Uros island

Ameryka Popołudniowa

Poprzednie wpisy:

 

 

1 Listopada 2015

Desierto Florido, czyli łąka zwana Atakamą

 

desierto florido

Widzieliście kiedyś kwitnącą pustynie? Jeśli nie to natychmiast wskakujcie w samolot do Chile. Jeszcze przez kilka dni będzie można ten cud przyrody podziwiać. El Deserto Florido – „kwiecista pustynia” to spektakularny triumf przyrody nad pustkowiem, efektowny pokaz zdolności organizmów do przeżycia w najbardziej ekstremalnych warunkach. Atakama to najsuchsza pustynia świata. Przed opadami z jednej strony osłaniają ją Andy, a z drugiej chroni zimny prąd Humboldta, który zapobiega parowaniu wody z oceanu. Do tego wszystkiego nad północnym Chile nieustannie urzęduje wyż, więc deszczowe niże z południa nie mają szans zabłądzić w tamte strony. Deszcze padają tam średnio raz na osiem lat, a w niektórych miejscach ponoć nigdy nie zanotowano opadów. Nie na darmo pod krystalicznie czystym niebem Atakamy znajdują się największe ziemskie teleskopy, a NASA testuje tam marsjańskie łaziki.

 

Okazuje się, że nasiona potrafią przetrwać w skrajnie jałowych warunkach przez dziesięciolecia. Kiedy w końcu na pustyni spadnie odrobina deszczu, rośliny gwałtownie rozkwitają wszystkie naraz. Obliczono, że wystarczy 30 mm opadu, żeby Atakama zamieniła się w kwiecistą łąkę, jednak takie „ekstremalnie” dżdżyste lata zdarzają się rzadko. W tym roku deszczowe chmury zawisły nad pustynią dwukrotnie i po raz pierwszy w historii Atakama zakwitła dwa razy. Pierwsza okazja do podziwiania kolorowych kobierców była na przełomie kwietnia i maja.

 

desierto florido

Za obecny, największy od 18 lat fenomen, odpowiadają przede wszystkim niezwykłe zaburzenia klimatu, jakie wystąpiły w marcu. Ochronny wyż, normalnie „przyklejony” do zachodnich stoków Andów, raptem przesunął się na drugą stronę gór i nad pustynię nadciągnął wilgotny niż. Jednocześnie zimny prąd morski osłabł, przez co jeszcze więcej pary wodnej trafiło do atmosfery. Można powiedzieć - nieszczęścia nadchodzą stadami, bo teoretycznie taki splot czynników pogodowych nie miał prawa się zdarzyć. W tej sytuacji wystarczyło, że znad oceanu powiał silniejszy wiatr i zdarzyło się coś, czego nie pamiętali najstarsi Chilijczycy. 25 marca w ciągu jednej doby na pustyni spadło 5 cm deszczu. W Polsce to zwykła burza, lecz w północnym Chile, gdzie średni opad roczny wynosi 0,5 cm, to katastrofa. W jeden dzień niebo nad Atakamą wykonało dziesięcioletnią normę! Zbita, sucha i pozbawiona roślinności ziemia gwałtownie zamieniła się w błoto, a wyschnięte od wielu lat rzeki wystąpiły z brzegów. W osuwiskach błotnych i podtopieniach zginęło 28 osób, a szkody oszacowano na 1,5 mld dolarów. O katastrofie było głośno w świecie, bo Atakama jest chyba ostatnim miejscem, które kojarzy się z powodziami.

 

Tego typu gwałtowne inwersje pogodowe w Ameryce Południowej najczęściej tłumaczy się zjawiskiem El Niño (okresową zmianą kierunku prądów morskich na Pacyfiku), jednak tym razem powód anomalii był bardziej złożony i niejasny. To już drugi taki fenomen klimatyczny w ostatnim czasie, bo rok temu w San Pedro de Atacama po raz pierwszy w historii spadł śnieg. Teraz, kilka miesięcy po fatalnych deszczach, pustynia pokazała swoje najpiękniejsze oblicze - w październiku naliczono 220 kwitnących gatunków. Chilijczycy są dumni z przyrodniczego fenomenu – mówią: „Chile to miejsce, gdzie nawet pustynia kwitnie”. Fakt - tylko w dwóch innych miejscach na Ziemi występuje takie zjawisko. Turyści tłumnie odwiedzają i fotografują rozkwiecone pustkowia, a miejscowi przyzwyczajeni do szaro-burych przestrzeni upajają się kolorami. Mało kto zastanawia się nad faktem, że coś niedobrego dzieje się z klimatem.

