Lago Chungara

Ameryka Popołudniowa

Poprzednie wpisy:

 

 

6 Kwietnia 2014

Malarze Tanga

 

Massimo Pennacchini

Tango - taniec zmysłów i taniec duszy. W jego powłóczystym kroku są wyłącznie przeciwstawne uczucia: jest miłość, która rani, jest radość i nostalgia, są rozstania i powroty, szczęście i smutek, kuszenie i odtrącanie. Jest w zdawkowy sposób wyrażona pasja, skrywane seksualne pożądanie, zakamuflowany erotyzm. Tango to taniec na wskroś nieprzyzwoity, a jednocześnie niezwykle elegancki i w tym tkwi jego cały czar.

 

Mija właśnie 100 lat od czasu, kiedy tango podbiło Stary Kontynent. Zrodzone w nieobyczajnych spelunkach portowych dzielnic Buenos Aires i Montevideo - pełnych szemranych typów, hazardzistów i prostytutek, szybko przeniosło się na salony Paryża, by stać się symbolem i motorem rewolucji obyczajowej w Europie. Po raz pierwszy na parkiecie mężczyzna mógł bezkarnie przytulić kobietę i obojgu partnerom - choć niby tylko w tańcu i od niechcenia - wolno było więcej. Fakt, że partnerzy tańczą tak blisko i że udo kobiety znajduje się bezwstydnie między nogami mężczyzny, wywoływał święte oburzenie obrońców moralności oraz oskarżenia o nieprzyzwoitość i wulgarność. Trudno było o lepszą reklamę. Młodzież z dobrych domów natychmiast podchwyciła nowy taniec i wkrótce cała przedwojenna Europa zluzowała gorset konwenansów i kołysała się w rytmie tanga.

 

Czy taniec namiętności i skrajnych emocji można przenieść na płótno? Czy da się namalować muzykę bandoneonu i ruch, w którym nieprzystępność miesza się z uległością, pożądanie z odtrąceniem, miłość i dramat są synonimami, a gwałtowne uczucia prowadzą nogi partnerów w rytmie 2/4? Okazuje się, że można i to na wiele sposobów. I do tego niekoniecznie trzeba się urodzić się w Argentynie. Oto trzech malarzy opętanych tangiem. Każdy z nich tańczy je inaczej. Brytyjczyk Hamish Blakely w oczywisty sposób inspiruje się malarzami baroku - Velázquezem i Caravaggio, Włoch Massimo Pennacchini preferuje melanż impresjonizmu z pop-artem, zaś Brazylijczyk, Paryżanin i duchowy ojciec Amelii Poulain w jednej osobie - Juarez Machado łączy w szaloną miksturę Art déco, elementy karykatury i styl teatralnych plakatów retro. Jedna rzecz ich jednoczy – wszyscy trzej świetnie czują, o co chodzi w tangu i wszyscy trzej w swoich pracach docierają do jego sedna.

 

Kliknij na miniatury pod spodem żeby je powiększyć. Do nawigacji między zdjęciami możesz użyć strzałek na klawiaturze. Więcej prac wspomnianych artystów znajdziesz na ich stronach internetowych: Hamish Blakely, Massimo Pennacchini, Juarez Machado.

 

Hamish Blakely Hamish Blakely Hamish Blakely Hamish Blakely Hamish Blakely Massimo Pennacchini Massimo Pennacchini Massimo Pennacchini Massimo Pennacchini Massimo Pennacchini Juarez Machado Juarez Machado Juarez Machado Juarez Machado Juarez Machado Juarez Machado Powrót do góry

16 Marca 2014

Najlepsze Wino jest 'Argentino'

 

Od kilku dni najlepszym winem świata – i jest to wiadomość oficjalna – jest argentyński Malbec. Oczywiście tylko w kategorii vin rouge, czyli „czerwone wino wytrawne”, lecz bądźmy szczerzy – inne kategorie się nie liczą. Żeby być precyzyjnym - chodzi o wino Famiglia Bianchi Reserva, rocznik 2012, z niepozorną czarną etykietką, które w tegorocznym konkursie Vinalies Internationales wykosiło konkurencję 3500 innych gatunków z 41 krajów. Pod spodem zamieszczam zdjęcie, na wypadek gdyby w lokalnym dyskoncie, między bułgarską Sofią, a jakimś swojskim Cin&Cin udało ci się wygrzebać ostatnią butelkę. Najlepsze wino świata kosztuje w Argentynie 96 peso, więc w Europie powinno być dostępne za jakieś 10 euro. Niezła gratka! Tyle, że to cena z zeszłego tygodnia. Gdybym był członkiem rodziny Bianchi, podbiłbym ją teraz dziesięciokrotnie.

best red wine

 

Muszę przyznać, że informacja o tym, iż stu pięćdziesięciu jurorów szacownego francuskiego konkursu przyznało nagrodę argentyńskiemu Malbecowi, trochę mnie rozbawiła. Malbec wywodzi się bowiem z Francji i jest jednym z sześciu dozwolonych składników Bordeaux. Jednak spróbuj znaleźć jakieś francuskie wino w którym Malbec będzie głównym komponentem. Przy dużej dozie szczęścia uda ci się wytropić coś z okolic Cohoros, gdzie według norm AOC, Malbec musi stanowić minimum 70% zawartości. I tyle. Prawda jest bowiem taka, że w swojej ojczyźnie Malbec od dawna popadł w niełaskę. Ostatnim gwoździem do trumny była klęska mrozu w 1956 roku, która zdziesiątkowała delikatne drzewka i dała francuskim plantatorom pretekst, żeby zastąpić trudny w uprawie gatunek czymś solidniejszym. Po oryginalnym, łagodniejszym w smaku szczepie Malbeca, którego sadzonki dały początek argentyńskim winnicom, we Francji nie pozostał nawet ślad.

 

W Argentynie Malbec trafił na podatny grunt – nie dość, że klimat pogórza Andów, zwłaszcza w okolicach Mendozy okazał się idealny, to jeszcze grillowana wołowina spożywana tonami przez Argentyńczyków, idealnie komponuje się z tym ciężkim winem o śliwkowo-wiśniowo-taninowym posmaku. W kraju gauchów Malbec z czasem stał się skarbem narodowym i obecnie podbija świat. Francuzi do niedawna patrzyli na wina z Ameryki Południowej tak, jak my patrzymy na wino „Tur” albo „Krew Byka”. Teraz je kupują i przyznają prestiżowe nagrody. Zdobycie należnej pozycji zajęło argentyńskiemu Malbecowi prawie 150 lat, bo pierwsze sadzonki zostały sprowadzone za ocean w 1868. Czyli wszystko odbyło się jak należy, zgodnie z powiedzeniem winiarzy: „Najtrudniejsze jest pierwsze sto lat, a potem to już z górki.”

