Peru

Ameryka Popołudniowa

Poprzednie wpisy:

 

 

20 Listopada 2014

Wspaniałe marnotrawstwo czasu

 

Jeśli kiedykolwiek zdarzyło ci się podróżować bez pośpiechu i samotnie - nie przez dzień, czy dwa, tylko przez kilka miesięcy - to wiesz, że czas w takiej podróży płynie inaczej. Raz wolniej, raz szybciej, ale prawie nigdy z szybkością jednej sekundy na sekundę. Podczas długiej i samotnej eskapady czas bywa zmienny jak prąd w gniazdku.

 

Jednym ze sposobów, żeby się o tym przekonać jest daleka wyprawa rowerem. Godzina w siodełku na odludziu raz wydaje się chwilą, kiedy indziej ciągnie się w nieskończoność. Co ciekawe, w małym stopniu zależy to od atrakcyjności mijanych krajobrazów. Tempo upływu czasu bardziej związane jest ze zmęczeniem albo z pogonią myśli w głowie, z wyostrzeniem, czy też chwilowym uśpieniem zmysłów. Zależne jest też od siły i kierunku wiatru. Podróżowanie rowerem pod wiatr potrafi spowolnić czas aż do bólu.

 

Nic dziwnego, że są ludzie, dla których turystyka rowerowa to zwyczajne marnotrawstwo czasu. Są turyści, którzy codziennie muszą wyciągnąć jedną lub dwie zakładki spomiędzy kart przewodnika. Jako rowerzysta jestem skłonny się zgodzić – pedałowanie tygodniami przez pustkowia w rzeczy samej jest marnotrawstwem czasu. W takim samym sensie, jak stratą czasu jest czytanie wierszy Szymborskiej, nałogowe fotografowanie lokomotyw (ukłon w Twoją stronę, Danielu), pielęgnowanie hortensji dębolistnej w ogrodzie (uśmiech w Twoją stronę, Sabrino), wspinanie się po górach, czy lepienie bałwanów w zimie.

 

Z drugiej strony są tacy, dla których nawet rower jest za szybki. To ludzie, którzy przemierzają całe kontynenty pieszo. Jak choćby Szwajcarka Sarah Marquis, która przeszła samotnie Azję i Australię, czy Brytyjczyk Karl Bushby, który w 1998 wyruszył z południowego krańca Ameryki Południowej i w dalszym ciągu usiłuje wrócić na piechotę do Anglii.

 

Takich ludzi, dla jednych - szaleńców, dla innych - prawdziwych podróżników, jest zaskakująco wielu. Poszukując informacji o piechurach, przemierzających wielkie dystanse, natrafiłem na dwa doskonałe filmiki pewnego Niemca o imieniu Christoph, który „tylko” przemaszerował z wózkiem część Azji. Pierwszy z filmów stał się fenomenem Internetu. Zrobił furorę w sieci, bowiem jest sprawozdaniem z rocznej wędrówki przez Chiny z perspektywy… rosnącej brody. Jednak to ten drugi, mniej szalony filmik z samotnej przygody Christopa wywarł na mnie większe wrażenie (do obejrzenia w oknie obok).

 

Są w nim dźwięki, światło i przelotne spotkania, czyli to wszystko, co stanowi esencję i ulotną urodę mijanych miejsc. Jednak przede wszystkim Christophowi udało się uchwycić w filmie dwie rzeczy, które wydają się niemożliwe do uchwycenia - ten szczególny gatunek samotności - rodzaj objawienia, dostępny tylko nielicznym wędrowcom, którzy przemierzają świat bez pośpiechu, oraz ową nieliniowość i nieciągłość czasu właśnie. Niesłychanie inspirujące.

 

 

Powrót do góry

 

 

11 Października 2014

Przy okazji maratonu w Poznaniu

 

Ostatnio hurtem spełniam marzenia. W kwietniu pierwszy w życiu maraton, w maju pierwsza wyprawa do Peru organizowana dla innych, w czerwcu po raz pierwszy wysokie Andy zimą. Wygląda na to, że siły odpowiedzialne za spełnianie marzeń, to te same siły, które powodują powstawanie frontów burzowych. Najpierw długo, długo nic - choćbyś nie wiem jak długo wpatrywał się w niebo i tańczył swoje tańce deszczu. A potem niespodziewanie niebo się otwiera i następuje oberwanie chmury.

 

Poznań MaratonKwietniowy maraton przerósł najśmielsze oczekiwania. Wszyscy pytali, dlaczego uparłem się na start w szaro-burej Łodzi, zamiast w jakimś elegantszym mieście – przecież jednocześnie z łódzkim biegiem odbyły się zawody w Warszawie, Londynie, Paryżu… A ja zwyczajnie byłem to mojej kochanej Łajbie winien. Fajnie było w parę tysięcy nóg rozkołysać ją na chwilę. Łódź to może i dziurawa, i bez steru, ale atmosferę do biegania maratonów ma jak trzeba. Ci wszyscy bałuccy żule dopingujący z okien odrapanych kamienic, moherowe starsze panie piszczące: "Ale super!", dzieciaki przybijające piątkę na trasie i kierowcy bijący brawo, chociaż utknęli w korku. No i ta surrealistyczna przyjemność łykania trzydziestego piątego kilometra na Ulicy Maratońskiej...

 

Od razu zdecydowałem, że następnym razem w Łodzi też pobiegnę. Niestety - choć sezon maratonów w Polsce przypada na wiosnę i jesień - łódzki bieg jest tylko raz do roku. Żeby nie czekać do przyszłego kwietnia, jesienią upatrzyłem sobie Maraton Poznański.

