Papugi

Ameryka Popołudniowa

Poprzednie wpisy:

 

 

5 Listopada 2013

Nieznana Patagonia

 

„Patrz, człowiek ciągle by tylko zmieniał świat, a przecież zawsze ogarnia go zachwyt, kiedy znajdzie coś, co pozostało niezmienione.” – to słowa Milana Kundery z książki Śmieszne Miłości. Zastanawiam się, czy Kundera nie był przypadkiem kiedyś w Chile...

 

Jakiś czas temu otrzymałem list od pewnej dawno nie widzianej chilijskiej przyjaciółki, a wraz z nim wirtualny prezent: Do listu dołączony był album zdjęć z Patagonii. Nie był to przypadkowy podarunek. Przyjaciółka nazywa się Gloria Marcela. Jest licencjonowaną instruktorką alpinizmu oraz przewodnikiem. Obecnie mieszka w Norwegii, ale większą część życia spędziła w Andach oraz żyjąc z Andów, a dokładnie - z wprowadzania na szczyty bogatych zachodnich turystów. W 2003 roku wspinaliśmy się w Argentynie i w Chile - wyłącznie dla przyjemności, bo nie jestem bogatym zachodnim turystą - i to właśnie ona namówiła mnie na pierwszą wyprawę na południe kontynentu. ”Rozpakowując” prezent od Glorii, doskonale wiedziałem dlaczego dołączyła go do listu. Był to odruch osoby tęskniącej za dobrze znanym, a dawno nie widzianym zakątkiem świata, oraz gest wobec kogoś, kto bez wątpienia dzieli tą tęsknotę.

 

Teraz odkryłem, że ów album - kolekcja fenomenalnych fotografii - dostępny jest za darmo na internetowej stronie autorki, Linde Waidhofer. Książka nosi tytuł: "Nieznana Patagonia" i skupia się na dwóch chilijskich prowincjach: Palena i Aisen, rzeczywiście stosunkowo mało znanych. Uważam się za szczęściarza, bo miałem okazję przejechać je na rowerze. Była to jedna z najpiękniejszych tras, jakie zrobiłem w życiu. Niektóre miejsca odwiedziłem dwukrotnie w odstępie pięciu lat i nie mogłem uwierzyć, jak wiele się w tym czasie zmieniło. Choćby miejscowość Chaiten – dawniej prosperująca i gwarna, w międzyczasie została zmieciona z powierzchni Ziemi przez wybuch pobliskiego wulkanu (panorama pod spodem i fotografia na str. 29 w książce Linde).  Ale odkryłem też, że człowiek wywołał w tym czasie o wiele większe spustoszenie niż wulkany, choć raptem minęło pięć lat! Na Carretera Austral przybyło asfaltu, a przy drodze wyrosły płoty i gospodarstwa. Rozpędu nabrał też projekt budowy pięciu wielkich tam na rzekach Baker i Pascua oraz protesty, żeby do jego realizacji nie doszło. Niestety, sprawa wydaje się przesądzona.

cover

 

Te niepokojące zmiany dostrzega autorka albumu. Dlatego udostępnia go za darmo w sieci. Ma nadzieję, że pokazując na fotografiach ten mało znany, lecz bezcenny przyrodniczo i śliczny zakątek Chile, zwróci uwagę na potrzebę jego ochrony. Na swojej stronie Linde pisze tak: “Naciesz oczy tym albumem, a potem podziel się nim z przyjaciółmi i z każdym, komu ochrona wyjątkowych i pięknych miejsc leży na sercu. To nie jest książka mająca wywoływać polemikę z czymkolwiek, tylko wizualnie celebrować jeden z najbardziej niezwykłych krajobrazów na naszej planecie. Proszę, nie wysyłaj mi za nią ani grosza. Chcę, żeby jak najwięcej ludzi ją obejrzało i poznało ten niepowtarzalny, przepiękny i potencjalnie zagrożony region. Pomóż mi rozpropagować ideę jego ochrony." Bez względu na to, czy to donkiszoteria, czy może przykład, że pojedynczy człowiek może próbować coś zmienić - chwała jej za tę inicjatywę.


A więc naciesz oczy albumem, a potem podziel się z innymi…  120 stron pięknych fotografii. W tym miejscu dostępny jest po angielsku. Do wyboru są również wersje: hiszpańska, niemiecka, portugalska, włoska i francuska. Żeby obejrzeć go na pełnym ekranie (polecam!), należy pobrać plik PDF i otworzyć z twardego dysku. Tryb pełnoekranowy włączy się automatycznie. Jeśli nie, użyj kombinacji klawiszy: CTR+L.