 

Zdjęcia: la prensa chilena

Powrót do góry

 

26 Października 2015

Boliwia wygrywa pierwszą bitwę morską

 

Choć Boliwia straciła dostęp do morza w Wojnie o Pacyfik pod koniec XIX wieku, można by odnieść wrażenie, że było to wczoraj. Marzenie o powrocie nad ocean jest dyżurnym tematem gazet i codziennych rozmów. Andyjskie państwo utrzymuje swoją marynarkę, obchodzi dni morza, a dzieci w szkołach budują modele okrętów. Przeciętny Boliwijczyk swoją biedę rzadko tłumaczy niekompetencją i korupcją, trawiącymi rząd i państwo. Nieodmiennie natomiast wiąże z faktem, że 136 lat temu Chile „skradło” jego krajowi wybrzeże. Naród, którzy w XIX i XX w. przegrał wszystkie wojny i stracił połowę terytorium, akurat tę ranę ma najgłębszą. Łatwo zrozumieć, dlaczego politycy przy każdej okazji podgrzewają stary temat - w Boliwii tak jak w Polsce, na narodowych kompleksach i sentymentach można sporo ugrać.

 

W 2013 rząd w La Paz poszedł na całość i zgłosił swoje morskie roszczenia do Trybunału Sprawiedliwości w Hadze. Od tego momentu wiele razy odgrzewany kotlet nabrał zupełnie nowego smaku. Chilijczycy od razu przystąpili do kontrataku. Próbowali argumentować, że trybunał w Hadze nie może być arbitrem w boliwijsko-chilijskim sporze, bo w czasach, gdy Chile anektowało boliwijskie wybrzeże, Trybunał Sprawiedliwości ...jeszcze nie istniał. Boliwia odparła, że wcale nie chodzi jej o renegocjację starych traktatów, tylko o rozliczenie Chile z niespełnionych obietnic, które kraj ten podobno złożył. Argumenty z obu stron były tak karkołomne, że aż trudno uwierzyć, by ktoś wziął je na serio. Bardziej chodziło o grę na czas i rozegranie wszystkich dostępnych kart.

 

I tutaj trzeba wytknąć Chile największy błąd w polityce zagranicznej ostatnich kilkudziesięciu lat. Zamiast brać przykład z Brytyjczyków, którzy konsekwentnie ignorują wszelkie nagabywania Argentyny w sprawie Falklandów (Londyn ucina je krótko: „Temat jest zamknięty i nie będzie negocjacji, ani teraz, ani nigdy”), Chilijczycy dali się wciągnąć w dysputę. Co więcej - na różnych jej etapach rzeczywiście wykonali szereg gestów dobrej woli i pół-obietnic.

Pomysł na przywrócenie Boliwii dostępu do morza.

Taki plan podobno przedstawili Brytyjczycy.

 

W 1975 roku Pinochet zaproponował wymianę niewielkiego fragmentu wybrzeża za identyczny pod względem powierzchni skrawek terytorium Boliwii. Plan obejmował przydzielenie Boliwijczykom korytarza wzdłuż granicy peruwiańskiej. Do wymiany pewnie by doszło, gdyby nie wtrącili się Peruwiańczycy, którzy oświadczyli, że nie życzą sobie, żeby ktoś kupczył ich byłym terytorium (stracili je w tej samej wojnie, w której Boliwia przegrała swoje wybrzeże). No chyba, że im też coś wpadnie. Nietrudno się domyśleć, że ten dodatkowy postulat Peru zakończył całą dyskusję. Po ustąpieniu Pinocheta, kolejne chilijskie rządy gwarantowały Boliwii swobodne korzystanie z portów i dostęp do dróg, a nawet oferowały oddanie w dzierżawę kilkunastu kilometrów kwadratowych wybrzeża na 99 lat.

 

La Paz wszystkie te propozycje odrzuca, twardo obstając przy swoim żądaniu dostępu do morza wraz z pełną kontrolą nad „odzyskanym” terenem, choć jasne jest, że Chile nie odda Boliwii na własność nawet skrawka plaży. Dla chilijskiego rządu dobrowolne zrzeczenie się części terytorium byłoby politycznym samobójstwem.

 

Teraz, po dwóch latach debaty, trybunał w Hadze ogłosił, że uważa się za organ kompetentny, aby orzekać we wniesionej sprawie. Tylko tyle i aż tyle. Niby nic – w boliwijsko-chilijskim sporze o wybrzeże nikt jeszcze niczego nie rozstrzygnął, ani nawet nie zabrał się za rozstrzyganie, jadnak Boliwia ma swoje pięć minut. Dla Boliwijczyków decyzja holenderskich sędziów oznacza, że polityka nieustannego podtykania pod nos Chilijczykom i światu kwestii morskiej odniosła skutek. Samo uznanie przez międzynarodowy trybunał, że kwestia dostępu Boliwii do morza w ogóle istnieje jest dla rządu w La Paz ogromnym sukcesem. W andyjskim kraju zapanowała euforia. Gazety od tygodni o niczym innym nie piszą, zaś prezydent Evo Morales triumfalnie ogłosił, że lada dzień boliwijskie okręty wypłyną z boliwijskich portów na pełne morze. Jest się z czego cieszyć, bo to pierwszy sukces Boliwii w morskich potyczkach z odwiecznym rywalem. Pierwszy w całej historii, bo kraj ten nawet w dawnych, morskich czasach nigdy nie posiadał prawdziwej floty.