 

Bieganie długich dystansów, tak jak i dalekie wyprawy, zaczyna się od marzeń. Te kilka miesięcy przygotowań i niezbędna do osiągnięcia celu wytrwałość są w tym wszystkim najpiękniejsze. Nic tak nie smakuje, jak przebiegnięcie mety, albo wejście na wymarzony wysoki szczyt z poczuciem, że to wyłącznie własna praca, planowanie i nieustępliwość, oraz ów niezbędny milion małych kroczków, doprowadziły nas do tego miejsca. I nieważne czy jest to miejsce w pierwszej, czy w ostatniej setce zawodników, i nieważne, że ktoś był na szczycie przed nami. Już jutro, wraz z siedmioma tysiącami innych osób spróbuję odkryć ten smak na nowo. I jak tu się nie dać ponieść ekscytacji? Jeśli jesteś jednym z siedmiu tysięcy uczestników Maratonu Poznańskiego - do zobaczenia na trasie! Jeśli nie, spełniaj inne marzenia. Choćby te najmniejsze. Szczególnie te, które wydają się nieosiągalne. A zwłaszcza te, które wymagają czasu. Czas i tak upłynie, a niespełnione marzenia wyblakną.

 

Powrót do góry

 

 

2 Października 2014

Yerba Buena

 

Ten wpis to ukłon w stronę Magdy - jedynej Polki pracującej w mojej firmie. Magda to wspaniała osoba, jednakowoż wśród zalet wielu ma jedną wadę – nie kryję się ze swoją niechęcią do yerba mate. Zapaćkany jakimś mokrym zielskiem kubeczek z wystającym z niego metalowym ryjkiem, z którego wszyscy piją na zmianę? Fuj! Magda uważa to zjawisko za skrajnie nieestetyczne i niehigieniczne. Cóż, starożytni mawiali: „De gustibus non disputandum est”. Tubylcy ujmują to nawet krócej: „Fair enough”. Przeciętnej Polce, tak w kraju, jak i na emigracji, akurat łatwo jest uniknąć widoku owego kubeczka i związanego z nim dyskomfortu. O ile nie zadaje się ze mną. Magda ma podwójnego pecha – nie dość, że zadaje się ze mną, to jeszcze przyjaźni się z Argentynką, która - jak to Argentynki - od świtu do nocy nie wypuszcza zapaćkanego kubeczka z garści. To jasne, że jeden wpis na blogu nie sprawi, że ktoś nagle pokocha coś, co napawa go wstrętem. Wierzę jednak, że może spowodować, że ten wstręt podszyty będzie zrozumieniem. Bo zwyczaj picia mate to o wiele, wiele więcej niż tylko spożywanie gorzkiego napoju zawierającego kofeinę.

 

Już sam rytuał parzenia mate, dla osób niewtajemniczonych jest dość zagmatwany i może budzić wątpliwości czy na pewno mamy do czynienia z legalną substancją. Po pierwsze: kubeczek – może być metalowy, ceramiczny, z rogu, małej wydrążonej dyni (calabasa) albo z różnych gatunków drewna. Ja najbardziej lubię kubeczki z przesiąkniętego żywicą twardego, zielonego drewna palo santo; otoczone metalem, żeby nie pękały. Po drugie: bombilla, czyli metalowa rurka z ustnikiem na jednym końcu i sitkiem na drugim. Najbardziej praktyczne są bombille ze stali nierdzewnej w kształcie łyżeczki albo te ze sprężynką na końcu. Pierwsze pozwalają w prosty sposób opróżnić kubeczek ze starej yeby, drugie zaś są łatwe w czyszczeniu. yerba matePo trzecie: sama yerba, czyli zmielone listki ostrokrzewu paragwajskiego, z łodyżkami lub bez (yerba despalada); czasem z innymi dodatkami: ze skórką pomarańczy, cytryny, grejpfruta, z guaraną, kawą, gruszką, miętą, boldo, rumiankiem lub innymi ziołami. Po czwarte: woda. Gorąca, ale nie wrząca. Najlepiej zagotować i przed wlaniem do termosa odczekać jakieś 10 minut. W tym czasie yerba akurat dojrzeje do pierwszego zalania. Bo zanim wetkniemy bombillę do naczyńka i pociągniemy pierwszy łyk, yerbę należy przygotować. Kubeczek wypełniamy suszem w 2/3, następnie przykrywamy dłonią, odwracamy do góry dnem i energicznie potrząsamy. Dzięki temu większe kawałki liści lądują bliżej dna, a pył, który mógłby zapchać bombillę, na wierzchu. Potrząsając, staramy się przesunąć yerbę na jedną stronę naczynia. Dzięki temu po drugiej stronie zyskujemy trochę pustego miejsca. W to miejsce nalewamy chłodnej wody i stawiamy kubeczek przechylony w taki sposób, żeby usypana po jednej stronie górka yerby pozostała nienaruszona. W czasie, kiedy woda w czajniku trochę nam ostygnie, yerba akurat podsiąknie wodą i można zaczynać. W tym miejscu dochodzimy do punktu piątego, który wymaga oddzielnego akapitu.

 

Po piąte: towarzystwo. Bowiem picie yerby to przede wszystkim wydarzenie towarzyskie. Argentyńczycy odwiedzają się w tym celu po domach, sąsiedzi siadają na ganku i siorpiąc gorący napój wymieniają najnowsze plotki, znajomi popijają yerbę na miejskich trawnikach i ławkach w parku, zaś w biurach naczyńko jest pretekstem do przerw w pracy. Wędrujący z rąk do rąk kubeczek zażegnuje kłótnie, pieczętuje przyjaźnie i rozpoczyna romanse. Co ciekawe, choć każdy ma swój własny sposób parzenia yerba mate – może być mocna lub słaba, z cukrem albo gorzka, z dodatkami albo bez – to w towarzystwie nikomu nic nie przeszkadza i pije się ją na modłę osoby, która nalewa i częstuje (cebador). Najczęściej jest to właściciel kubeczka. Co najwyżej w większym gronie, jeśli za dużo gadasz i tym samym za długo przetrzymujesz naczyńko, zostaniesz delikatnie upomniany, że „to nie mikrofon”.