Istnieje też tryb trójwymiarowy, rzecz jasna. Jest dostępny dla każdego. Aby go uruchomić wystarczy trochę energii, wiary w siebie oraz znajomość kilku słów po hiszpańsku. Żeby przejść do trybu trójwymiarowo-panoramicznego, należy zapakować rower w pudełko i wyprawić się do Chile. Życie jest jedno, a Carretera Austral to wciąż jedna z najpiękniejszych tras rowerowych na Ziemi. Nie wiadomo jak długo jeszcze.Chaiten

Linde pisze: "W Patagonii to natura trzyma wszystkie karty." W cztery lata po wybuchu wulkanu, port Chaiten to wciąż na wpół wymarłe miasto. (Panorama sklejona z trzech zdjęć, kliknij aby powiększyć.)

 

Powrót do góry

28 Października 2013

É Isso Aí - Tak To Jest

 

Ana Carolina i Sau Jorge. Ogień i woda. Ona urodziła się w przemysłowym Juiz de Fora i z początku występowała w podrzędnych barach. Dopiero gdy przeniosła sie do Rio, jej kariera nabrała rozpędu. On dorastał w favelach Rio de Janeiro i przez kilka lat żył na ulicy. Sławę przyniosła mu rola w genialnym filmie Fernando Meirellesa „Miasto Boga”, w którym wcielił się w Mané Galinha. W 2004 roku zagrali razem koncert. Połączenie jego aksamitnego głosu i jej silnego kontraltu okazało się strzałem w dziesiątkę. Płyta z nagraniem koncertu sprzedała się w ilości pół miliona egzemplarzy, a zaśpiewana w duecie aranżacja piosenki: „The Blower's Daughter" Damiena Rice’a stała się w Brazylii przebojem. To jeden z tych przypadków, gdy trudno jest jednoznacznie rozstrzygnąć, co lepsze – oryginał czy cover. Mnie piosenka z albumu „Ana & Jorge” zachwyca od ośmiu lat i dzisiaj postanowiłem przetłumaczyć ją na polski. Wersja brazylijska znacznie różni się od pierwowzoru – to co po angielsku jest pełnem emocji wyznaniem porzuconego faceta, po portugalsku staje się skrytą deklaracją miłości. A ty którą wersję wybierasz?

 

 

-É Isso Aí-

 

É isso aí!
Como a gente achou que ia ser
A vida tão simples é boa
Quase sempre
É isso aí!
Os passos vão pelas ruas
Ninguém reparou na lua
A vida sempre continua

-Tak To Jest-

 

Tak to jest
Właśnie tak, jak mówili, że będzie
Życie jest tak proste i dobre
Najczęściej
Tak to jest
Odgłos kroków na ulicach
Nikt nie zauważa księżyca
Życie się toczy niezmiennie

 

A ja nie mogę przestać na ciebie patrzeć
Nie mogę przestać na ciebie patrzeć
Nie przestanę na ciebie patrzeć
Nigdy się nie napatrzę
Nie potrafię przestać
Na ciebie patrzeć

 

Tak to jest
Niektórzy wierzą w cuda
Inni popełniają świństwa
I są tacy, którzy nie potrafią mówić prawdy
Tak to jest
Pewien sprzedawca kwiatów
Uczy swoje dzieci wybierać własne miłości

 

A ja nie mogę przestać na ciebie patrzeć
Nie mogę przestać na ciebie patrzeć
Nie przestanę na ciebie patrzeć
Nigdy się nie napatrzę
Nie potrafię przestać
Na ciebie patrzeć

-Przekład © Patiperro-

Eu não sei parar de te olhar
Eu não sei parar de te olhar
Não vou parar de te olhar
Eu não me canso de olhar
Não sei parar
De te olhar

 

É isso aí!
Há quem acredite em milagres
Há quem cometa maldades
Há quem não saiba dizer a verdade
É isso aí!
Um vendedor de flores
Ensina seus filhos a escolher seus amores

 

Eu não sei parar de te olhar
Não sei parar de te olhar
Não vou parar de te olhar
Eu não me canso de olhar
Não vou parar
De te olhar

 

Powrót do góry

A oto oryginał:

 

8 Października 2013

Obrzydliwości kulinarne

 

Dla równowagi po tych wszystkich smakołykach, o których pisałem w zeszłym miesiącu, dziś subiektywny spis kulinarnych obrzydliwości z okolic Andów. Żeby nie było, że Ameryka Łacińska to rogalik z jednym tylko, smacznym końcem. Oto lista rzeczy, które prawdopodobnie bardziej uprzykrzą ci podróż po tym pięknym kontynencie, niż partyzanci, rewolucyjne bojówki, trzęsienia ziemi, wybuchające wulkany, przestępcy i skorumpowana policja. Tak wygląda drugi, mniej smaczny koniec rogalika:fast food

 

