do którego z jednej strony przytwierdzone jest moje ciało, z drugiej zaś reszta maszynerii pędzącej razem ze mną na wysokości 10 000 metrów.

 

W czasie takiego lotu łatwo jest odkryć na nowo, że życie to tylko jeden bardzo długi dzień, albo jedna noc na karuzeli zwanej Ziemią, a prawdziwy świt i zmrok to narodziny i śmierć. Jednak człowiek, przyzwyczajony do solidnych układów odniesienia – zegarka i wszechświata na poziomie oczu – zamiast poddać się miażdżącej logice, która mówi, że nie ma czasu i nie ma miejsca, mimowolnie szuka punktu zaczepienia.

 

W efekcie, tak jak do tego fotela, z początku instynktownie przypinam się do rzeczywistości, którą zabrałem ze sobą na pokład. Ciało wraz z samolotem mknie w przestworzach, przecina kolejne strefy czasowe, lecz świadomość wciąż tkwi w Europie - czas startu plus tyle i tyle godzin, Frankfurt, późny wieczór, późna jesień. Aż w końcu długie godziny lotu, szum silnika i drżenie kadłuba robią swoje – świat, który dopiero co był taki ważny, teraz stopniowo odpływa, zostaje z tyłu. Umysł zobojętniały na jakiekolwiek fizyczne właściwości planety po drugiej stronie chmur, lewituje w półśnie poza czasem i przestrzenią, nieprzywiązany do niczego konkretnego.

 

The Andes

Potem w jednej chwili - hop, prawdziwy skok z tej subiektywnej mentalnej nadprzestrzeni do zupełnie nowego świata. Do świata z bardzo podobnymi ludźmi, lecz opakowanymi w odmienny sposób, w całkiem inną kulturę, tradycje, historię, tożsamość, z odrębnym czasem, porą roku, długością dnia i nocy. Z mentalnością przesyconą amerycentryzmem w miejsce eurocentryzmu. Gdzie nawet ziemia i niebo maja inny odcień.

 

Tak było i tym razem. Mój umysł ze stanu hibernacji wyrwała kawa, turbulencje nad Andami i widok majestatycznych szczytów za oknem. Zaraz potem samolot zanurkował przez chmury ku ziemi, która miała stać się na najbliższe tygodnie moją ziemią i w czas, który miał się stać moim czasem. Spojrzałem w dół na rzędy domów spowite mgiełką. Jak przywita mnie Santiago po dziewięciu miesiącach?

 

Godzinę później wyszedłem z lotniska w chilijską wiosnę, w listopadowy gorący dzień i w jednej chwili poczułem, jak świat, z którego przybyłem momentalnie skurczył się, wyblakł i zatarł. Ogarnął mnie ten ekscytujący stan bycia gdzie indziej i kiedy indziej. Tak jakbym właśnie wystawił głowę z czarnej dziury w równoległym wszechświecie.

 

Powrót do góry