 

Oczywiście jest też druga, kofeinowa strona yerby, tak jak w przypadku kawy. W porcji yerba mate jest tyle samo kofeiny, co w mocnej kawie, jednak ze względu na powolny sposób przyswajania, działanie mateiny jest teleż łagodniejsze, co dłuższe. W związku z tym naczyńko z yerbą jest nieodłącznym towarzyszem studentów przed egzaminami i wszystkich, którzy pracują nocą albo pędzą rano do pracy. Jak choćby mój współlokator w Ushuaia, który wstawał przed świtem. Kiedy kładł się spać, stawiał przy łóżku mate i termos, zaś rano jedną ręką wyłączał budzik, a drugą sięgał po napój, zanim jeszcze otworzył oczy. Yerba mate jest też nieodłącznym kompanem podróży kierowców ciężarówek, do tego stopnia nieodzownym, że gdy kilka lat temu jednocześnie wzrosły ceny paliwa i yerby, argentyńscy kierowcy gwałtownie protestowali, urządzając blokady na drogach. Na każdej porządnej stacji benzynowej w Argentynie i Urugwaju znajdziesz darmowy dystrybutor z gorącą wodą.

Pierwsza w życiu yerba mate - z Rubenem w Parku Narodowym Lodowców

 

No i jeszcze najważniejsze: mate uzależnia! I jak każda używka, w nadmiarze wcale nie jest zdrowa. Do tego, jeśli spożywasz ją z cukrem, albo na przykład w towarzystwie tortas fritas, może być tucząca. Generalnie powinno to być oczywiste - wszystko, co dobre, w nadmiarze jest szkodliwe albo tuczące, prawda? Jednak piszę to na wypadek, gdybyś naczytał się wyłącznie o zdrowotnych i odchudzających właściwościach yerby. Z mate jest dokładnie tak jak z czekoladą, winem albo kawą – poziom konsumpcji oraz stopień uzależnienia zależy wyłącznie od ciebie. Ja, przyznaję, uzależniłem się raptownie w kwietniu 2007 roku, na niepozornym wzniesieniu w argentyńskim Parku Narodowym Lodowców, wśród gór wymoszczonych pierwszym śniegiem, złotem i czerwienią jesiennej buczyny, z widokiem na skryty częściowo w chmurach szczyt Cerro Torre. Usiedliśmy z Rubenem zmarznięci wśród tych nieprawdopodobnych krajobrazów i Ruben zaparzył mate. W takich okolicznościach od nieznajomości do uzależnienia jest tylko jeden łyk.

 

Powrót do góry

 

 

4 Września 2014

Argentyńscy jaskiniowcy i błękitne dolary

 

dolar blue

Argentyńskie peso leci w dół na łeb na szyje. Choć rząd w Buenos Aires uspokaja, że sytuacja jest pod kontrolą, to coraz bardziej przypomina to orkiestrę grającą kojące kawałki na tonącym Titanicu. “La unica verdad es la realidad” (Jedyną prawdą jest rzeczywistość) – tak zwykł mawiać generał Juan Peron, jeden z idoli urzędującej obecnie Pani Prezydent. Peron podkradł to powiedzenie Arystotelesowi, który – tak się składa – jest zarazem ojcem ekonomii i teorii pieniądza. Arystoteles na przykład jako jeden z pierwszych zauważył, że pieniądz ma taką wartość, jaką nada mu państwo. Rząd Argentyny jeszcze tej reguły nie odkrył. A rzeczywistość jest taka, że w ciągu ostatnich dwóch lat wartość peso spadła mniej więcej dwukrotnie. Żeby to stwierdzić, wystarczy odłożyć na bok gazety pełne rządowej propagandy i zajrzeć na stronę www.inflacionverdadera.com, wskazującą rzeczywisty poziom inflacji. Lub wystarczy mieć dobrą pamięć.

 

Ja pamięć do liczb mam niezłą i pamiętam, że w połowie 2012 roku wymieniałem dolary po 4,50 peso. Tyle wynosił oficjalny przelicznik, bo o nieoficjalnym kursie, zwanym przez Argentyńczyków „blue”, nie miałem wtedy jeszcze pojęcia. Minęły dwa lata i teraz już nie da się przeoczyć faktu, że w Argentynie nie tylko narodowa flaga jest niebieska. Na rynku blue handlują dosłownie wszyscy. W maju 2014 za dolara oficjalnie płacono już 8 peso, zaś dolar blue wart był ponad 10. Taki kurs dostałem u ulicznego cinkciarza w Mendozie, który był mocno rozczarowany faktem, że wyciągnąłem z kieszeni wyłącznie dziesiątki i dwudziestki. Dostałbym lepszą cenę, gdybym miał zielone albo euro w trzycyfrowych nominałach. Bowiem Argentyna jest (pewnie jedynym!) krajem, gdzie kurs wymiany zależy od tego, jakie masz banknoty. Odwrotnie niż w bezgotówkowej Europie, w której banknotów z dużą ilością zer prawie się nie spotyka i patrzy się na nie podejrzliwie. No bo kto uczciwy płaci pięćsetkami euro w gotówce? W Argentynie wysokie nominały mają wyjątkowe wzięcie. "Są wygodne przy transporcie dużych sum i idealnie nadają się do łapówek" - tak wyjaśnił mi pewien arbolito - nie bez nuty ironii i nie bez racji. Fakt, żeby cokolwiek załatwić w tym skorumpowanym do szpiku kości państwie, trzeba posmarować (Argentyńczycy mówią cometar), a banknoty studolarowe jako cometa są bardziej dyskretne od plików dziesiątek czy dwudziestek. Wniosek? Jeśli wybierasz się do boskiego Buenos, niech twoim towarzyszem podróży zostanie Benjamin Franklin.