Kawa. Myślisz sobie: Ha! Ameryka Południowa - kontynent najlepszej na świecie kawy! Zanim zamówisz, pomyśl raz jeszcze. I nie zdziw się, jeśli nawet w najelegantszej kawiarni kelner przyniesie ci na srebrnej tacy szklankę z wrzątkiem i nasypie proszku z puszki z logo znanej szwajcarskiej firmy, a następnie wetknie do owej szklanki słomkę. Rozpuszczalna kawa bez mleka, za to z dużą ilością cukru, podawana w szklankach ze słomką, ląduje zdecydowanie na pierwszym miejscu tej listy, jak Ameryka długa i szeroka. Czy można jeszcze coś wymyślić, żeby bardziej sprofanować ten szlachetny napój? A propos słomek: od Meksyku aż po Patagonię przez słomkę pije się również herbatę (oczywiście w szklankach), napoje gazowane i wszystko inne płynne. Co takiego pociągającego jest w tych słomkach?:-)

 

Chleb w postaci paskudnych bułek – tak płaskich, że nie da się ich przekroić, czerstwych już w momencie opuszczenia piekarni i tak słonych lub słodkich, że nie czuć smaku tego, z czym je zjadasz. Albowiem w Ameryce chleb (czyli pan) równa się bułki - innego pieczywa nie ma i do wyboru są tylko dwie wersje: ultra-słona lub ultra-słodka. Idzie się przyzwyczaić – coś jeść trzeba, ale człowiek tęskni za normalnym polskim chlebem ze skórką czy choćby nadmuchaną kajzerką z supermarketu.

 

• Wszystko inne ultra-słone, czyli 90% maseł i serów. W Peru i Boliwii okrągłe 100%. Jeśli nie wierzysz, zrób następujący eksperyment: Poproś Indiankę handlującą nabiałem o ukrojenie ci kawałka sera do spróbowania – zapytaj o najmniej słony gatunek! Następnie wróć za dziesięć minut i Inca Kolapoproś raz jeszcze. Nie tylko za drugim razem dostaniesz próbkę zupełnie innego sera, ale i odkryjesz, że to zupełnie bez znaczenia – sin sal czy con sal – wszystkie są tak samo nieprzytomnie słone. Ale co począć, lodówka to w niektórych krajach wciąż najwyższy luksus. Szczególnie na wsi.

 

• Na przeciwnym, słodkim biegunie: manjar czyli dulce de leche. Jeśli nie wiesz jeszcze co to jest manjar, podaję przepis: kup kilogram krówek, obierz z papierków i połóż na słońcu – po kilku godzinach otrzymasz manjar (tyle, że Latynosi w jakiś sposób potrafią zrobić go bez krówek i słońca). Ok, przyznaję, że to kontrowersyjny punkt. W końcu sporo osób uwielbia krówki, zaś wszyscy lubimy łakocie. Wyobraź sobie jednak, że natrafiasz na swoje ulubione krówki w postaci półpłynnej dosłownie we wszystkim i alternatywy brak. W ciastkach z cukierni, w słodkich rogalikach, w twoich ulubionych churros – wszędzie manjar. Chcesz posmarować czymś słodkim swoją słoną bułkę - w supermarkecie znajdziesz trzydzieści gatunków manjaru i żadnych innych słodkości. W tej sytuacji od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok. Ja też kiedyś kochałem manjar i krówki, ale to już historia, a to jest bardzo subiektywna lista.

 

• Prawie wszystkie ciasta i ciasteczka, jakie można kupić z Ameryce Południowej! Przeraźliwie suche i nudne - jeśli już mają coś w środku, to jest to wyłącznie wspomniany manjar. Innych pomysłów brak. Chlubnym wyjątkiem są peruwiańskie torty, chilijski flan, argentyńskie kokosanki i facturas (a zwłaszcza ciasteczka w Tolhuin na Ziemi Ognistej ze słynnych miejscowych piekarni) oraz churros. Jednak to trochę mało jak na tyle lat podróży po kontynencie i dwanaście odwiedzonych krajów.

pilsener

 

• Peruwiańskie i ekwadorskie wina. Ich degustacja ma tylko jeden pozytywny aspekt - umożliwia sentymentalny powrót myślami do pierwszego roku studiów i odświeżenie sobie smaku niektórych trunków, jakie wtedy udawało ci się wytropić na najniższej półce w sklepie, a niekiedy sięgnąć do jeszcze głębszych wspomnień, związanych z różnymi substancjami, które wlewano ci do gardła na studenckich otrzęsinach. Oprócz tej podróży sentymentalnej, smakowanie ekwadorskich i peruwiańskich win to doświadczenie z pogranicza horroru. Boliwijskiego wina nie widziałem i mam nadzieję, że nigdy takowego nie spotkam. Boliwijskie piwo jest dostatecznym argumentem, że w niektórych krajach zakaz produkcji alkoholi powinien być zapisany w konstytucji. I to nie z przyczyn religijnych bynajmniej. W browarnictwie Boliwia zdecydowanie nie potrafi utrzymać standardów, jakie wyznacza w produkcji innej używki, mającej postać białego proszku. W ten oto sposób następny punkt narodził się sam …i nie, nie będzie o kokainie.