 

A to alternatywna propozycja chilijska.

Co się teraz stanie? Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości jeszcze przez kilka lat będzie debatował, poczym wyda jakiś wyrok. Prawdopodobnie stwierdzi, że rząd w Santiago powinien zapewnić Boliwii dostęp do szlaku komunikacyjnego i portu oraz usiąść do negocjacji. Czyli w orzeczeniu znajdzie się dokładnie to, co i tak jest w traktacie boliijsko-chilijskim z 1904 roku. Jeśli wyrok okaże się bardziej jednoznaczny, przegrana strona po prostu go zignoruje. Oba kraje i tak nie utrzymują ze sobą kontaktów dyplomatycznych. Tak czy inaczej odwołania i odwołania od odwołań pochłoną następne dwa, trzy lata i dziesiątki tysięcy dolarów wydane na prawników. Potem jedna i druga strona oficjalnie ogłosi, że wygrała batalię. Kto wie, może nawet Chile znowu zaproponuje Boliwii utworzenie strefy wolnocłowej na jakimś odludziu. Boliwia się nie zgodzi i chilijsko-boliwijski konflikt morski wróci do punktu wyjścia. Da capo senza fine, ale będzie ciekawie.

 

Powrót do góry

 

4 Października 2015

Pochwała samotności

 

Lądolód Patagoński

Na Lądolodzie Patagońskim.

Wspinaczka górska to długie okresy bezdennej nudy, okazjonalnie przerywane momentami panicznego strachu.” To moja ulubiona definicja alpinizmu. Zabawna i trafia w sedno, ale spójrzmy na to inaczej. Te „długie okresy bezdennej nudy” można również nazwać samotnością.

 

Ponieważ często i na wiele miesięcy wyjeżdżam do Ameryki Łacińskiej, ludzie z natury pytają mnie, jak sobie radzę z samotnością. Co ciekawe, najbardziej dopytują się ci, którzy akurat nie mają tego problemu, bo ani na koniec świata, ani nawet zimą w Bieszczady nie jeżdżą. I często przy okazji słyszę: „Ja bym sam w życiu nie pojechał.” Dlaczego? Z powodu czyhających ze wszystkich stron zagrożeń i z powodu samotności właśnie. No to klops, bo w organizacji wyprawy w nieznane najtrudniej jest właśnie o bezpieczeństwo i o dobre towarzystwo.

 

O wyimaginowanych zagrożeniach nie będę tu pisał. To temat na oddzielny post. Zaś samotność? W świecie, do którego jesteśmy na stałe podłączeni przez telefon, TV i Internet, rzeczywiście jest stanem nienaturalnym. Są tacy, co nawet na pustej ulicy czują się nieswojo. A gdy przypadkiem w pojedynkę wylądują z dala od cywilizacji, wpadają w panikę. Lękają się lasu, pustyni, albo wiatru na grani, tak jak dziecko boi się ciemnego pokoju. Czasem myślę sobie, że to dlatego tylu ludzi podróżuje wyłącznie palcem po mapie.

 

I ja z początku kiepsko znosiłem samotność. Potem, przez 25 lat wędrówek po górach, uczyłem się z nią negocjować. Wciąż nie pałamy do siebie miłością, ale nieźle znosimy się nawzajem. Już dawno uwolniłem się od dylematu, czy lepiej zostać w domu, czy zderzając się po drodze z osamotnieniem, coś jednak przeżyć i zobaczyć. Nauczyłem się traktować samotność jak przywilej i luksus. Bo czyż nie jest luksusem na tej małej planecie, współdzielonej z siedmioma miliardami innych istnień, na której wciąż brodzimy w tłumie i zgiełku? Wszyscy wiedzą jakim jestem gadułą, ale czy to znaczy, że bez przerwy potrzebuję towarzystwa? Odkryłem, że samotna podróż i samotność to dwie zupełnie różne rzeczy, a izolacja od świata gdzieś na wysokościach, albo na odludziu, wcale nie musi być utrapieniem.

Salar de Uyuni

Salar de Uyuni w Boliwii. 10 000 km2 pustkowia.