 

Minęły kolejne trzy miesiące i kilka dni temu kurs dolara w obiegu blue osiągnął rekordową wartość 14,20 peso. Jest to niewątpliwie wydarzenie historyczne, gdyż po raz pierwszy dolar przebił się przez magiczną czternastkę. Cueveros, czyli argentyńscy cinkciarze zacierają ręce, bo w samoregulującym się drugim obiegu, gwałtownie rosnący kurs zielonych jest miarą rozbieżności między popytem i podażą. A im ta rozbieżność większa, tym większy spread, czyli różnica w cenie między kupnem i sprzedażą, a więc i większy zarobek handlarzy walutą. Wygląda na to, że Argentyńczycy stracili resztę zaufania do swojego pieniądza i wszystkie oszczędności lokują w dolarach. Zielone banknoty, dawniej nazywane pogardliwie sałatą (lechuga), teraz stały się poszukiwaną rukolą (rùcula). Jednocześnie w światowych rankingach inflacji Argentyna awansowała z okolicy czwartego miejsca na drugie, wyprzedzając takich potentatów, jak Iran, Białoruś i Sudan. Szacuje się, że tegoroczna inflacja może wynieść nawet 40%. Na świecie wyższy wskaźnik ma tylko Wenezuela - bratni naród, na który Argentyńczycy zawsze mogą liczyć. W tabelach przestępczości, inflacji i konkursów piękności Wenezuela lubi być na czele.

 

Mimo stopniowego wzrostu płac, argentyńskie społeczeństwo ubożeje i się rozwarstwia. Ci, którzy mieli dużo, teraz mają jeszcze więcej. Ci, którzy mieli co nie co, z każdym dniem mają mniej. Znika klasa średnia i pojawia się ubóstwo. Tracą też tysiące emigrantów z Boliwii, Peru i Paragwaju, którzy wysyłają zarobione w Argentynie pieniądze do domu. Emigranci z Chile już dawno czmychnęli do siebie.

 

Walutowy błękitny słowniczek:

 

Lechuga (czyli „sałata”) – niezbyt pochlebne określenie dolara. Z powodu trudności w jego legalnym kupnie, coraz częściej zastępowane wykwintnym terminem "rukola" (hiszp. rùcula).


Dolar blue – "błękitny" dolar wymieniany w pokątnych kantorach w cenie wolnorynkowej.


Cueveros („jaskiniowcy”) to potentaci handlu walutą, karmiący rukolą pescados (klientów) w zaciszu swoich kantorów-jaskiń, czyli cuevas.


Arbolitos (dosł. „drzewka”) - tak nazywa się drobnych handlarzy walutą, sterczących na ulicy z kalkulatorem oraz paczką banknotów w ręku i nagabujących przechodniów.

 

Cometa to w Argentynie łapówka. Nietrudno zgadnąć, dlaczego kometa.

A kto zyskuje? Oczywiście handlarze walutą. Profesja cuevero, czy arbolito (patrz ramka obok) stała się ostatnio bardzo dochodowym biznesem. Cuevas istnieją w Argentynie od lat siedemdziesiątych, jednak do 2002 roku alternatywny rynek wymiany walut był bardziej ciekawostką niż faktem. Wszystko zmienił gwałtowny kryzys w 2001, a rozpędu nadała niedawna decyzja rządu o reglamentacji zakupu dolarów. Z dnia na dzień wymiana waluty w banku, oficjalnym kantorze (Casas de Cambio), albo wypłata dolarów z bankomatu stała się niemożliwa. Oficjalnie chodziło o ratowanie rezerw walutowych kraju i kontynuowanie spłaty zadłużenia. Tyle, że Argentyna to kraj o bogatej historii kryzysów i przewalających się jak tsunami fal inflacji, więc lechuga zawsze była dla Argentyńczyków (tak jak dla Polaków w socjalizmie) ratunkiem i zabezpieczeniem na chude lata. Szczególnie przechowywana w domu, a nie w banku. Kryzys z 2001 roku, kiedy to banki, wraz z siedmiokrotną dewaluacją narodowej waluty zablokowały ludziom konta, jeszcze bardziej wzmocnił ten trend. Nikt nie lubi budzić się rano z poczuciem, że w nocy stracił większość swoich oszczędności, a i tej resztki, która mu została, nie może wypłacić…

 

Oprócz cinkciarzy, zyskują ci, którzy chcą w prosty sposób wyprać lewe dochody, gdyż rynek blue znajduje się poza kontrolą państwa. W szemranym kantorze nikt nie pyta, skąd masz pieniądze, które wymieniasz. I w końcu zyskują turyści oraz wszyscy, którzy w błękitnej Argentynie wydają dolary zarobione gdzie indziej. Czyli potencjalnie i Ty. Jeśli więc zawsze marzyłeś, żeby zobaczyć Wodospady Iguazu albo Patagonię, zatańczyć tango w Buenos Aires albo spróbować u źródła argentyńskiego Malbeca, nie zwlekaj - pakuj plecak i w drogę! Lepszej okazji na tanie wakacje w Argentynie nie będzie.

 

Zdjęcie: igdigital

Powrót do góry

 

 

Blog z podróży - Wczesna zima w Andach

Kwiecień - Maj - Czerwiec 2014

25 Czerwca 2014

Odcięty od świata w środku metropolii

 

Niektórych marzeń lepiej nie spełniać. Lepiej, żeby pozostały marzeniami. Zima w Chile okazała się odmienna od wyobrażeń. Ośnieżone Andy przepiękne, ale niedostępne. Ciężko jest się wspinać w głębokim śniegu, ciężko jest zorganizować transport w góry, ciężko jest nawet wydostać się z Santiago. W tym wszystkim najlepszy dowcip jest taki, że ośrodki narciarskie wokół miasta wciąż są zamknięte z powodu braku śniegu. Jednocześnie przejście graniczne między Chile i Argentyną jest zamknięte ze względu na… nadmiar śniegu. Ot, taki lokalny paradoks.