 

Boliwijskie piwo. Nie pytaj mnie o gatunek, bo jest tylko jeden. Niezależnie od tego, co głosi etykieta, wszystkie pochodzą z tego samego browaru w La Paz. I naprawdę nie wiem, czym różni się Paceña od Paceña Tropical, poza tym, że ta pierwsza przed podaniem schładzana jest za oknem, w mroźnym andyjskim powietrzu, a ta druga zwykle w rynsztoku przy ulicy jakiejś dusznej miejscowości w tropikach.

cui

 

Boliwijski makaron. Nie wiem ilu-jajeczny, ale po wrzuceniu do wrzątku rozpuszcza się i uzyskujemy super-glue. Z początku myślałem, że to dlatego, że próbowałem go gotować powyżej 4000 m n.p.m. Ale nie, na poziomie morza rozpuszcza się nawet szybciej.tuna

 

Tuńczyk w postaci sardynek, czyli główny, a często jedyny asortyment sklepów na andyjskiej prowincji. Oszukana rybka w puszce, na której etykietka wygląda mniej więcej tak, jak na obrazku po lewej. Dobra lupa do czytania mikrodruku to nieoceniony element podróżnego ekwipunku.

 

Kurze łapki w zupie, świńskie ryje z rusztu, gigantyczne mrówki smażone na chrupko, świnki morskie pieczone w całości na patykach, termity w czekoladzie, krowie jelita z grilla faszerowane czymś dziwnym... Jednak wszystko to i tak lepsze niż przesłodzona kawa neska w szklankach ze słomką.

 

Powrót do góry

23 Września 2013

Odkrycia kulinarne - Peru, Boliwia, Ekwador

 

Subiektywnej listy latynoamerykańskich specjałów część trzecia (części pierwsza i druga tutaj). Tym razem w jednym worku: Peru, Boliwia i Ekwador – kraje o bardzo podobnej tradycji kulinarnej, którą pewien znajomy Argentyńczyk podsumował tyleż krótko, co złośliwie: „solo cuy y papas” (tylko świnki morskie i kartofle). No, na szczęście nie tylko, ale faktem jest, że po wizycie w tamtym regionie trudno nie być pod wrażeniem różnorodności potraw, jakie można wyczarować z ziemniaków. Zwłaszcza, kiedy przyjeżdżasz z innego kartoflanego kraju w Europie środkowo-wschodniej i odkrywasz, że tamte dania są inne! Niemniej jak dobrze poszukasz, między świnkami morskimi i ziemniakami odnajdziesz parę innych specjałów. Na dwóch pierwszych pozycjach moje ukochane owoce morza:

 

• Peruwiańskie ceviche, czyli surowa ryba i owoce morza, marynowane w soku z cytryny z cebulą. Absolutnie najlepsza rzecz, jaką Peru (i Ekwador) ma do zaoferowania twoim kubkom smakowym. Oprócz pisco sour, rzecz jasna. Jednakowoż jedzenie surowej ryby w Peru to spacer po cienkiej linie, więc zalecana jest rozwaga w doborze lokalu, w którym zamawiasz swoje ceviche. Najlepszym wyborem jest cevichería, do której ciągną tłumy Peruwiańczyków, nawet jeśli wygląda jak ostatnia speluna – popularność miejsca jest jego najbardziej miarodajną rekomendacją. Bardziej niż lokalizacja, wystrój, ceny i opinia w aktualizowanych raz na dziesięć lat przewodnikach.

Inca Kola

 

Langostinos, gambas, camarones, quisuillas… czyli krewetki. Koniecznie te duże. Najlepiej w cieście czosnkowym i z dużą ilością soku z cytryny. Najsmaczniejsze w Ekwadorze, ale znakomite również w paru miejscach, których nigdy byś nie posądzał o bycie krewetkowym eldorado – chyba, że tak jak ja, jesteś psem na krewetki – wtedy zawsze wywęszysz ten rarytas. Takim miejscem jest na przykład Punta Colorada w pobliżu Arequipy w Peru – z pozoru nieciekawa, zabita dechami dziura na środku półpustyni. Oprócz kilku slumsowatych knajp nad rzeką przy moście, nic tam nie ma. A jednak warto pojechać do Punta Colorada właśnie ze względu na owe knajpy i tamtejsze rzeczne camarones, które z wyglądu przypominają skrzyżowanie krewetek z rakami. Są rewelacyjne, niezależnie od tego, w jakiej postaci je zamówisz. Innym niecodziennym zagłębiem krewetkowym jest górskie jezioro Atitlan, wypełniające wnętrze gigantycznego wulkanicznego krateru w Gwatemali.