 

Kilka lat temu zdarzyło mi się samotnie biwakować pod szczytem San Martin w północnej Argentynie, dokładnie na wysokości 5555 m n.p.m. Zawieszony wysoko ponad światem, jak na bezludnej wyspie wśród chmur, przez cztery doby nie widziałem jednego źdźbła trawy, kępki mchu, ani ptaka w locie. Codziennie rano czekałem, aż mała strużka wody spływająca z lodowca odtaja w promieniach słońca, aby zagotować herbatę i nabrać wody na cały dzień, a potem wspinałem się na jeden z sześciotysięczników w pobliżu. Wieczorami gapiłem się na karmazynowe słońca znikające za poszarpanym horyzontem. Potem gramoliłem się do śpiwora z poczuciem, że za wyjątkiem kilku wszędobylskich muszek i mikrobów, byłem jedynym żywym organizmem w tej krainie skał i lodu, jak astronauta na obcej planecie. W teorii doskonała, laboratoryjna samotność, a jednak… ani trochę nie czułem się samotny. Przeciwnie - kiedy już skończyły się szczyty do zdobycia, z prawdziwym żalem schodziłem w doliny.

 

Skąd ta niespodziewana przyjemność czerpana z osamotnienia? Czy ze skupienia na

Nevados de Cachi

Biwak pod szczytem San Martin. Przez cztery doby nie

widziałem źdźbła trawy, kępki mchu, ani ptaka w locie.

zadaniu, które sam sobie wyznaczyłem (zdobyć wszystkie sześciotysięczniki w okolicy)? A może z nieskomplikowanego, uporządkowanego rytmu dnia, odmierzanego odmarzającym tylko na kilka godzin strumykiem i wysiłkiem włożonym w pokonywanie wysokości? Kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty, jak to mówią. Jak często na co dzień mamy szansę poświęcić się takim prostym, niepraktycznym działaniom? A może kluczowa była wszechobecna cisza – ten kojący i jakże rzadki brak głośnych dźwięków, oprócz świstu wiatru, własnego oddechu, oraz szumu myśli w głowie. Myśli, które naraz były intensywne i jasne. W tajemniczy sposób mój umysł dostroił się do surowych, pięknych krajobrazów, zaś samotność stała się medium wiodącym do pogody ducha i wyostrzenia zmysłów. Satysfakcja ze zdobycia kilku szczytów okazała się doznaniem drugorzędnym.

 

To tylko przykład. Analogicznego uczucia przyjemności z przebywania sam na sam ze sobą doświadczałem wielokrotnie w najbardziej nieprawdopodobnych miejscach: na pustyni Atakama, na środku gigantycznego solniska Uyuni, w samym sercu zimowych Andów, w czasie podróży rowerem przez boliwijskie badlands czy przez odludne Gran Chaco… Stan ten pojawia się naturalnie, gdy otaczają mnie piękne krajobrazy, gdy jestem w miejscu, o którym marzyłem i w którym naprawdę chcę być. Oprócz tego zauważyłem, że szansa zajrzenia w głąb siebie, jaką daję wspinaczka w pojedynkę, coraz częściej pociąga mnie bardziej, niż sama perspektywa wejścia na szczyt.

 

Nie inaczej jest w mieście. Właśnie kończę czytać cykl felietonów Haruki Murakamiego:

„O czym mówię, gdy mówię o bieganiu”. Książka nie zebrała pochlebnych recenzji.

Salar Maricunga

Salar Maricunga na pustyni Atakama - w promieniu

setek kilometrów ani jednej żywej duszy.

Nic dziwnego – nie-biegaczom jej fabuła może wydać się nudna, zaś biegaczom mało odkrywcza. Ktoś nawet napisał, że refleksje Murakamiego na temat biegania to taka „filozofia dla ubogich” - wnioski, do których może dojść każdy. Być może. Dla mnie jednak okazja do zajrzenia w głąb umysłu innego biegacza, stokroć bardziej piśmiennego ode mnie, była intrygująca. Może potrzebowałem przekonać się, że powody, dla których ktoś inny trenuje miesiącami do maratonu, choć nie ma szans na liczący się wynik, są podobne do moich. I jakże podobne są te sporadyczne euforie i codzienne frustracje! Jednak najciekawszą rzeczą, jaką znalazłem u Murakamiego, jest powód, który napędza autora do wielogodzinnych treningów. Testowanie własnych granic, próba oszukania starości? Owszem, ale jest coś ważniejszego. Autor w bieganiu długich dystansów z powodzeniem szuka samotności. Nigdy o tym nie myślałem, ale i mi godziny spędzone na truchtaniu nad rzeką dają namiastkę tamtego stanu ducha spod szczytu San Martin. Zresetownie myśli, skupienie na prostym zadaniu, chwila izolacji od zgiełku i kawał dobrej, nikomu niepotrzebnej roboty…

 

Powrót do góry

 