 

Mnie w Malbecach najbardziej urzeka ich kolor – głęboka, ciemna, wpadająca w fiolet purpura. Nic innego w całym wszechświecie nie ma takiego koloru. Mogę siedzieć z kieliszkiem w ręku i gapić się przez godzinę. A jeśli czasem uszczknę mały łyczek, to tylko po to, żeby upewnić się, że jestem w niebie.

 

Zdjęcie: casabianchi

Powrót do góry

 

22 Lutego 2014

ABC Globtrotera według Patiperro

 

Oto ABC podróżowania, czyli kilka rad dla początkujących globtroterów, spisanych na szybko między dzisiejszym joggingiem nad rzeką, a połową czekoladowego tortu, wsuniętą po treningu dla uzupełnienia spalonych kalorii. Z tego krótkiego poradnika nie dowiesz się, jak spakować plecak, jak przetrwać na pełnym śmiertelnych pułapek międzynarodowym lotnisku, ani co zrobić, gdy w czasie pobytu „all inclusive” na Majorce zarazisz się boliwijską gorączką krwotoczną albo leiszmaniozą. Te i inne pożyteczne porady znajdziesz w poradniku Beaty Pawlikowskiej. Ja nie mam ambicji szkolenia zastępów przyszłych obieżyświatów. Więcej - swoim podróżniczym doświadczeniem zaświadczam, że poniższy zbiór rad jest całkowicie subiektywny, wybiórczy, niekompetentny i nieprzydatny. Do czego może przydać ci się ta lista? Hmm… Pewnie tylko do odhaczenia błędów, które i tak popełnisz.

 

A jak Autobus. Sztuka podróżowania autobusem jest jak sztuka kochania. Możesz praktykować przez dwadzieścia lat, a ten następny raz i tak cię zaskoczy. Więc podaję tylko kilka podstawowych rad:

• Bilety kupujemy na ostatnią chwilę – wtedy gwałtownie tanieją. Oczywiście jest też druga możliwość - już ich dawno nie ma. W takim przypadku czekamy na kolejną ostatnią chwilę albo wyruszamy w drogę autostopem. Tak czy inaczej wychodzi taniej.

• W planowaniu podróży raczej kierujemy się kalendarzem, niż zegarkiem. Jeśli bardzo chcemy gdzieś zdążyć, wybieramy autobus, który wg rozkładu przyjeżdża na miejsce trzy dni za wcześnie. Wtedy jest szansa, że zdążymy na styk.

pipi
Toaleta zaczyna się tuż za progiem.

• Na dalekich trasach nie siadamy w pobliżu ubikacji. Na żadnych trasach nie siadamy w pobliżu dzieci.

• W czasie przerwy na siusiu nie pytamy głupio, gdzie jest toaleta. Toaleta zaczyna się tuż za progiem autobusu i rozciąga aż po horyzont.

• Nigdy nie dociekamy, dlaczego autobus stanął nagle w środku nocy i kim są ci zamaskowani panowie z karabinami, tylko wykorzystujemy fakt, że nie trzęsie i staramy się przespać.

• Klimatyzacja zabija, więc w krajach tropikalnych zabieramy na pokład wełniany koc, sweter i czapkę. W zimnych krajach zabieramy na pokład wszystko, co mamy – brak klimatyzacji zabija jeszcze bardziej.

• Bagaż podręczny umieszczamy pod nogami, nie na półce nad głową – chyba, że znudził nam się już ten Canon 1D i chcemy się go w prosty sposób pozbyć, żeby kupić sobie coś lepszego (patrz też: B jak Bagaż podręczny).

I jeszcze jedna reguła:

• Ostatni autobus nigdy nie przyjeżdża. Przedostatni też. Ani pierwszy. Więc planuj podróż tym środkowym. W sytuacji, gdy pierwszy autobus jest jednocześnie przedostatnim lub ostatnim, od razu szykuj się na autostop.

Profesjonaliści noszą sprzęt fotograficzny wyłącznie w torbach w kaczuszki.

 

B jak Bagaż podręczny, w którym trzymasz swój ukochany aparat i inne skarby. Ten elegancki plecaczek z wielkim logo „The North Face” zostaw lepiej w domu. „The North Face” na polski i inne języki świata tłumaczy się jako: „Targam Nadmiar Forsy” (patrz też: T jak The North Face). Dobrym pomysłem natomiast jest plecak po dziadku harcerzu lub kupiona lokalnie chińska torba w kaczuszki, czy inne kurczaczki. Albo coś równie obciachowego. Zapewnia idealny kamuflaż! W takiej torbie możesz zostawić wspomnianego Canona 1D z kompletem obiektywów na dworcowej ławce w La Paz i spokojnie wyskoczyć na godzinę na miasto, bez obawy, że ktoś ci ją zwędzi.

 

C jak Plan C. Planem B nie warto zawracać sobie głowy, bo po nieuniknionej klęsce planu A, zwykle też się ulatnia, albo prowadzi w jeszcze większe tarapaty. Na naprawdę ciężkie czasy dobrze jest mieć plan C.

 

D jak Dzień pierwszy w podróży. Mieszanka euforii i osaczenia. Z jednej strony stres, zmiana czasu, zmęczenie lotem, bariera językowa, szok klimatyczny, szok kulturowy i obce miasto pełne pułapek, a z drugiej długo wyczekiwane wakacje, egzotyka i przygoda. Dzień pierwszy w podróży to jak spacer po polu minowym ze szklaneczką najlepszego pisco sour. Jak go przetrwać, żeby nie wylecieć w powietrze i do tego pociągnąć choć łyk z tej szklanki? To proste. Należy wcześniej zarezerwować sobie pierwszy nocleg, zawieźć plecak do hotelu, pójść na krótki spacer, uśmiechnąć się do nowego świata, zagadać z miejscowymi, zjeść coś dobrego, a potem położyć się do łóżka i odespać. Większa przygoda może ten jeden dzień zaczekać.

W dalekobieżnych autobusach zajmujemy miejsca z dala od dzieci.

Tylko jak, skoro każda pasażerka ma przynajmniej jedno?

 

E jak Ekwipunek. Nieważne jak bardzo profesjonalny, piękny i drogi. To nie on wniesie cię na szczyt, tylko ty go będziesz wnosić. Dlatego powinien spełniać jedno podstawowe kryterium – ma być lekki. Najlżejszy, na jaki cię stać. Cała reszta ma drugorzędne znaczenie.