 

Ocopa, czyli peruwiańska odpowiedź na włoskie Pesto. Trzeba przyznać - niezwykle udana odpowiedź. Ta wegetariańska przystawka rodem z Arequipy to rodzaj gęstego zielonego sosu na bazie papryki jagodowej (aji amarillo), aksamitki (huacatay), oliwy i… pokruszonych waniliowych herbatników. Podawana zwykle z ziemniakami, czarnymi oliwkami i gotowanym jajkiem.

 

Mięso z alpaki, nacierane miętą i andyjskimi ziołami, grillowane na tradycyjnym ruszcie. Chude, delikatne i wyśmienite w smaku. Lepsze nawet od jagnięciny. Sto razy smaczniejsze od przereklamowanych świnek morskich. Tak przy okazji: o ile carne w Hiszpanii to po prostu „mięso”, o tyle w Ameryce Łacińskiej to słowo oznacza wyłącznie czerwone mięso. Zatem mięso z alpaki to wciąż carne, natomiast ryba, kurczak albo świnka morska już nie. Pytanie czy życzysz sobie kurczaka, czy carne, jest u stóp Andów tak samo naturalne i częste, jak zapytanie, czy wolisz ziemniaki, czy ryż. I spróbuj zakasować Latynosa pytaniem: „To czym w takim razie jest kurczak, jeśli nie rodzajem mięsa, hę?” Owszem, wywołasz u niego lekką konsternację, ale na koniec zawsze usłyszysz: „E tam, kurczak to kurczak, a mięso to mięso!”

salchipapas

 

Empanadas, czyli wszechobecne pierożki o stu smakach. Nadziewane serem, warzywami, jajkiem, oliwkami, kurczakiem lub właśnie carne (w tym wypadku mieloną wieprzowiną) …Jak to mówią: „Solo el cielo es el limite!” Empanadas kupisz wszędzie: w piekarni, w barze szybkiej obsługi i od Indianki na ulicy. Trudno się na nie nie natknąć i trudno się nie skusić - wspaniale zastępują śniadanie, obiad i kolacje. Największe, najtańsze i najsmaczniejsze są boliwijskie empanadas, które Indianki oferują rano w mobilnych ulicznych sklepikach. Z kolei ich chilijskich odpowiedników - małych, suchych i drogich - nie polecam. Chyba, że tak jak ja, znasz babcię w Correntoso, która upiecze je dla ciebie, tak jak piekła całe życie dla swoich dzieci i wnuków, w czasach „ho, ho, na długo przed Pinochetem!”

 

Papas rellenas – czyli gotowane ziemniaki, roztłuczone i uformowane w spore kulki z jakimś pysznym nadzieniem. Smaczne i bezkonkurencyjne w kategorii: „jak najwięcej kalorii za jednego dolara”. Jak dla mnie - andyjska kuchnia w najefektywniejszym wydaniu! Pewnie nie najlepszy wybór, jeśli akurat zmagasz się z otyłością. Za to idealny suplement diety, gdy przejeżdżasz codziennie na rowerze 100 km po Andach, albo właśnie zszedłeś z jakiegoś sześciotysięcznika, a twój dzienny budżet na jedzenie wynosi kilka dolarów.

 

Salchipapas, czyli frytki z parówką - dostępne w formie fast-foodu na każdej dostatecznie ruchliwej ulicy. Tak jak papas rellenas, danie to spełnia wszystkie normy zbalansowanej diety ZWT (Zjadliwe – Wysokokaloryczne - Tanie), jest zatem niezwykle interesującą propozycją dla każdego profesjonalnego alpinisty i cyklisty na wielomiesięcznej wyprawie. Jeszcze inną potrawą tego typu jest chaufa podawana w chińskich barach, ale tą trudno jest uznać za andyjskie danie regionalne.