2 Września 2015

Złoty pociąg przekracza Andy

 

Ciekawie jest czasem poczytać o Polsce w prasie latynoamerykańskiej. Bo, jak to mówią: „z daleka widać wyraźniej.” Obserwując tą niewielką stróżkę wiadomości, odfiltrowaną z informacyjnego szamba, jaka przebija się do latynoskich mediów, można się dowiedzieć, które doniesienia z naszego podwórka naprawdę mają wymiar międzynarodowy, czy też są interesujące dla czytelnika na drugim końcu świata, a które są zwyczajnie „el mero relleno”, czyli bezwartościowym wypełniaczem. Poza tym ciekawie jest przeczytać komentarze pod hiszpańskojęzycznymi newsami z Polski. Na tej samej zasadzie, jak dla Peruwiańczyka, śmieszne i pouczające będzie zapoznanie się z komentarzami naszych internautów pod doniesieniami z Peru.

 

Internet pozwala śledzić prasę na bieżąco. Wnioski płynące z takiej prasówki są zaskakujące, niekiedy wręcz szokujące. Od kilku dni prasa w Polsce żyje historią pociągu pełnego skarbów, który podobno Hitlerowcy ukryli gdzieś koło Wałbrzycha, albo w podziemiach zamku Książ i który teraz podobno ktoś odnalazł, tylko nie wiadomo kto, ani gdzie, ani co dokładnie. W ogóle nic nie wiadomo i „podobno” jest w tej całej historii słowem-wytrychem. Nikt nic nie widział, brak faktów, dowodów i świadków. Cała afera opiera się głównie na tym, że ktoś coś usłyszał i powiedział, potem ktoś to powtórzył, dorzucił coś od siebie i tak dalej. Dziennikarze żyją z sensacji – prawdziwych, bądź urojonych – więc od razu, niczym rekiny, wyczuli krew i od tygodnia „złoty pociąg” odmieniany jest w mediach przez wszystkie przypadki. To nic, że każde następne „sensacyjne” doniesienie różni się od poprzedniego tylko szykiem zdań opisujących znany stan (braku) faktów. Gorączka w narodzie osiągnęła stan wrzenia, jak przy rekordowej kumulacji w lotto, klikalność na portalach rośnie, reklamodawcy zacierają ręce i tylko patrzeć jak tysiące Zenków i Heńków, uzbrojonych w łopaty i wykrywacze metalu ruszą w Góry Sowie. Prawdopodobnie już ruszyli.

 

Patrzyłem na tę gorączkę złota z dystansem i z rozbawieniem. Do czasu, aż natknąłem się na poważny artykuł na ten temat na portalu BBC. Jeden, drugi i trzeci… Discovery Chanel też już robi wywiady z Indiana Jonesami spod Wałbrzycha. Ktoś tu chyba zwariował. Znaczy się, w Góry Sowie jadą również uzbrojeni w łopaty Anglicy? Coś mnie tknęło i zajrzałem na największe latynoskie portale informacyjne, czyli odpowiednio argentyński Clarin i chilijski emol. I co tam znalazłem? Oczywiście doniesienia o złotym pociągu! Nie musiałem nawet specjalnie szukać, bo na jednym i drugim portalu relacje na ten temat były w czołówce najpoczytniejszych i najszerzej komentowanych wiadomości. Świat oszalał. A może nie? Wygląda na to, że na każdym kontynencie i pod każdą szerokością geograficzną zaginione skarby tak samo rozpalają wyobraźnie mas.

 

Serdecznie współczując Latynosom, próbującym wydukać słówka „Wałbrzych” i „Książ”, zabrałem się za czytanie doniesień. I tutaj kolejny szok. Coś, co w polskiej prasie sprzedawane jest jako możliwa, ale wciąż mocno niepewna sensacja, po drugiej stronie Atlantyku zyskało wymiar stuprocentowo pewnej historii. Słówko „podobno” gdzieś się zapodziało w locie przez ocean - klasyczny „głuchy telefon”! A więc pociąg na bank już jest – stoi pełen złota, klejnotów i dzieł sztuki; wojsko już obstawiło teren, a w kolejce po swoją dolę, oprócz poszukiwaczy skarbów, ustawili się już amerykańscy Żydzi (bo to ich złoto), Niemcy (bo to ich pociąg) i Rosja (bo tak!).

 

Uyuni train cemetary

 

Tak wiem, że to jakiś zardzewiały szmelc na boliwijskiej pustyni, a nie

pociąg ze skarbem, lecz stosuję tą samą strategię, co najpoczytniejsze

dzienniki: obok artykułu o "złotym pociągu" należy pokazać na obrazku

jakiś pociąg, najlepiej w zestawieniu z nieustraszonym reporterem.