 

Codziennie chodzę na dworzec i przeżywam swój Dzień Świstaka. Bileterzy już mnie rozpoznają i kiwają głowami na powitanie. Następnie głowy zmieniają kierunek kiwania: "Droga do Argentyny zamknięta. Może jutro coś się ruszy." Jeśli wierzyć telewizji i rządowym portalom – nie ruszy się, granica pozostanie nieprzejezdna przez najbliższe cztery dni, albo i dłużej. Rozważyłem już wszystkie alternatywy, ale w Chile nie ma ich za wiele: na południu od wielu dni leje i rozpętały się powodzie, na zachodzie jest ocean, na wschodzie to nieszczęsne, zamknięte przejście, a z północy przyjechałem.

 

Nikt tego głośno nie powie, ale prawdziwym powodem, że najważniejsza droga łącząca Chile z Argentyną jest zamknięta, nie jest bynajmniej pogoda. W Santiago od wielu dni świeci słońce i warunki na drogach są nadzwyczaj komfortowe. Prawdziwym powodem są piłkarskie mistrzostwa świata i ogromna liczba chilijskich kibiców, którzy naraz próbują przedostać się do Brazylii. Nikt nie chcę brać odpowiedzialności za karawanę tysiąca pojazdów wspinających się przyprószonymi śniegiem "ślimakami", czyli zakosami drogi poprowadzonej do granicy w niemożliwie stromych zboczach Andów. Nawet w lecie, przy minimalnym ruchu, to emocjonująca podróż. Zimą, mimo całego sprzętu do odśnieżania, adrenalina oczywiście jest większa. Dlatego ktoś zdecydował, że najprostszym rozwiązaniem będzie zamknąć granicę "z powodów meteorologicznych" i odesłać kawalkadę kibiców do następnego przejścia, kilkaset kilometrów dalej na północ.

 

Tyle, że gubernator kolejnej prowincji sięgnął po identyczne rozwiązanie. Po co pakować się w kłopoty, skoro można wziąć przykład z władz w Santiago i odesłać kibiców jeszcze dalej, prawda? Ostatecznie jest zima - nikt nie będzie sprawdzał, ile w górach śniegu napadło. Władze następnej prowincji podchwyciły sprawdzony pomysł. I tak dalej… Odbijanie piłeczki trwało jakiś czas – ostatecznie Chile to długi kraj. Na końcu tej niechlubnej sztafety pod hasłem: „Umywamy ręce” znalazła się prowincja Atakama, odległa o jakieś dwa tysiące kilometrów od stolicy. Dalej na północ już nie ma gdzie odesłać kibiców, bo kończy się granica z Argentyną, a nikt nie będzie podróżował do Brazylii przez bezdroża Boliwii. Pechowa pani gubernator prowincji Atakama nie miała więc innego wyjścia, jak tylko zakasać rękawy, powołać sztab kryzysowy i stawić czoła patriotycznej armii w czerwonych koszulkach i szalikach. Inaczej rozpoczęłyby się zamieszki, albo i wojna domowa, bo w Chile kibicem jest każdy.

 

Zdesperowane władze prowincji uruchomiły tymczasową odprawę graniczną w San Pedro de Atacama. Ta mała wioska na samym środku pustyni ma wyjątkowego pecha. Najpierw, w przeciągu kilkudziesięciu lat stała się mekką dla zagranicznych turystów i obrosła do absurdalnych rozmiarów w hotele, knajpy, agencje turystyczne i kreowane przez nie „obowiązkowe” atrakcje. Krótko mówiąc, została zamieniona w Disneyland. Następnie znalazła się na trasie rajdu Dakar, w związku z czym co roku rozjeżdżana jest kołami setek aut i ciężarówek. Teraz przez wioskę miała się przewalić gigantyczna fala chilijskich kibiców w drodze na mistrzostwa – aż strach się bać. Przy okazji, jeśli popatrzeć z daleka na chilijską Atakamę, to znajdziemy tam ten jeden gwarny park rozrywki i dziesiątki zapomnianych, opuszczonych i popadających w ruinę wiosek – rzeczywiście jest to pustynia skrajności.

 

Następnego dnia decyduję się na desperacki krok. Nie da się przejechać na drugą stronę Andów? Trudno! Zobaczymy, co uda się wskórać po ich chilijskiej stronie. No i zobaczymy jak naprawdę jest z tym śniegiem. Z perspektywy miasta, góry na horyzoncie wydają się zupełnie białe, lecz może to tylko złudzenie. Porzucam moich zafascynowanych mistrzostwami świata towarzyszy, oraz chilijskie piwo, pisco, małżyki choritos i resztę dekadenckiego entourageu metropolii. Podjeżdżam metrem na stację Bellavista de La Florida i wsiadam w autobus linii 72, wyruszający do Cajon del Maipo - w samo serce gór.

 

Powrót do góry

 

10 Czerwca 2014

Peruwiańskie Andy z perspektywy żółwia

Cerro Chicón
Idąc pod górę, kilka razy pogubiłem drogę.

 

To była udana wycieczka, choć zaczęła się jak najgorzej. Zaczęła się dwa dni temu, bo tyle czasu zajęło mi dotarcie z plecakiem nad wysokogórskie jezioro bez nazwy. Jezioro, którego nawet nie było na mapie. 4700 m - w Andach normalnie na takich wysokościach mieszkają ludzie i jeżdżą autobusy. No dobra, tutaj nie kursowały autobusy i nikt nie mieszkał, oprócz wiskaczy. Nazwałem owo jezioro "Laguna de Tortuga Constante” czyli „Laguną Niezłomnego Żółwia". Bo choć plecak ciężki jak diabli, brak porządnej ścieżki, brak sił, brak aklimatyzacji i do tego kilka razy pogubiłem drogę, to motywacja i wiara dopisały - zawziąłem się i jakoś żółwim tempem doczłapałem tam gdzie trzeba.

Cerro Chicón
Biwak w kotle wieńczącym dolinę.