 

fruteria

• Ze zdrowszych rzeczy - koktajl ze świeżych owoców na lokalnym targu warzywno-owocowym. Takie rynki są w każdej większej miejscowości, a na nich zawsze zarezerwowany jest kącik dla sprzedawczyń soków, sałatek owocowych i koktajli. Łatwo je namierzyć, bo okupują ustawione jeden przy drugim małe sklepiki ze stołeczkami od frontu i o ścianach częściowo zbudowanych ze spiętrzonych w zgrabne sterty owoców. Obowiązkowym atrybutem każdej sprzedawczyni soku jest kuchenny fartuszek oraz multiprocesadora, czyli przenośny mikser, umieszczony na honorowym miejscu wśród tych wszystkich niezliczonych frykasów, które można do niego wrzucić. Lista możliwych kombinacji soków liczy zwykle kilkadziesiąt pozycji, często w bardzo egzotycznych zestawieniach, do wyboru również w połączeniu z mlekiem i… piwem. Wszystko jedno, co wybierzesz – niebo w gębie gwarantowane! Tylko patrz sprzedawczyni na ręce, żeby nie dodała wody ani cukru. Moim ulubionym wyborem jest mleczny koktajl bananowo-melonowy oraz czysty sok z papai. Z tym ostatnim trzeba się zaprzyjaźnić i rozsmakować, bo z początku smakuje jak wymiociny, więc może z tym gwarantowanym niebem w gębie nieco przesadziłem:-).

Tunas

 

• W kategorii niezmielonych owoców – tunas, czyli owoce opuncji. Najlepsze te czerwone, sprzedawane z wielkich koszy na ulicach Cuzco czy Arequipy przez campesinas (Indianki z prowincji). Obierane wprawną ręką – w dwie sekundy i jednym cięciem noża - ze zdradliwej skórki, pełnej mikroskopijnych igiełek. Uprawiane w półpustynnych dolinach przecinających peruwiańską kordylierę. Spotykane również w Chile. Nie próbuj sam ich zrywać i czyścić ze zdradliwych igiełek, bo te, jeśli utkwią w skórze (lub, co gorsza, w oczach), potrafią uprzykrzać życie przez wiele dni!

 

Inca Kola - nieważne, że ma smak socjalistycznych landrynków, fluorescencyjny kolor i każda butelka zawiera kilka kilogramów cukru… Kultowego peruwiańskiego napoju po prostu nie mogło zabraknąć na tej liście.

Powrót do góry

9 Września 2013

Odkrycia kulinarne - Chile

 

Po liście argentyńskich specjałów, teraz czas na Chile. Niezupełnie alfabetycznie, ale za to logicznie, bo oba kraje przytulone są do siebie na przestrzeni kilku tysięcy kilometrów. O dziwo, ich obywatele mają zaskakująco różne upodobania kulinarne, czego nie można wyłącznie wytłumaczyć rozdzielającym je łańcuchem Andów. Po części odpowiedzialne są za to historyczne animozje oraz współczesna polityka. CapelOba kraje, choć oficjalnie utrzymują ze sobą poprawne stosunki, nie za bardzo się lubią. I oba chronią swój rynek. Dlatego tak trudno jest kupić w Argentynie chilijskie Pisco, a w Chile argentyńskiego Malbeca, choć w krajach pochodzenia od jednego i drugiego uginają się półki w sklepach. Obyczaje kulinarne w obu państwach w dużym stopniu ukształtował też napływ imigrantów – niekoniecznie z tych samych krajów – oraz tradycyjna kuchnia rdzennych mieszkańców i dostępność pewnych produktów. Stąd też m.in. miłość Argentyńczyków do mięsa i sympatia Chilijczyków do owoców morza. Dość powiedzieć, że po przejechaniu na chilijską stronę Andów możesz zapomnieć o argentyńskim rejestrze smakołyków i zacząć pisać listę od nowa. Oto mój, tak jak poprzednio – subiektywny i niekompletny wykaz rzeczy, które powinieneś spróbować odwiedzając najdłuższy kraj świata:

 

Pisco Sour - czyli brandy Pisco zmieszana w shakerze z sokiem z limonki (w proporcjach mniej więcej 2:1), cukrem i białkiem z jajka (w celu uzyskania piany) - wielka namiętność Chilijczyków i duma narodowa Peruwiańczyków. Oba kraje od stu lat toczą między sobą zacięty spór o prawa do tego wynalazku. W Peru „sprawa Pisco” wywołuje takie same emocje, jak w Argentynie temat Wysp Falklandzkich i każdy Peruwiańczyk z wypiekami na twarzy będzie do upadłego bronił tezy, że „oryginalne Pisco jest tylko z Peru”. Przeciętny Chilijczyk tylko machnie ręką. Dla niego liczy się fakt, że to jego kraj jest głównym producentem, konsumentem i eksporterem Pisco i że na świecie ten trunek kojarzony jest z Chile.

Nikolo

 

Cazuela w chilijskim wydaniu, czyli krzyżówka caldo (hiszpańskiego rosołu) i korrü - tradycyjnej potrawki mięsno-warzywnej, obecnej od setek lat w jadłospisie Indian Mapuche. Chilijska cazuela to wielki kawał wołowiny i/lub kurczaka, oraz dynia, ziemniaki, cała kolba kukurydzy, tudzież inne warzywa pływające w wywarze z owych mięs i jarzyn. Najlepszą cazuelę jadłem w wojskowej chatce na stokach wulkanu Llaima, przyrządzoną przez Teodoro – jowialnego dowódcę dwuosobowego oddziału chilijskiej armii, opiekującego się schroniskiem, wulkanem, oraz mną przez dwa dni.