 

F jak Filmy w autobusach. Te w samolocie można zignorować, bo dźwięk podawany jest na słuchawkach. W autobusie się nie da. Nie dość, że repertuar dobierany jest wyłącznie z klasyków kina klasy „C” dostępnych na „The Pirate Bay”, to jeszcze filmy są z lokalnym dubbingiem. Co powiesz na: Me jamo Bond, Hames Bond..? Dołóż do tego dźwięk na poziomie gwarantującym trwałe uszkodzenie słuchu, a otrzymasz sprawdzian dla najtwardszych miłośników dziesiątej muzy. Zatyczki do uszu albo kulki z papieru toaletowego tylko częściowo rozwiązują problem. Podobnie jak zastrzelenie kierowcy – ostatecznie przecież chcesz gdzieś dojechać. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest postawa Zen - wyłączenie zmysłów, oddzielenie umysłu od ciała i pogrążenie się w głębokiej medytacji (patrz też: M jak Muzyka).

 

G jak Gąbka do mycia. Magiczna rzecz. Sprawi, że mycie w górskich potokach i parkingowych toaletach stanie się możliwe i całkiem znośne.

 

H jak Hospedaje. Najtańszy nocleg w mieście. Pod warunkiem, że nie masz szczególnych wymagań i nie przeszkadza ci brak mebli i okien, toaleta za zasłonką, albo w szafie i za każdą z trzech papierowych ścian odpowiednio: roznamiętniona para kochanków na godziny, brygada pijanych robotników drogowych i odreagowująca służbę wojskową ekipa turystów z Izraela.

 

I jak Improwizacja. Uciekł ci samolot, skradziono wszystkie pieniądze, bagaż gdzieś się ulotnił, a ty utknąłeś na Ziemi Ognistej? Zamiast się załamywać, improwizuj! Może ten dawny pomysł, żeby się osiedlić i hodować owce w Patagonii nie był wcale taki zły? A może spróbujesz wrócić do Europy pieszo? Tak jak ten pan. Zawsze jest jakieś wyjście. A jak nie ma, to należy wykuć je w ścianie.

Jestem z Polski. Słowo daję, że jest taki kraj.

 

J jak „Jestem z Polski”. Owszem, tu i ówdzie słowo „Polak” wywołuje jakieś skojarzenia. Niemiec na przykład upewni się, czy jego auto wciąż stoi przed domem, Anglik poprosi, żebyś pomalował mu mieszkanie, a Latynos jednym tchem wymieni dwa legendarne nazwiska: Karol Wojtyła i Grzegorz Lato. Jednak, szczególnie poza Europą, niejednokrotnie usłyszysz: „Polska? Czy to duże miasto?” Gdy kolejny raz będziesz wyjaśniać, że coś jest między Niemcami i Rosją, pomyśl ile masz szczęścia legitymując się polskim paszportem. Nie tylko z powodu łatwości podróżowania po świecie. Fakt, że Mickiewicz i twoja polonistka w liceum cokolwiek przesadzili z tym „odkupicielem narodów” i że twój kraj ostatnimi czasy nikomu za bardzo nie podpadł i nie wywołuje szczególnych skojarzeń, to błogosławieństwo. Ludzie z czystej ciekawości zagadają cię i zaproszą do swoich domów. A ty będziesz miał szansę zapełnić tą pustą kartę w ich głowach. Niesłychana frajda i przywilej – bycie honorowym ambasadorem i forpocztą swojego kraju!

 

K jak Kłódka, Klipsy do papieru i Kubek. Kłódka do zamykania szafki w pokoju albo hotelowych drzwi, jeżeli tylko zaopatrzone są w skobelek. Jeśli na drzwiach jest hotelowa kłódka – tym bardziej powinno się zastąpić ją swoją. I zapasowy kluczyk trzymać w innym miejscu niż kluczyk główny. Klipsy, potrzebne do zamykania niezliczonych torebek z przyprawami i innych napoczętych rzeczy. Ile byś ich nie wziął, zawsze i tak ci zabraknie. Kubek to najlepszy przyjaciel na drogę. Twój towarzysz podróży może wpaść w depresję albo zdecydować, że zostaje z tą poznaną wczoraj seksowną Kolumbijką. Może też się na ciebie obrazić - stwierdzić, że ma już dość i wraca do domu. Kubek nigdy ci tego nie powie.

 

L jak Lonely Planet. Cudowne wydawnictwo. Nie dość, że skutecznie kieruje hordy Westmanów do kilku oklepanych atrakcji, pozostawiając całą resztę przyjemnie pustą, to jeszcze pozwala zaoszczędzić masę czasu i pieniędzy. Żeby uniknąć tłoku i nie przepłacać wystarczy zajrzeć do błękitnego przewodnika, a następnie ominąć szerokim łukiem wszystkie rekomendowane hotele i bary.

 

M jak Muzyka w podróży. Gdy podróżujesz rowerem, warto mieć swoją. Gdy podróżujesz autobusem, to bez znaczenia. Bo jeśli jest jedna rzecz, która w krajach rozwijających się jest lepiej rozwinięta, niż w krajach rozwiniętych, to są to systemy nagłaśniające w pojazdach. Autobus, w którym będziesz balansować nad andyjską przepaścią może nie mieć drzwi i połowy szyb, może mieć łyse opony, zepsute światła, biegi i hamulce, ale możesz być pewny, że system nagłaśniający będzie bardziej imponujący, niż na koncercie Megadeath. Na bank nad każdym siedzeniem znajdziesz głośniki rozmiarów desek sedesowych i zastaw świateł dyskotekowych w strategicznych punktach pojazdu – tak, tak, od kumbii, ranczery, lokalnego folkloru i disco nie ma ucieczki.

 

N jak Następna Podróż. Najlepsze lekarstwo na chandrę związaną z końcem poprzedniej. Należy zaaplikować je jak najszybciej.

 

O jak Obrzędy. Rytuały, które ratują życie w podróży i podnoszą morale, bo dają poczucie kontroli nad otaczającym nas chaosem. A więc przed snem oprócz mycia zębów i siusiu, wytrząsamy węże i tarantule ze śpiwora. Rano wytrząsamy z butów skorpiony. W naszym jedynym garnku najpierw gotujemy makaron z tuńczykiem, a potem herbatę – w ten sposób odpada mycie naczyń. Ewentualne niedokładności w myciu garnka herbatą załatwia poranna kawa.

Gdy chcesz przyspieszyć – możesz załadować rower do pociągu.

 

P jak Plecak. Bez dwóch zdań najważniejsza część podróżnego ekwipunku. Chyba, że włóczysz się po miastach ze zgrają gringos - wtedy możesz podróżować choćby i z walizką na kółkach. Najważniejsze w plecaku jest akurat to, czego sprzedawcy nie eksponują na wystawach sklepowych, czyli tył: pas biodrowy, profil pleców, wentylacja i ramiona. Nawet najwygodniejszy plecak nigdy nie będzie wygodny z 30 kg sprzętu, na stromym piarżysku wysoko w Andach. Chodzi o to, żeby zminimalizować cierpienia.