 

Pierwszego dnia w wioskach tylko goniły mnie psy i ludzie przerywali prace w polu, żeby przyjrzeć się białemu, spoconemu przybyszowi z wielkim plecakiem. Dla tutejszych Indian, którzy chodzą w góry tylko wtedy, gdy muszą, taki obładowany gringo człapiący dobrowolnie pod górkę bez wyraźnego celu musiał być prawdziwą zagadką. Tego dnia wieczorem dotarłem do końca doliny. Miał on formę gigantycznego kotła o kilkusetmetrowych pionowych ścianach. Tylko wąski kanion, którym płynęła wartka rzeka pozwalał się doń przedostać. Z trudem przecisnąłem się przez kolczaste krzaki i ominąłem wodospady. Skacząc po śliskich kamieniach, klnąc i generalnie ryzykując skręceniem karku, wgramoliłem się do kotła.

Cerro Chicón
Laguna Niezłomnego Żółwia.

 

Miejsce samo w sobie okazało się pułapką, należało poszukać innej drogi, jednak dno kotliny wyściełała górska łąka – w tych surowych górach nie było chyba elegantszego miejsca na biwak. Za towarzystwo miałem krowy, które wlazły tu jakimś niepojętym sposobem - widać nie mniej zawzięte od niezłomnych polskich żółwi. Chyba, że był to jakiś krowo-podobny gatunek, który drogą ewolucji wyodrębnił się w tej kotlinie i nigdzie nie musiał chodzić. Całkiem prawdopodobne.

Cerro Chicón
Biwak nad Żółwim Jeziorem, wysoko ponad światem.

 

Drugiego dnia w południe, na wątłej ścieżce meandrującej pośród pionowych skał, kilkaset metrów ponad dnem doliny, spotkałem grupę Peruwiańczyków. Panie w słomkowych kapeluszach, panowie w adidasach, z drewnianymi kijkami w rękach - wyglądali, jakby szli sobie na niedzielny piknik, a nie schodzili błotnistą ścieżką nad niemożliwym urwiskiem. Okazało się, że urobek moich dwóch mozolnych dni zrobili w jedno przedpołudnie i teraz wracali do Cuzco, podśpiewując sobie i gawędząc. Ot, taka leniwa wycieczka przed podwieczorkiem.

Cerro Chicón
Lodowiec Chicón z perspektywy żółwia.

 

Trzeciego dnia rano obudziłem się nad moją Laguną Niezłomnego Żółwia i na dzień dobry zwymiotowałem, próbując dokończyć resztkę kolacji z poprzedniej nocy. Przez chwilę próbowałem rozstrzygnąć, czy to choroba wysokościowa, czy raczej skrajne obrzydzenie do tuńczyka z kluskami. Wlazłem do śpiwora i leżałem, aż mi przeszły torsje. A potem, wciąż lekko skołowany i słaby, wyruszyłem w górę, w stronę skutego lodem północnego szczytu Chicón. Po kilku godzinach mozolnego dreptania przez piarżyska i moreny, kluczenia pośród skał, podchodzenia i schodzenia, w końcu mogłem założyć raki i wbić czekan w lód.

Cerro Chicón
Zanim wbiłem się w lód, długo kluczyłem wśród skał.

 

Gdy już się wbiłem w lodowiec, po tej całej skalnej udręce wreszcie odczułem radość. Początek lodowca był prawie pionowy, więc pierwsze sto metrów posuwałem się ostrożnie na czubkach raków i czekana. Potem było już łatwiej, ale wciąż stąpałem czujnie z obawy przed niewidocznymi szczelinami w lodzie. Krok za krokiem maszerowałem pod górę w stronę północnego wierzchołka. Niestety, czym wyżej, tym mgła bardziej gęstniała. Na wysokości 5200 m, wciąż jakieś sto metrów pod północnym szczytem, widoczność spadła do kilku metrów. Chwilami ledwie mogłem dostrzec czubki swoich butów. Zostały niecałe trzy godziny dnia, więc zrezygnowałem z wejścia na sam szczyt i ruszyłem w dół. Ledwie zszedłem poniżej przełęczy, a chmury rozstąpiły się i ciepłe popołudniowe słońce oświetliło lodowiec oraz góry wokół. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że przez roztargnienie zostawiłem okulary przeciwsłoneczne w namiocie, więc w duchu podziękowałem opatrzności, że rozpędziła chmury dopiero pod wieczór.

Cerro Chicón

Chicón w ostatnich promieniach słońca

(również na zdjęciu pod spodem).

 

Schodziłem zmęczony, ale szczęśliwy. Co chwila przystawałem, odwracam się za siebie i za każdym razem gapiłem się oczarowany na góry oświetlone zachodzącym słońcem. Zahipnotyzowany widokami, zupełnie zapomniałem, że już za chwilę zrobi się ciemno, a wtedy ciężko będzie przedostać się przez moreny i odnaleźć maleńki namiot nad Żółwim Jeziorem. To nic. Usiadłem na głazie na szczycie niewielkiej kamienistej grani i tak tkwiłem przez kilka, kilkanaście minut, obserwując zmieniającą się grę pomarańczowych i karmazynowych świateł. Ostatnie czerwone płomyki tańczyły na lodowych jęzorach spływających ze stoków Chicón. Odłożyłem na bok aparat – miałem już dosyć zdjęć. Chciałem sobie tylko popatrzeć.

 

Powrót do góry

 

Cerro Chicón

30 Maja 2014

Rzut oka przez szczelinę

 

"There is a crack in everything.
This is how the light gets in" - L. Cohen

 

Ta notatka powstaje tuż przed północą, w Peru, pod szczytem Chicón, w wielkim kotle otoczonym ze wszystkich stron kilkusetmetrowymi ścianami. Tylko wąski wyłom w jednej ze ścian i ciasny przesmyk w tym wyłomie łączy kocioł ze światem. W owym przesmyku huczy rzeka, która wypływa z kotła. W miejscu, w którym rzeka wpada w ową skalną szczelinę, rozbiłem na pięknej wysokogórskiej łące namiot. Za towarzystwo mam krowy. Strasznie się natrudziłem, żeby tutaj dotrzeć. Na krowach mój wyczyn nie zrobił najmniejszego wrażenia - w kwestii alpinizmu peruwiańskie krowy są ode mnie o niebo sprawniejsze. W odwecie dziś wieczorem zagarnąłem im kawałek pastwiska.