 

Curanto - czyli wielki półmisek co najmniej trzech rodzajów małży, wieprzowiny, ziemniaków i warzyw. Potrawa wywodzi się z wyspy Chiloe, lecz powszechna jest w całym południowym Chile. Tradycyjnie przyrządza się ją w półtorametrowych dołach wypełnionych rozgrzanymi kamieniami. Produkty od góry i od dołu izoluje się warstwą dużych liści, a następnie przysypuje ziemią i tak zostawia na jakieś dwie godziny. Takie tradycyjne curanto z ziemi, obecnie przygotowywane jest rzadko i tylko od święta. Dużo łatwiej spotkać jest curanto en olla albo pulmay – czyli identyczną potrawę warzoną na piecu w wielkim kotle. Niezapomniane doznanie kulinarne, lecz tylko dla miłośników małży! Ja zasmakowałem w czasie trzeciej podróży do Chile. Wcześniejsze podejścia kończyły się tym, że wyjadałem same ziemniaki i wywar ze spodu, a to co (obecnie rynek rybnyuważam za) najlepsze, zostawało na talerzu.

 

Małżyki choritos (w Chile w wielu odmianach, do kupienia w dowolnym supermarkecie; niestety niedostępne nigdzie indziej) – wzbudzają zachwyt, nawet jeśli nie gustujesz w mariscos - maślane, delikatne w smaku, rozpływają się w ustach.

 

Łosoś z największego w południowym Chile, malowniczego rynku w Caleta Angelmó, tuż obok Puerto Montt. Wędzony albo z patelni. Niestety, w przypadku tego specjału jest również druga strona medalu - ceną za znakomitego chilijskiego łososia jest postępująca degradacja środowiska wód przybrzeżnych na południu kraju. Farmy łososiowe rozsiane wzdłuż południowego wybrzeża, na których ryby pasie się mączką ze skorupiaków i antybiotykami to gwóźdź do trumny tego jeszcze niedawno dziewiczego zakamarka naszej planety. Innym gwoździem do trumny jest projekt budowy wielkich tam na największych rzekach regionu – ale to już temat na zupełnie inny wpis…

pstrąg

 

Karczochy – wprost z rynku, gotowane na parze i zjadane z masełkiem i solą. Mniam! Dostępne na całym świecie, ale najlepsze w Chile.

 

I tradycyjnie na koniec parę łakoci:

Churros – podłużne, chrupiące ciastka w formie karbowanego cygara, smażone jak pączki na głębokim tłuszczu, obsypane cukrem i niekiedy nadziewane manjarem (masą krówkową). Czysta dekadencja! Umieściłem je na chilijskiej liście, choć tak naprawdę są najbliższym przyjacielem każdego łasucha od Meksyku, aż po Ziemię Ognistą.

 

Nikolo – wszechobecny chilijski batonik. Moja miłość i niezawodne rowerowe paliwo od czasu pierwszej podróży. Kiedyś czysta czekolada. Ostatnio, zgodnie z ogólnoświatową tendencją, coraz lżejszy i nadziewany jakąś karmą dla ptaków. Ale sentyment pozostał.

 

Powrót do góry

1 Września 2013

Odkrycia kulinarne - Argentyna

 

Choć akurat przebywam po tej mniej latynoskiej stronie Atlantyku, postanowiłem reanimować bloga. Od czego by tu zacząć? Oczywiście od dobrego jedzenia! Przecież jedyną rzeczą lepszą od jedzenia jest jeszcze więcej jedzenia! Poniżej znajdziesz listę latynoamerykańskich odkryć kulinarnych, jakie poczyniłem na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat. Zgodnie z porządkiem alfabetycznym, zacznę od Argentyny. Oto czego powinieneś spróbować, kiedy zawitasz do krainy tanga:

 

Yerba mate – nie mogło być inaczej, kultowy argentyński napój musiał znaleźć się na początku tej listy. Na całym świecie kojarzony z Argentyną, choć w Paragwaju - w postaci tereré, czyli w wersji na zimno – oraz w Urugwaju jest jeszcze bardziej popularny. Na urugwajskich szosach można nawet natknąć się na znaki drogowe, zakazujące picia yerby podczas jazdy! El mate (bowiem „mate” jest rodzaju męskiego) modny jest również w Chile (szczególnie ostatnio), w Brazylii oraz… w niektórych krajach arabskich. W trzech pierwszych państwach zwyczaj picia mate obrósł taką tradycją i specyficzną kulturą, że wart jest dokładnego opisu – kiedyś poświęcę mu oddzielną notatkę. Nawet w czasie pojedynczej podróży do Argentyny trudno nie zetknąć się z el matecito. Kiedy tych podróży jest więcej, trudno nie popaść w nałóg. Ja uzależniłem się skokowo, w pewien jesienny, słoneczny i mroźny dzień w samym środku Parku Narodowego Lodowców. Dzięki ci Ruben za inicjację!