 

R jak Rower. Pojazd, który został stworzony jako niezbędny dodatek do podróżnika. Na tyle szybki, żeby jak ktoś ma ochotę, objechać nawet cały świat, na tyle przy tym wolny, żeby ten świat po drodze zobaczyć. Rower wszędzie wjedzie, a jak nie wjedzie, to go wepchniesz, a jak nie dasz rady wepchnąć, to wniesiesz. Do tego – jeśli nagle zapragniesz przyspieszyć  - możesz załadować go w autobus, pociąg, czy samolot. Przy tym wszystkim rower jest najtańszym sposobem podróżowania i najbardziej ekologicznym – zamiast spalać nieodnawialne paliwa, zużywasz zasoby własnego tłuszczu. Jak najbardziej odnawialne.

 

S jak szykowna bielizna. Na wypadek, gdybyś w Peru lub Boliwii wsiadł(a) do niewłaściwej taksówki i bandyci – wspólnicy kierowcy, po zabraniu wszystkiego co masz, zostawili cię w samych majtkach w środku miasta. Tak jak mojego znajomego w Arequipie. Chodzi o to,  żeby po takim zdarzeniu, bez stresu i nie wzbudzając niezdrowej sensacji wrócić do hotelu. W miejscowościach nadmorskich najlepszą propozycją dla mężczyzn są kwieciste bokserki, zaś dla kobiet nieprześwitujące body – wtedy zawsze możemy wygrzebać ze śmietnika jakąś szeroką, zaokrągloną deskę i udawać, że wracamy z plaży. W czasie karnawału alternatywą dla pań są seksowne stringi i trochę cekinów zamiast stanika. Z kolei w miejscowościach oddalonych od morza lepiej w ogóle nie nosić bielizny. Wtedy albo bandyci litościwie zostawią nam spodnie, albo biegnąc nago do hotelu, będziemy mogli udawać, że chodziło o zakład. Możemy również spróbować obrócić nieszczęście na naszą korzyść i w drodze powrotnej zaliczyć jakiś podryw (patrz też: I jak Improwizacja).

 

Ś jak Śpiwór. Przepis na dobry śpiwór jest bardzo prosty: powinien być na tyle ciepły, abyś w nocy nie zamarzł na śmierć i jednocześnie na tyle zimny, żeby rano chciało ci się z niego wyleźć.

 

T jak The North Face i Teva. Dwie najbardziej „gringowskie” firmy, których wyroby pozwalają lokalnym złodziejaszkom namierzyć nas z odległości kilometra i wyłuskać z najgęstszego tłumu, oraz informują sprzedawców, że spokojnie można z nas wycisnąć kilka dolarów więcej.

Worek na ziemniaki doskonale sprawdza się jako stół i krzesła. W sam raz na

uroczyste śniadanie wielkanocne w Patagonii, nawet jeśli goście nie dopisali.

 

U jak Upominki. Do Ameryki Łacińskiej zabieramy polskie monety z papieżem, pocztówki i naklejki z insygniami Polski. Pozwalają wyrazić wdzięczność i zostawić po sobie trwały ślad. Bezcenne! Spotkałem też takich, co podróżowali z Polaroidem i robili w ramach upominku zdjęcia napotkanych osób, albo sobie zdjęcia w ich towarzystwie. W mniej zamożnych krajach to świetny prezent na pamiątkę.

 

W jak Worek na ziemniaki. Różowy, pleciony, kupiony za dolara na rynku w Gwatemali – podróżuje ze mną już od dziesięciu lat. To prawdopodobnie najlepiej wydany w życiu dolar. Taki worek to idealny pokrowiec na bagaż na czas podróży autobusem. Dostatecznie duży, żeby zmieścić do niego cztery sakwy rowerowe, albo wypchany plecak - doskonale zabezpiecza bagaż przed brudem i kradzieżą. Nawet najbardziej "gringowski" ekwipunek po włożeniu do magicznego worka natychmiast znika, czyli wtapia się w górę gratów przewożonych przez miejscowych. Pusty worek zajmuje prawie zero miejsca i nic nie waży. Oprócz tego doskonale sprawdza się jako stół i krzesła.

 

Y jak Yerba mate. Dobra na pragnienie, na rozgrzanie i na senność. Pozwala zająć czymś ręce, zatrzymać się na chwilę oraz w naturalny sposób nawiązać rozmowę. Szczególnie przydatna w Paragwaju i Argentynie, gdzie zjednuje zastępy przyjaciół. (patrz też: O jak Obrzędy).

 

Z jak Zdjęcia rodziny. Kolejny drobiazg, który zajmuje mało miejsca, a przełamuje lody i wzbudza życzliwość. W wypadku pań, niezależnie od faktycznego stanu cywilnego, obowiązkowe jest zdjęcie męża i pociech. Prosty trik, a dość dobrze chroni przed nachalnymi adoratorami. Przed wyjazdem można zaprosić do wspólnej fotografii znajomego kulturystę i dzieci koleżanki.

 

Powrót do góry

 

6 Lutego 2014

Antyporadnik Globtrotera według Pawlikowskiej

 

W styczniu zrobiłem sobie wakacje od pisania bloga i pojechałem w góry. Tatry bardziej grudniowe, niż styczniowe, bo śniegu i lodu akurat tyle, że było w co wbić czekan, za to bez nawisów i lawin. Bosko! A skoro to już enty raz zimowe Tatry, więc co takiego mogło mnie w nich zaskoczyć? Jednak przekonałem się, że człowiek całe życie się uczy. W tym roku z satysfakcją odkryłem, że z sześcioletnią dziewczynką bez problemu można wdrapać się gdzieś wyżej, jeśli tylko wręczy się jej kijek i pomoże znakować szlak serduszkami na śniegu. Owszem, cały dzień z głowy, ale za to jaka frajda, a wieczorem i tak można sobie wbiec na jakiś szczyt, akurat na zachód słońca. Z tej okazji uściski dla Natki i jej mamy. Drugim odkryciem był napotkany nowy gatunek zimowych turystów - takich z dziewiczym sprzętem i od stóp do głów w nowych ciuchach, z których dopiero w schronisku odrywają metki, a następnie wynajmują przewodnika i związani liną wchodzą na Giewont. Niby nic nowego, na Zachodzie to standard, w końcu góry są dla wszystkich, jednak w Polsce jeszcze takich nie widziałem. Nawet w tak bardzo swojskich i przyklepanych tradycją dziedzinach, jak łażenie po górach, nasz kraj mocno się zmienia. Chyba coś przespałem...