Jeszcze ciekawsze są komentarze czytelników pod rewelacjami z Polski. Dyskusja generalnie toczy się na dwóch frontach: merytorycznym i ideowym. Część merytoryczna to naśmiewanie się ze zdjęć ilustrujących sensacyjne doniesienia, które rzeczywiście są bez sensu. Najbardziej popularna fotka faktycznie przedstawia pociąg z okresu II Wojny Światowej, tyle że jadą na nim amerykańscy żołnierze. Na innej fotografii widać smutny, samotny wagon na ośnieżonej rampie w Auschwitz. Praca fotoedytora chilijskiego dziennika to ciężki kawałek chleba, gdy trafi się taki temat. Skąd u licha w Chile wytrzasnąć zdjęcia hitlerowskiego pociągu? Zresztą bądźmy sprawiedliwi – polskie media, którym przecież powinno być łatwiej, też ilustrują swoje sensacje fotografiami chwastów na torach, opóźnionego Intercity do Małkini, albo pionowymi filmikami kręconymi komórką.

 

Drugim intrygującym wątkiem merytorycznej dyskusji wśród latynoskich czytelników, jest wychwalanie genialnej przebiegłości i inteligencji Niemców. W końcu tak dobrze zakopali 100-metrowy pociąg, że Polakom zajęło 70 lat, żeby się do niego dogrzebać. Ci chilijscy i argentyńscy piewcy geniuszu nazistów tylko całkiem przypadkowo noszą germańskie nazwiska. Równie ciekawą rzeczą jest, że drażliwe słówko „Niemcy” nie pojawia się w komentarzach, tylko właśnie „naziści”. W oficjalnych artykułach też pojawia się niechętnie. Nie tylko w polskich mediach piszących o II Wojnie Światowej, „Niemcy” to słowo tabu.

 

Komentarze z gatunku „ideowych” są równie interesujące. Po pierwsze i przede wszystkim czytelnicy wyżywają się na własnych politykach. Skąd my to znamy? Nieważne, czy doniesienie jest o pandach z pekińskiego zoo, o majtkach lokalnej celebrytki, czy o hitlerowskim pociągu-widmo, kontekst, żeby dowalić rządzącym zawsze się znajdzie. A co! Oprócz tego Bogu ducha winny złoty pociąg z Wałbrzycha stał się pretekstem do nawoływań, żeby Europa wreszcie oddała Ameryce zrabowane przez Konkwistadorów skarby. Czyżby ktoś coś wiedział o zawartości zakopanego składu, czego nawet dociekliwi dziennikarze nie wywęszyli? Już nie tylko Bursztynowa Komnata, ale i Skarby Inków, Azteków i Majów? Chyba raczej nie, bo jak wiadomo – i jest to zła wiadomość dla latynoskich czytelników tego bloga – Hiszpanie byli bardziej zapobiegliwi od Niemców i na bieżąco przetapiali zrabowane kosztowności na sztabki.

 

Jest wszakże w tym międzynarodowym szumie informacyjnym jedna rzecz pocieszająca: W hierarchii najbardziej poczytnych newsów, wyżej od relacji z poszukiwań naszego złotego pociągu, jest inna historia poszukiwań. Latynoskie gazety szeroko rozpisują się o pewnej ciężarnej nastolatce, poszukującej przez Facebooka chłopaka, z którym spędziła tyleż romantyczną, co brzemienną w skutki noc.

 

Powrót do góry

 

17 Sierpnia 2015

Dziewictwo utracone w biegu

 

Chudy Wawrzyniec

“Bieg ultra jest jak życie – raz pod górę, raz z górki, nieustanne zmiany rytmu i huśtawki nastrojów..."

--- Nuria Picas (mama słodkich bliźniaków, a prócz tego obecnie najlepsza ultramaratonka na świecie)

 

Mówią, że każde marzenie można spełnić tylko raz. To bzdura. Takie stwierdzenie świadczy tylko o braku ambicji i wyobraźni. Jest taki starszy pan pod siedemdziesiątkę, zafascynowany kajakarstwem. Nazywa się Aleksander Doba. Kilka lat temu przewiosłował 5400 km z Afryki do Ameryki Pd. bijąc wszystkie kajakarskie rekordy. Marzenie spełnione? Niezupełnie. Niedawno pan Olek odbył kolejną wycieczkę kajakiem: przepłynął ponad 9000 km z Lizbony na Florydę, czyli pokonał Atlantyk w najszerszym miejscu. Bo marzenia można i trzeba spełniać wielokrotnie. Bardziej ambitnie albo po prostu inaczej. Wystarczy zadbać, żeby marzenie nie było gotowym projektem, tylko luźną ideą, owocem pasji, czy też drogą do niewidocznego jeszcze za zakrętem celu. Często do celu prowadzi wiele różnych dróg, z luźnej idei rodzi się wiele interesujących konkretów, zaś pasja wydaje owoce rok po roku. Właśnie dlatego nazywamy ją pasją.