Emma

 

Argentyńskie asado albo parillada, czyli udziec wołowy, w Patagonii zwykle barani, a nierzadko całe cielę lub jagnię, nadziewane czosnkiem i opiekane powoli na grillu (arg. parrilla). Kto by przypuszczał, że pokocham coś takiego! Pierwsze w moim życiu prawdziwe argentyńskie asado niewiele miało wspólnego z Argentyną, bowiem piekłem je w chilijskim Cochrane w towarzystwie szwajcarskiego motocyklisty i amerykańskiego sprzedawcy kajaków. Najlepsze asado jakie jadłem, też nie było całkiem argentyńskie, gdyż przygotował je dla mnie… Gruzin, u którego gościłem w Esquel. Najbardziej niezapomniane asado? To również miało międzynarodowy charakter. Było pieczone przy jesiennym ognisku w zaimprowizowanym obozie nad rzeką niedaleko Junin de los Andes, w towarzystwie pary autostopowiczów z Barcelony, francuskiej hipiski i argentyńskiego cyklisty, przy akompaniamencie ukulele, kilku butelek taniego wina i „Murów” śpiewanych w trzech językach.

 

• A propos wina, to oczywiście argentyńskie wina muszą znaleźć się na tej liście - szczególnie Malbec. Najdoskonalsze te z okolic Mendozy. Miesiącami można próbować różnych gatunków, najlepiej w połączeniu z parrilladą. Argentyna i Chile to eden dla koneserów win.

 

• Z pozostałych alkoholi: Brahma Morena – znakomite ciemne piwo. Nie mylić z popularną jak Ameryka długa i szeroka, jasną Brahmą, która jest zwykłym sikaczem. Choć marka brazylijska, to ciemną Brahmę spotkałem tylko w Argentynie, dlatego umieszczam ją na tej liście.

 

• Z innych napojów: El terma - czyli argentyńska odpowiedź na coca-colę. Napój produkowany na bazie ziół. Można pić w postaci czystej, albo rozcieńczony pół na pół z wodą. Dawniej dostępny był w trzech rodzajach: „serrano”, „cuyano” i „patagonico” (zawierających odpowiednio zioła: górskie, z okolic Mendozy i San Luis, oraz z Patagonii). Obecnie smaków namnożyło się co niemiara, również w modnej wersji „light”. Tendencja niestety jest taka, że coraz trudniej kupić termę bez słodzików. Jeśli komuś uda się jeszcze wytropić ten napój w oryginalnej, a nie „ulepszonej” i dietetycznej wersji, to szczerze polecam – zwłaszcza El Terma Patagonico. Oryginalny smak Patagonii!

 

facturas

Na koniec kilka słodkości:

Marmolada pomidorowa - czyli pomidory na słodko. Mniam! Najsmaczniejsza ta niskosłodzona (z oznaczeniem BC) firmy La Campagnola. W Argentynie dostępna w supermarketach, w innych krajach jeśli już się trafia, to tylko jako artesanía.

 

Mantecol - czyli chałwa po argentyńsku. Do jej wyrobu w miejsce sezamu używa się pasty z orzeszków ziemnych. Ostatnio modna z dodatkiem kakao. Pyszne, tanie, wysokooktanowe paliwo dla rowerzysty i alpinisty. Dostępne w wielu odmianach i rozmiarach od Gran Chaco aż po Ziemię Ognistą.

 

Tortas fritas – okrągłe, płaskie ciastka z dziurką, obsypane cukrem pudrem. Technologią wyrobu i smakiem przypominają trochę nasze faworki. Najlepiej zrobić je samemu, pamiętając przy tym o „meteorologicznym” aspekcie receptury. Pełna nazwa tego specjału brzmi bowiem: Tortas fritas para tardes de lluvia – ciastka na deszczowe popołudnia!

 

Facturas - czyli świeżutkie ciasteczka wprost z piekarni, w kilkunastu odmianach: medialunas, vigilantes, berlinesas, cuernitos, palmeritas… do wyboru, do koloru! Tradycyjnie sprzedawane są en docenas (po dwanaście). Stanowią idealny akompaniament do porannej yerba mate, niezależnie od kaprysów pogody.

 

Wcześniejsze wpisyPowrót do góry