 

Fascynujące, jak łatwo jest zamienić kilka metrów kwadratowych górskiej łąki, pełnej krowich placków, w łóżko i dom. Człowiek jest mistrzem w oswajaniu dzikich przestrzeni. Wystarczy kilka minut, parę aluminiowych rurek, kawałek nylonu, dmuchany materac i puchowy śpiwór. I już jest bezpiecznie i przytulnie. Ta łatwość za każdym razem mnie zadziwia.

 

I jeszcze jedną rzecz dziś odkryłem na tej wielkiej łące otoczonej skalnymi ścianami, coś o czym parę lat temu nawet bym nie pomyślał - że samotny wieczór, to stracony jeden wieczór z życia. Dopiero gdy człowiek na liczniku lat ma czwórkę, gdy przeżyje niedawną śmierć kogoś znajomego, gdy dzień wcześniej pożegna się z przyjacielem, wtedy zdaje sobie sprawę jak niepewna jest liczba tych wieczorów pod gwiazdami, jakie jeszcze będą mu dane. I każdej takiej samotnej nocy mu szkoda. Bo wiadomo: mnoży się to, co się dzieli... Niby wiadomo, ale czasem trzeba polecieć na koniec świata i wspiąć się do doliny zawieszonej wysoko w Andach, żeby sobie taką prostą rzecz przypomnieć.

 

Cerro Chicón

Dziś po południu, gdy człapałem pod górę noga za nogą, minął mnie chłopiec, który gonił krowy do wioski. Zerknął na mnie z ciekawością i spytał: "¿A que te vas a ese Nevado?" (Po co tam leziesz w te góry?) Dobre pytanie. W sumie nie znam odpowiedzi. Ale lezę. Chłopiec sam sobie odpowiedział: "Para sacar la foto" (Żeby zrobić zdjęcie). Dobra i taka odpowiedź. Lub żeby oswoić ten skrawek przestrzeni wielkości trumny, w której teraz leżę. Albo żeby pożałować wieczoru w samotności. Lub wszystko naraz, a to już są aż trzy powody.

 

Niespodziewanie ściany kotła zalał złoty blask i przez nylonowe ścianki wdarł się do namiotu. Najpewniej w niebie albo w górach zrobiło się jakieś pęknięcie... Lub może zza gór wyszedł księżyc w pełni. Ta druga możliwość jest zbyt mało ekscytująca, żeby rozpatrywać ją serio. Dlatego pozostawiam drzwi zamknięte i nie sprawdzam. Za to jutro spróbuję wdrapać się na jedną z tych wielkich ścian, żeby zobaczyć co jest za nią. Ciekawe, czy chłopcu spodobałaby się taka odpowiedź?

 

Powrót do góry

 

15 Maja 2014

Zagonioniony w Andach

 

Przyjechali... Pojechali... Dopiero co odbierałem ich z lotniska, a już ich tam odwiozłem z plecakami pełnymi pamiątek i sercami pełnymi wrażeń. Dwa tygodnie minęły jak mgnienie oka. Dużo załatwiania, chodzenia, zwiedzania... Dwa tygodnie na pełnych obrotach. Lecz za to jaka satysfakcja!

 

Ta satysfakcja wynika z trzech powodów. Po pierwsze, obyło się bez większych wpadek. Nigdzie nie utknęliśmy; wszystkie przejazdy poszły gładko i na czas, a tej części bałem się najbardziej. Wszystkie bilety udało się załatwić. Nikt się nie zgubił, nie rozchorował, nikogo nie okradli. Gdyby nie fakt, że zostawiłem buty w Pisco i wracałem kilka godzin, żeby je odzyskać, podczas gdy reszta ekipy czekała w Nazca, nie byłoby o czym pisać. Chłopaki mieli niezły ubaw - zapomnieć jedynej pary butów! Tylko ja jestem taki zdolny.

 

Po drugie, zwiedzanie dobrze znanych miejsc, ale w doborowym towarzystwie, sprawiło mi niespodziewaną przyjemność. Nie nudziłem się ani przez chwilę, a tego również się bałem. Nawet Machu Picchu, które widziałem po raz trzeci, poniekąd odkryłem na nowo. Wszystko dzięki entuzjazmowi Huberta, który postanowił zajrzeć w każdy kąt. Na fali tego entuzjazmu, po kilku godzinach zwiedzania, wdrapaliśmy się szlakiem Inków do Bramy Słońca, żeby na deser spojrzeć na słynne ruiny z dystansu.

 

I tutaj pora na największy powód tej satysfakcji - lepsza ekipa na pierwszy raz nie mogła mi się trafić! Ludzie pełni energii i wariackich pomysłów, bezpośredni i ciekawi świata. Cięte, celne komentarze Kuby; Artur w swoich angielskich, kraciastych skarpetach, wypucowanych butach Clarks'a i stylowym słomkowym kapelusiku; Hubert, szalony kamerzysta, który na każdym kroku wyciągał do zdjęć polską flagę... Panowie złamali kilka peruwiańskich damskich serc i zaprzyjaźnili się z całą rzeszą miejscowych. Bariera językowa nie miała najmniejszego znaczenia.

 

I co najważniejsze - chłopakom chciało się chodzić. Przeszliśmy pieszo znaczną cześć kanionu Colca, odbyliśmy długą wycieczkę w dół doliny Urubamba - z Moray przez Salineras, oraz zeszliśmy fragmentem inkaskiej drogi w kanionie Urqiillos. Jak to podsumował Kuba - piesze wycieczki były wisienką na torcie, ale będzie wracał zmęczony do pracy. Nic dziwnego - wyprawa trwała 15 dni, a udało nam się odwiedzić wszystkie najciekawsze miejsca na południe od Limy: archipelag Ballestas, Arequipę, kanion Colca, jezioro Titicaca wraz z wyspami, wreszcie największe atrakcje w okolicach Cuzco, a jest ich tam niemało.