 

Mój zapał do biegania kiedyś był tylko sposobem na utrzymanie kondycji potrzebnej w górach. Potem, za sprawą pewnej usportowionej przyjaciółki, stał się przyjemnością samą w sobie. Przyjaciółka następnie w brzydki sposób wyparła się przyjaźni. Zapał do biegania pozostał. I stopniowo przeistoczył się w pasję, która w zeszłym roku zaowocowała ukończeniem kilku maratonów. W tym roku zamarzyło mi się przebiegnięcie pierwszego górskiego biegu ultra. Marzenie dość śmiałe, jeśli zważyć, że na początku stycznia, po miesiącu kuśtykania o kulach na nowo uczyłem się chodzić. W lutym, w połowie pobytu w Patagonii, pierwszy raz poszedłem pobiegać nad Cieśniną Magellana. Kuśtyk, kuśtyk - kiepsko to szło. Wioletta stukała się w czoło i robiła zdjęcia. W tym człapaniu po promenadzie w Punta Arenas nie chodziło o sport. Chodziło o to, żeby symbolicznie zamknąć okres leczenia i bólu i ruszyć do przodu. Marzenie było już na swoim miejscu.

 

Kilka miesięcy później w piątkę staliśmy na starcie Chudego Wawrzyńca: Monika, Asia, Jaromir, Grzesiek oraz piszący te słowa – ekipa „Call me a cab” w komplecie. Kiedy o czwartej nad ranem w Rajczy zapłonęły race i razem z ośmioma setkami innych straceńców ruszyliśmy truchtem na stoki Rachowca, każde z nas miało inne motywy, ale podobną drogę za sobą. Te kilka miesięcy przygotowań to nie było tylko nabijanie kilometrów, czy odkrywanie, że maratony można biegać na treningach. To było systematyczne zdobywanie wiedzy, bez której nie da się biegać ultra. Odżywianie, nawadnianie, regeneracja… Wszystko to jest trudniejsze i ważniejsze niż codzienne trzaskanie kilometrów. Bo jak wiadomo „bieg ultra to konkurs jedzenia i picia…” W trakcie przygotowań uświadomiłem sobie, jak małą wiedzę na temat sportu miałem dotychczas. Do wyczynów na granicy wydolności nie da się podejść intuicyjnie.

 

Pierwsze kilometry po asfalcie to była czysta przyjemność - biegło się lekko, a upał miał dopiero nadejść. Potem pierwszy sprawdzian - stromy i długi podbieg pod Rachowiec. Obawiałem się tego, bo prawdziwego biegania po górach nie było na treningach za wiele. Niepokój był niepotrzebny, gdyż podbieg okazał się… podejściem. Organizatorzy przesadzili z liczbą uczestników - ci wolniejsi całkowicie blokowali wąski szlak i nawet maszerować nie dało się za szybko. Lekcja pierwsza: start na końcu stawki był kiepskim pomysłem. Liczba sapiących oddechów na tym, wciąż początkowym etapie uświadomiła mi, ile osób znalazło się tutaj przypadkiem. Wspinaczka na Kikułę przebiegała równie tłoczno i niemrawo. Luźniej zrobiło się dopiero za Wielką Raczą, jednak wtedy mieliśmy już inne zmartwienia – Monikę i Grześka raz po raz łapały skurcze, zaś u mnie niewielka kontuzja łydki stopniowo przybierała coraz bardziej bolesną formę. Wspieraliśmy się nawzajem, ale co z tego. Do mety pozostało 25 km. Wcale nie było pewne, czy uda nam się ten bieg ukończyć.

 

W miarę jak przybywało kilometrów, upał się wzmagał, zaś prawa noga coraz wyraźniej odmawiała współpracy. Biegłem kuśtykając, a na końcu już tylko szedłem. Łydka cała ulepiona była z bólu. Ci, których wyprzedzałem na podejściach, rewanżowali mi się na zbiegach. Lekcja druga: jeśli ruszasz w wielogodzinny bieg po górach, możesz być pewny, że najmniejsza kontuzja przeistoczy się w sadystycznego potwora. Ktoś dał mi kijki, ktoś inny tabletkę przeciwbólową – niewiele pomogło, ale wzmocniło wiarę w ludzi i podniosło na duchu. Do Ujsoł dowlokłem się resztką silnej woli, choć zupełnie nie byłem zmęczony. Monika czekała przed metą na żałośnie utykającego kalekę. Ten ładny gest solidarności dodał mi animuszu. Ostatnie kilkadziesiąt metrów przebiegliśmy razem i z medalami na szyi od razu wskoczyliśmy do chłodnego strumienia. Spędziliśmy w nim kolejne trzy godziny. Z nieba lał się żar. Łydka do dzisiaj pozostała rozżarzona.