 

Jednak jest to blog podróżniczo-latynoamerykański i niech lepiej tak zostanie. Bezpośrednim powodem, że po przerwie chwyciłem za klawiaturę, był prezent, który onegdaj dostałem od brata na urodziny, a który ostatnio ponownie wpadł mi w ręce. Prezent zupełnie nietrafiony. „Poradnik Globtrotera”, autorstwa Beaty Pawlikowskiej. Jak sądzę, mój brat, skądinąd bardzo inteligentny człowiek, doszedł do wniosku, że w przypadku globtrotera (czyli mnie), taki poradnik będzie strzałem w dziesiątkę. Nie chodzi nawet o to, że mój kochany brat założył, że taka książka jest mi potrzebna - równie dobrze mógłby podarować mi samouczek jazdy na rowerze, albo seks-poradnik dla dojrzewających chłopców. Chodzi o zawartość owego dzieła.poradnik globtrotera

 

W czym problem? W tym, że tak, jak nie można się nauczyć jeździć na rowerze z książki, tak na podstawie podręcznika nie da się zostać globtroterem. W obu przypadkach niezbędne jest wyjście w teren i zarobienie kilku nieuchronnych siniaków. Jednak jest wiedza, którą dobrze napisana książka może dostarczyć kolarzom albo globtroterom na różnym stopniu zaawansowania. W przypadku tych pierwszych – choćby zasady naprawy roweru. W przypadku drugich – wszelkie doświadczenia, które zdobywa się latami, dotyczące ekwipunku, sposobów podróżowania i radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych. Można też pokusić się o przybliżenie jakiegoś regionu świata. Czy taką wiedzę zawiera dzieło pani Pawlikowskiej? Owszem. Ale nie przestrzega przy tym dwóch podstawowych zasad. Pierwsza, tak w leczeniu jak i w nauczaniu, zawarta jest w czterech słowach: „Przede wszystkim nie szkodzić”. Druga to: „Nie traktujmy czytelnika jak idioty”.

 

W czym tkwi błąd? Autorka napisała książkę przeznaczoną dla osób, które jeszcze nigdy nigdzie nie były, nigdy nie pakowały plecaka, nie leciały samolotem, a teraz od razu wybierają się do dżungli. Właśnie o tym m.in. mówi - jak pakować plecak i jak podróżować samolotem. Czyli wiedza absolutnie podstawowa. Jasne, że są osoby, które jej potrzebują. Tylko, jeśli ktoś taki poleci od razu na samotną wyprawę do Amazonii, to niech weźmie ze sobą najlepszy poradnik i zagląda do niego na każdym kroku, i tak popełni masę błędów. Tak jak nie wystarczy wyjaśnić początkującemu rowerzyście: „złap kierownicę i zacznij kręcić pedałami”, żeby ten uniknął wywrotki. Więc może nie uważajmy czytelników ze niepełnosprawnych umysłowo i zacznijmy od razu z nieco wyższego pułapu. Oraz przyznajmy na wstępie, że z wyjątkiem pewnych podstawowych wiadomości, książka zawiera mnóstwo wiedzy opcjonalnej.

 

Każdy, kto podróżuje, ma wiele patentów wypracowanych doświadczeniem i gotowych rad. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaczyna uważać je za prawdę objawioną i do tego zostaje autorem samouczka dla przyszłych globtroterów. Podróżnicy lubią się spierać, czyj patent, sprzęt albo zasady postępowania są najlepsze – to jeden z dyżurnych tematów rozmów w górskich schroniskach i w wyprawowych obozach. Rzecz w tym, że często zaprawieni w bojach globtroterzy, kierując się doświadczeniem, dochodzą do skrajnie różnych rozwiązań. I okazują się one równie dobre. Albo równie złe. Bo w radzeniu sobie w podróży nie ma jednej prawdy objawionej dla wszystkich. Dobre jest to, co działa w twoim przypadku i w danej sytuacji.

 

Do tego należy dołożyć fakt, że we wspomnianej książce jest sporo błędów merytorycznych. Czasami dość niebezpiecznych, jeśli założyć, że rzeczywiście jest to poradnik przeznaczony dla żółtodziobów. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że pani Pawlikowska to taka Joanna Chmielewska literatury podróżniczej. Nie tylko z powodu liczby produkowanych dzieł. Również ze względu na fakt, że niekoniecznie zna się na niektórych rzeczach, o których pisze - na przykład na psychologii, czy medycynie. I tacy autorzy są potrzebni. Ich książki mają być przede wszystkim łatwe, lekkie i przyjemne. A dopiero potem, powiedzmy - treściwe, rzetelne, edukacyjne… Kiedy wertowałem wspomnianą książkę, przyszło mi do głowy, że skoro ktoś może bezkarnie wyprodukować mierny poradnik i nawet wydać go pod szyldem „National Geografic”, to i ja mogę, na tym skromnym blogu. Równie subiektywny i niekompetentny, a co! Zapraszam do lektury za tydzień lub dwa.

 

Zdjęcie: Empik

Powrót do góry

 

28 Grudnia 2013

Armada na 4000 m, czyli Boliwii sen o morzu

 

Boliwia jest dumna ze swoich morskich tradycji oraz ze swojej floty. Kraj ten posiada 173 bojowe jednostki pływające. To więcej niż liczba okrętów lokalnego rywala - piątego na świecie pod względem długości wybrzeża - Chile. Akademia Marynarki w La Paz jest prawdopodobnie najwyżej położoną szkołą morską na świecie. Jej kadeci w białych marynarskich czapkach i mundurach maszerują na czele każdej defilady. Szczególnie uroczyste parady odbywają się co roku z okazji Dnia Morza. Obchodzone hucznie święto wypada 23 marca, w rocznicę przegranej Bitwy pod Topáter (pierwszego starcia z Chile w Wojnie o Pacyfik) i śmierci narodowego bohatera Eduardo Abaroa. Boliwia nie ma za wielu wygranych bitew, na których mogłaby oprzeć swoje święta. Ma za to nadmiar tragicznie poległych bohaterów. Stałym punktem marcowych obchodów są wybory Miss Wybrzeża (Miss Litoral).

 

Obok defilad, boliwijscy admirałowie regularnie organizują manewry. Marynarka ma swój wywiad, komandosów, wewnętrzną policję, lotniczy zwiad i siły szybkiego reagowania. Całkiem nieźle jak na kraj bez dostępu do morza, prawda? Co prawda namiastka marynarki wojennej istnieje również w kilku innych odciętych od morza państwach, takich jak Laos, Paragwaj, Uganda, Szwajcaria, a nawet Węgry, jednak żaden kraj nie traktuje sprawy tak poważnie jak Boliwia.