 

Mieszane były wrażenia z lotu nad płaskowyżem Nazca - Kuba wyszedł z samolotu zachwycony, a Artur zielony. Identyczny efekt wywołała konsumpcja świnek morskich - Hubert spałaszował swoją w całości, z łapkami, ogonkiem i futerkiem i poprosił o dokładkę ("Po tych tajlandzkich tarantulach wreszcie jakiś porządny kawał pieczonego mięsa!"). Pozostali panowie postanowili wypuść swoje grillowane gryzonie na wolność. Furorę za to zrobiło peruwiańskie ceviche (surowa, marynowana ryba), empanadas i pieczeń z alpaki. No i wszyscy jednakowo wpadli w szał zakupów, tak że pod koniec słusznie zaczęli się martwić o nadwagę i nadbagaż. Najwięcej nakupił Artur - poczynając od "szwajcarskiego zegarka" za 10 zł, a kończąc na górze koszulek, swetrów i hiszpańskojęzycznych książek. Brał wszystko jak leci, próbował nawet odkupić kalkulator od ulicznego cinkciarza. Z kolei Kuba, podczas przesiadki w Bogocie, za przemyt niewinnej gablotki z motylami cudem wywinął się od kolumbijskiego więzienia.

 

Przyjechali... Pojechali... I czas zwolnił. Jutro wezmę plecak i na miesiąc zaginę w Andach. Lecz przyjemnie było w dobrym towarzystwie przez chwilę być zagonionym w Andach.

 

(Pod spodem mały fotoreportaż z wyprawy. Kliknij na miniatury, żeby je powiększyć. Do nawigacji między zdjęciami możesz też użyć strzałek na klawiaturze.)

 

Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014 Peru 2014Peru 2014

Powrót do góry

29 Kwietnia 2014

A Lima jak zwykle

 

Lot nad oceanem tradycyjnie rutynowo-bezbarwny - noc bez końca przyklejona do falującego skrzydła i więcej śmieci niż jedzenia w posiłkach serwowanych przez stewardesy w szkarłatnych uniformach. Młode dziewczyny po dwunastu godzinach lotu bez śladu zmęczenia na twarzach. Jak one to robią u licha?

 

Samolot mija ostatnie wierzchołki Andów i gwałtownie nurkuje w stronę miasta. A Lima jak zwykle spowita mgiełką. To garúa - mgła nadbrzeżna, która o tej porze roku codziennie spowija wybrzeże przed południem. Gęsta mgła unosi się kilkaset metrów nad ziemią i wspina na najbliższe stoki gór. Za szczytami niebo rozświetla pierwsza, nieśmiała łuna wschodzącego słońca. Samolot, podskakując niepewnie, przebija się przez warstwę mleka. Po jej drugiej, spodniej stronie panuje półmrok jak w czasie najczarniejszej burzy. W dole zaś, podświetlony żółtymi paciorkami latarni, mieni się zarys ulic gigantycznej metropolii. Kwadraty między ulicami, wypełnione budynkami, pozostają ciemne. Barrios nuevos - ubogie przedmieścia Limy, zapełnione skleconymi z byle czego, niedokończonymi domkami wyglądają jak opuszczone dzielnice. Zaludniający je emigranci z peruwiańskiej prowincji, albo jeszcze śpią, albo już dawno wyszli i właśnie rozstawiają na ulicach swoje małe stragany.

 

„Taxi, Amigo?” Tłum ludzi okupujący hale przylotów w 90% składa się z taksówkarzy. Oferują swoje usługi za cenę kilkukrotnie wyższą niż te na pobliskim postoju. Płacisz za pewność, że na najbliższym skrzyżowaniu nie dosiądzie się kilku opryszków, którzy pozbawią cię dobytku - żebyś poczuł, że wjechałeś do Peru. Wybieram bezpieczniejszy środek transportu - jeden z tysiąca przepełnionych minibusów o wyglądzie wraków wyciągniętych na ulice z jakiegoś złomowiska. Żadnemu bandycie nie przyjdzie przecież do głowy, żeby w okolicach lotniska polować na gringo w rozpadającym się miejskim autobusie.

 

Juan Pablo II

Policjantki w schludnych mundurach starają się kierować ruchem przy pomocy rąk i gwizdków. W rzeczywistości tylko rozpaczliwie bronią się przed rozjechaniem, bo i tak nie mają wpływu na to, co dzieje się na jezdni. Krążowniki szos, całe ulepione z rdzy, ścigają się po mieście z amerykańskimi antycznymi szkolnymi autobusami i koreańskimi mikrobusami, w których upakowanie siedzeń zadziwiłoby najlepszego gracza w Tetris. Naganiacze, wisząc w drzwiach wykrzykują trasę. Ludzie wskakują i wyskakują w biegu w dowolnym miejscu, choćby i na środku skrzyżowania. W mniejszych, dziesięciomiejscowych pojazdach jednorazowo podróżuje nawet kilkadziesiąt osób.

 

Na zatłoczonych jezdniach kierowcy prowadzą między sobą nieustanną wojnę, w której nie obowiązują żadne reguły. Samochody co rusz zajeżdżają sobie drogę, masowo wymuszają pierwszeństwo, jadą pod prąd. Byle szybciej! Byle dalej! Przeciętny Europejczyk nie przetrwałby w Limie pięciu minut za kierownicą. W tym chaosie znowu wybrałem właściwie - kierowca mojego gruchota wprawnie manewruje pośród dziur w jezdni i w rzece pędzących pojazdów. Kierownicę trzyma jedną ręką. Drugą, jak co dzień z rana, przegląda rozłożoną z boku najnowszą gazetę. Piszą w niej, że polski papież - ich papież - właśnie został ogłoszony świętym.

 

Wcześniejsze wpisyPowrót do góry