Marynarka Boliwii

 

Kraj ten utracił dostęp do oceanu pod koniec XIX wieku w przegranym krwawym konflikcie z Chile, znanym jako „Wojna o Pacyfik” albo też „Wojna o Saletrę”. Bo to właśnie o złoża saletry na Atakamie - odkryte zresztą przez Polaka Ignacego Domeykę - poszło. Co ciekawe, to właśnie Boliwia doprowadziła do wojny, podnosząc cła chilijskim i brytyjskim firmom eksportującym ten cenny wtedy surowiec. Choć Chilijczycy walczyli jednocześnie przeciwko Boliwii i Peru, w ciągu czterech lat rozstrzygnęli konflikt na swoją korzyść – wojska chilijskie okupowały nawet i splądrowały Limę. W rezultacie wojny najdłuższy kraj świata wydłużył się jeszcze o jakieś 600 km, natomiast Boliwia straciła całe wybrzeże. Zaś złoża saletry na pustyni Atakama, w wyniku opracowanej wkrótce technologii jej taniej produkcji, przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Co nie znaczy, że zdobycze terytorialne Chile były bezwartościowe. Już wkrótce odkryto na Atakamie olbrzymie złoża miedzi. Chile do dzisiaj pozostaje jej największym światowym producentem, a eksport miedzi jest najważniejszym źródłem bogactwa tego kraju.

Marynarka Boliwii
Boliwia, która w XIX i XX w. po kolei przegrała wojny ze wszystkimi sąsiadami i straciła połowę swojego pierwotnego terytorium, pozostaje najbiedniejszym i najbardziej przegranym krajem Ameryki Pd. Jednak to utrata wybrzeża na rzecz Chile jest do dzisiaj jej największą traumą historyczną. Większość Boliwijczyków uważa wręcz, że dobrobyt Chile i bieda Boliwii wynikają po równo z faktu, że Chile „skradło im morze”. Ten sentyment umiejętnie podsycają politycy. Nie przypadkiem boliwijscy marynarze maszerują dumnie na czele pochodów, zaś odcięta od morza marynarka wojenna jest tak liczna i doinwestowana.


To nic, że trzon floty Boliwii bazuje na jeziorze Titicaca, na wysokości 3800 metrów w samym środku Andów, zaś reszta pływa po rzekach Amazonii. To nic, że imponującą ilościowo boliwijską armadę w większości stanowią motorówki i kutry. I tylko jeden prawdziwy statek, stacjonujący w argentyńskim porcie Rosario, wypływa czasem w morze, żeby szkolić marynarzy. Ów szkolny okręt Boliwia dostała w prezencie od bratniego rządu Wenezueli i naturalnie nigdy nie był on w pobliżu państwa, w którego flocie służy. Boliwijczycy uparcie wierzą, że swoje wybrzeże Pacyfiku utracili tylko na chwilę i wkrótce losy ich kraju się odwrócą. To nic, że ta „chwila” trwa już 130 lat i nawet po ostatnim ponownym zwycięstwie w wyborach socjalistki Bachelet, nie zanosi się na jakikolwiek poważny gest w tej sprawie ze strony rządu w Santiago. Chilijczycy argumentują, że wojny były częścią tamtej epoki, podział terytorialny jest już „przyklepany” i nie ma co rysować map na nowo. I otwierają na Atakamie kolejne kopalnie.Marynarka Boliwii


Boliwijczycy organizują wybory Miss Wybrzeża oraz ćwiczą sygnalizacje chorągiewkami, stawianie min i strategie bitew morskich na jeziorze Titicaca. I utrzymując w gotowości swoją flotę, podsycają wiarę. Nie mają wyjścia. Inaczej przyznaliby przed sobą i przed światem, że pogodzili się z istniejącym status quo. W ten sposób sprawa dostępu do oceanu urosła do rangi narodowego symbolu odkupienia i cudownego lekarstwa na wszystkie bolączki tej dumnej, lecz sponiewieranej nacji. Dla przybysza z Polski - kraju, który też zwykle dostawał od sąsiadów tęgie lanie i ma swoje kompleksy, fakt ten jest zrozumiały. Trudno nie polubić boliwijskiej marynarki wojennej, nawet jeśli przed jej główną bazą w Copacabanie, zamiast groźnych krążowników, parkują kolorowe rowery wodne w kształcie łabędzi i kaczuszek.

 

Zdjęcia kolejno: AP, Frank Shultze, Patiperro

Powrót do góry

 

 

 

 

Natalia Lafourcade

21 Grudnia 2013

Boska Kobietka z Veracruz

 

Ostatnio może trochę pochopnie napisałem, że tegoroczne wyróżnienia Latin Grammy zasługują na uwagę tylko ze względu na dwie laureatki. Tak naprawdę wspomnieć należałoby dwoje i pół laureatów. Pół Latin Grammy przyznałbym Alejandro Sanz za „La Musica No Se Toca”. Pół, bo tylko za tytułową piosenkę z pięknym przesłaniem, nie za cały album.


Wracając do dwóch „całych” laureatek. Niedawno przedstawiłem „najlepszą nową artystkę” – fascynująco niedzisiejszą Gaby Moreno. Teraz wypadałoby napisać nieco o drugiej Natalia Lafourcadeperełce wśród nagrodzonych – również flirtującej ze stylem retro. Wychodzi na to, że muzyka sprzed lat może być świetnym źródłem inspiracji i we właściwych rękach tudzież ustach dawać zupełnie nową wartość. Wokalistka niby całkiem współczesna: Meksykanka Natalia Lafourcade do niedawna kojarzyła mi się wyłącznie z niezbyt porywającym popem. Przyznaję, nie byłem wielkim fanem tej malutkiej dziewczyny z Veracruz. Natalia czarowała głosem, ale repertuar miała średnio ambitny. Ot, takie mniej ekscytujące wcielenie Juliety Venegas.


Fanem zostałem niedawno, gdy natknąłem się na jej najnowszą płytę: „Mujer Divina, Homenaje a Agustín Lara” („Boska Kobieta, W Hołdzie Agustinowi Larze”). Natalia zdobyła za nią Grammy w kategorii „Najlepszy Album Muzyki Alternatywnej”. Kolejną Grammy dołożyła za płytę DVD z zapisem koncertu. I słusznie, bo panna Lafourcade na żywo wypada dużo lepiej niż na płytach. Znaczy się – dziewczyna naprawdę porafi śpiewać. Trzeba powiedzieć, że nagranie piosenek Agustina Lary było ryzykownym posunięciem. Ten legendarny meksykański kompozytor i pieśniarz sprzed ery Beatlesów i popu napisał jakieś 700 utworów, ale znany jest głównie z przedwojennych kawałków. To tak, jakby któraś z polskich gwiazd estrady nagrała piosenki Ordonówny czy Dymszy.


Natalia zrealizowała swój projekt perfekcyjnie – pracowała nad nim kilkanaście miesięcy i zaangażowała pierwszorzędnych muzyków. Ryzyko opłaciło się, nie tylko z powodu dwóch statuetek Grammy. Nie dość, że aranżacje przednie, z muzycznym smakiem i fajną sekcją dętą, to połączenie nowego ze starym dało całkiem oryginalny efekt. Niby współczesna piosenka, a pobrzmiewa trochę jak te ze starych płyt. Niby tekst i melodia sprzed lat, ale brzmią zupełnie współcześnie. Natalia świetnie bawi się starym stylem, hipnotyzuje swym słodziutkim głosem, a muzycy swingując sobie, wydobywają ze starych kawałków wszystko to, co najlepsze. Przykład? Piosenka tytułowa – Mujer Divina. Kolejny raz pobawiłem się w tłumacza. Trzeba przyznać, że ów tekst w damskich ustach brzmi dość perwersyjnie. Przekład ten dedykuję kobiecie, która swoją osobą przywraca mi mocno ostatnio nadszarpniętą wiarę w przyjaźń.

 

 

 

 

 

-Mujer Divina-

 

Mujer, mujer divina
Tienes el veneno que fascina en tu mirar.
Mujer que no se olvida,
Tienes vibración de sonatina pasional.

-Boska Kobieta-

 

Kobieto, boska kobieto,
Masz fascynujący jad w swoim spojrzeniu.
Kobieto, której się nie zapomina,
Emanujesz wibracjami namiętnej sonaty.


Rozsiewasz woń kwitnącej pomarańczy,
Nosisz się wyniośle jak królowa.
Znasz moc eliksiru zawartego w miłości
Roztaczasz subtelności czar.

 

Boska magia zmierzchu,
Albo cud natchnienia
Zaklęte w rytmie twojego ja
Pulsowanie w takt piosenki.
Jesteś powodem mojego istnienia, kobieto.

 

Zaklęte w rytmie twojego ja
Pulsowanie w takt piosenki.
Jesteś powodem mojego istnienia, kobieto.

 

Dajesz mi siłę, żeby iść, przemierzać świat
Tobą oddycham, karmię swoją miłość.
I przez ciebie płaczę słodkimi łzami, kobieto.

-Przekład © Patiperro-

Tienes el perfume de un naranjo en flor,
El altivo porte de una majestad
Sabes de los filtros que hay en el amor,
Tienes el hechizo de la liviandad.

 

La divina magia de un atardecer,
O la maravilla de la inspiración
Tienes en el ritmo de tu ser
Todo el palpitar de una canción.
Eres la razón de mí existir, mujer.

 

Tienes en el ritmo de tu ser
Todo el palpitar de una canción.
Eres la razón de mí existir, mujer.

 

Tú me haces caminar, distancias recorrer
Te puedo respirar, alimentas mi querer
También me haces llorar, mis lágrimas de miel, mujer.

-Autor: Agustín Lara-

 

 

Powrót do góry

Jeśli po wysłuchaniu powyższego kawałka wciąż masz ochotę na więcej, polecam La Fugitiva („Ulotne”) z koncertu nagrodzonego Latin Grammy. Utwór jest o tym, że wszystko co przyjemne w sprawach uczuć, trwa tylko chwilę albo okazuje się kłamstwem. Piosenka może i wiekowa, ale trudno nie zgodzić się z przesłaniem. Natalia śpiewa ją w duecie z nie mniej boską Lilą Downs. Zaś na muzyczny deser najlepiej nadaje się Limosna („Jałmużna”). O jaką jałmużnę prosi miniaturowa i zmysłowa Meksykanka? „Dame un poquito de tú amor, siquiera…” No, oczywiście.

 

La Fugitiva - Natalia Lafourcade & Lila Downs

 

Gaby Moreno

 

9 Grudnia 2013

Gaby Moreno i Dr House tańczą tango

 

Pod koniec listopada jak zwykle przyznano Latin Grammy. Te wyróżnienia dla hiszpańsko- i portugalskojęzycznej części świata muzycznego zwykle wywołują u mnie pewną ekscytację. Bo lubię wiedzieć, co w muzyce latynoskiej piszczy. Poza tym dobrze jest śledzić trendy. No i czasem mam cichą satysfakcję, gdy któryś z moich ulubionych artystów dostanie nagrodę, albo wśród laureatów odkryję jakąś nową perełkę. Jednak tym razem rozdanie nagród Grammy wywołało u mnie wyłączanie atak ziewania. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w tym roku wyróżnienia przyznano głównie „za całokształt”. Największe laury zgarnęli oldboye – artyści grubo po czterdziestce (Marc Anthony i Draco Rosa), po pięćdziesiątce (Miguel Bose, Carlos Vives), a nawet jeszcze starsi (Caetano Veloso). Nikt nie ma wątpliwości, że Caetano, który właśnie wydał pięćdziesiąty któryś album, to wielki artysta. Czy naprawdę jest mu potrzebna dwunasta statuetka Grammy na półce w salonie?

 

Jeśli rozdawane dorocznie figurki z miniaturą gramofonu uznać za papierek lakmusowy muzyki latynoskiej, to na podstawie tegorocznych nagród trzeba by wnioskować, że ów muzykalny region świata produkuje wyłącznie pop, salsę, MPB, jakieś ultra romantyczne gnioty oraz całą masę dyskotekowo-dworcowej papki. Krótko mówiąc – po raz enty odgrzewana zupa i nieświeża mizeria. Na tym bezrybiu są wszakże dwie nie byle jakie ryby, które pluskają się bezczelnie pod nosem zblazowanych morsów i trochę wzruszają to zatęchłe bajorko. To dla tych dwóch laureatek tegoroczne Grammy są warte wzmianki i zarwanej nocy.

Gaby Moreno

Gaby Moreno

Gaby Moreno

Gaby Moreno

 

 

Powrót do góry

Dzisiaj krótko o pierwszej rybce, która zdecydowanie płynie pod prąd. Zwyciężczyni w kategorii „Najlepszy Nowy Artysta” to rzadki okaz. Nie dość, że pochodzi z malutkiej Gwatemali, to również pochodzi z innej epoki. Ubiera się w paryskim stylu lat 20-tych (te kapelusiki, opaski i toczki!) oraz przyznaje, że wielbia słuchać Edith Piaff i Carlosa Gardela. Sama zaś, zamiast swojskich kumbii czy ranczery gra… bluesy, jazz i soul. Niekiedy odświeży swoim głosem tradycyjną piosenkę meksykańską, bossa-nove albo dawne tango. Jak choćby słynne „El Choclo”, które w czasie półrocznego tourne wykonywała z Hughem Laurie, angielskim jazzującym aktorem, szerzej znanym jako Doktor House. Panie i panowie, oto Gaby Moreno oraz utwór dla wszystkich, którzy również urodzili się w niewłaściwej epoce. Gaby Moreno i Hugh Laurie śpiewają (i tańczą) El Choclo / Kiss of Fire:

 

„Najlepsza nowa artystka” ma 31 lat, a płyty nagrywa od lat pięciu, więc słówko „nowa” ujdzie tylko wobec średniej wieku reszty laureatów. I wobec tego, że do niedawna faktycznie mało kto o niej słyszał. Wszystko zmieniła jedna piosenka nagrana z Ricardo Arjoną - wielki hit po tamtej stronie Atlantyku. Gaby przyznała, że przebój zaśpiewany z jedynym jak dotąd sławnym gwatemalskim artystą otworzył jej wszystkie drzwi. Nic dziwnego, że w podziękowaniach za Grammy znalazło się również ciepłe słowo dla Ricardo. Sukces duetu z Arjoną zaowocował m.in. tegorocznymi wspólnymi koncertami z Hughem Laurie. Gaby i Dr House występowali również w Warszawie. W jakimś wywiadzie Gaby wspomniała, że być może rzeczywiście urodziła się w niewłaściwych czasach. Lecz było to zanim zdobyła Latin Grammy i stała się sławna. Teraz może już bezkarnie nosić swoje ekscentryczne kapelusze i śpiewać bluesy.

 

Jeśli masz ochotę posłuchać gwatemalskiego bluesa i Gaby Moreno w bardziej typowym dla niej repertuarze, dobrym przykładem jest kameralny występ dla National Public Radio w jednej z odsłon genialnej serii Tiny Desk Concerts:

 

14 Listopada 2013

Najpiękniejsza jak zwykle… Miss Wenezueli!

 

Miss Venezuela

Wenezuela to dziwny kraj. To piąty największy producent ropy, w którym połowa samochodów to reanimowane antyki, nie lepsze niż te znane z ulic Hawany. To kraj na wskroś przesiąknięty kapitalizmem, jednak z rewolucją i socjalizmem na sztandarach. To państwo, którego przywódcy, wzorem dawnych sowieckich sekretarzy Partii, na łożu śmierci namaszczają swoich następców. Kraj, który nieustannie szykuje się do wojny ze Stanami, a jednocześnie bierze z nimi udział w największych wspólnych manewrach w regionie i dostarcza im ropę. To ojczyzna kawy, która eksportuje kawę z Brazylii. To republika ze swoją własną strefą czasową, przesuniętą o pół godziny w stosunku do sąsiadów. To wreszcie państwo, którego sportem narodowym – tak jak w Polsce narzekanie i skoki narciarskie – są konkursy piękności. Do tego Wenezuela z niesamowitą regularnością potrafi tą – przyznajmy - dość niszową formę rywalizacji, przekuć na sukcesy międzynarodowe.

 

Kiedy więc kilka dni temu usłyszałem, że nową Miss Universe została Wenezuelka, moją pierwszą reakcją było coś pomiędzy: „Znowu?!” i „No, oczywiście!” Od dawna przecież wiadomo, że Wenezuela ma tytuły Miss Universe i Miss World zaklepane na stałe, a panny z pozostałych krajów mogą co najwyżej rywalizować o drugie miejsce. Choćby (tak jak ostatnio) wskazywano Polkę czy inną Chinkę na faworytkę. Nawiasem mówiąc, ciekaw jestem w jaki sposób typuje się faworytki do tytułu miss. Na podstawie wyników w tej konkurencji osiągniętych w bieżącym sezonie? Czy może na podstawie biegłości w klepaniu z pamięci obowiązkowego: „Jeśli wygram, to zajmę się problemami świata, a szczególnie losem ciemiężonych kobiet i głodujących dzieci.”

Romaira

 

Zgadza się, nie jestem wielkim fanem konkursów piękności, ale trudno nie zadumać się nad wenezuelskim fenomenem. Nie dlatego, że kraj ten „wyhodował” rekordową liczbę łącznie trzynastu triumfatorek Miss Universe i Miss World (Polska, słynąca z urody swoich obywatelek ma tylko jedną) i ostatnio wygrywa konkursy średnio co dwa lata. Bardziej interesujące są implikacje tych triumfów, a zwłaszcza ich wpływ na życie i marzenia młodych Wenezuelek. Każda z nich marzy, żeby być piękną i zdobywać tytuły. Tym marzeniom wychodzi naprzeciw sektor usług upiększających. W książce telefonicznej Caracas są prawie dwa tysiące salonów piękności. Szkoły miss, oferujące kursy chodzenia, tańca, wizażu, kursy językowe itp. od dzieciństwa trenują przyszłe kandydatki niczym zawodowe sportsmenki. Kliniki chirurgii plastycznej traktowane są jak gabinety dentystyczne. Banki udzielają kredytów na chirurgiczne zabiegi, firmy produkujące opaski uciskowe niezbędne po operacjach reklamują się na przystankach, a najbardziej pożądanym prezentem od rodziców dla córki na „osiemnastkę” są silikonowe implanty…

 

Choć trudno odgadnąć, co w tej oczywistej korelacji między pasmem triumfów Wenezuelek w konkursach miss i popularnością zabiegów upiększających jest kurą, a co jajkiem, jedno jest pewne – im więcej kur, tym więcej jajek. To nic, że kobiety, żeby sfinansować operacje plastyczne zapożyczają się na lata, że z powodu rosnącej przestępczości salony piękności przenoszą się do strzeżonych centrów handlowych i spacerowanie po ulicach Caracas, żeby ocenić rezultaty tego szału ciał, jest zajęciem cokolwiek ryzykownym – teraz, po ostatnim triumfie Maríi Isler obroty sektora usług upiększających z pewnością jeszcze wzrosną. Znajoma caraqueña, Romaira, podsumowała to następująco: „Jeśli twoja koleżanka z pracy zrobiła sobie pupę, sąsiadka piersi, w telewizji widzisz udoskonalone aktorki i prezenterki, a w gazecie kolejną miss, to i ty zaczynasz się zastanawiać, co by tu poprawić.” Romaira akurat jest przykładem, że naturalne piękno Wenezuelek, mimo fałdek tu i tam, broni się samo.

 

„W socjalizmie kobiety pięknieją” – przeczytałem na forum komentarz pod zdjęciem świeżo ukoronowanej Miss Universe. No niekoniecznie, bo gdy tak się rozejrzeć, łatwo dostrzec, że w kategorii kobiet po trzydziestce, Wenezuela - tak jak Polska - nie wypada już tak świetnie. Wenezuelki, po wypadnięciu z grupy wiekowej ubiegającej się o tytuły miss, tyją na potęgę. A moim skromnym zdaniem, w znacznie trudniejszej i o niebo bardziej interesującej kategorii wiekowej 30+, wśród krajów latynoskich bezkonkurencyjna jest Argentyna.

 

Wcześniejsze wpisyPowrót do góry