 

Jeśli pierwszy maraton był jak pierwszy pocałunek, to pierwszy ultramaraton był utratą dziewictwa. Wszyscy pytają, czy warto było, skoro teraz ledwie chodzę i szykuje się co najmniej miesiąc przerwy w bieganiu. Oczywiście, że było warto. Człowiek w danej chwili podejmuje decyzję i potem musi zmierzyć się z jej skutkiem. Zdecydowałem, że nie schodzę z trasy, póki mnie nie zniosą, choć już z grubsza wiedziałem, jaką cenę zapłacę. Konsekwencje były wkalkulowane. Oczywiście, gdyby ktoś mi powiedział przed biegiem, jak poważnym urazem to się skończy, w ogóle nie stanąłbym na starcie. Skłonność do okaleczania się nie jest elementem tej pasji. Jednak zawczasu nie mamy takiej wiedzy. Strumień czasu, w którym tkwimy, rozgałęzia się raz po raz, ale zawsze jesteśmy w stanie wybrać tylko jeden kierunek. Co by było, gdybym zrobił to czy tamto? Możemy sobie gdybać, ale nigdy się nie dowiemy. Natomiast co innego coś zacząć i dowiedzieć się w trakcie. Warto kończyć, co zaczęliśmy, nawet jeśli marzenia mają swoją cenę.

 

Tak, potrafię cierpieć przez wiele godzin, i co z tego? To wiedziałem już wcześniej. Przybiegłem na metę w środku stawki. Największy szacunek i podziw należy się tym, co przybiegli pierwsi i ostatni. Zwycięzcom za sportowy wynik, ostatnim za to, że się nie poddali, choć cierpieli długie godziny w straszliwym upale. Grzesiek dotarł do mety cztery godziny po nas, udręczony przez odwodnienie i skurcze. Ostatnie kilometry w dół do Ujsoł pokonał… tyłem. Jemu należy się największe uznanie. Dla mnie najciekawszą i najbardziej wartościową rzeczą, jakiej dowiedziałem się przy okazji pierwszego ultramaratonu, jest zupełnie co innego. Odkryłem, że droga prowadząca na linię startu jest bardziej satysfakcjonująca i zdecydowanie trudniejsza, niż ten śmiesznie krótki odcinek od startu do mety.

 

Kliknij na zdjęcia, żeby powiększyć. Do przewijania możesz użyć strzałek na klawiaturze.

Zdjęcia: fotomaraton.pl, Piotr Dymus, Patiperro

Powrót do góry

 

26 Lipca 2015

Raramuri wbiegają w XXI wiek

 

Raramuri

Urodzeni biegacze nie czytają, ani nie piszą o bieganiu, tylko biegają. Weźmy takich Indian Tarahumara, żyjących w głębi Miedzianego Wąwozu (Barranca del Cobre) w północnym Meksyku. Sami siebie nazywają Raramuri, czyli „Biegającymi Ludźmi”. W rzeczy samej, bieganie po gorącym, gigantycznym kanionie traktują jako sposób na przemieszczanie się, więc od maleńkości do późnej starości – żeby zacytować Foresta Gampa – „kiedy gdzieś idą, to biegną”. Miedziany Kanion to nie jeden, a sześć połączonych ze sobą olbrzymich wąwozów, w których kilkudziesięciotysięczna społeczność Raramuri jest mocno rozproszona, więc okazji do biegania nie brak. Przy okazji towarzyskich wizyt i świąt, Indianie niekiedy pokonują biegiem 300 kilometrów. Wszystko to w trudnym, górzystym terenie i w sandałach zrobionych z kawałków starych opon. Nic dziwnego, że plemię to wychowało jednych z najtwardszych ultramaratończyków, jakich widział świat.

 

No właśnie – tak naprawdę świat ich raczej nie widział, bo próżno szukać Raramuri na listach startowych największych ultramaratonów. Ci legendarni biegacze żyją w wielkiej biedzie – ich codziennymi problemami są susza, znalezienie drewna na opał w kurczących się lasach, zatrucie środowiska metalami ciężkimi (efekt wyniszczającego górnictwa) oraz narkotykowe gangi, które traktują kanion jako swój teren. Zamiast mierzyć międzyczasy, układać plany treningowe i kolekcjonować medale, na co dzień pędzą ze swoich jaskiń i lepianek na pola, albo gonią kozy na pastwisko. Zamiast odżywek zjadają kukurydziane tamales i tortille, ziemniaki i fasolę, tudzież od święta kawałek mięsa. Całość popijają kukurydzianym piwem – tesgüino. I biegają. Biegają, dlatego że muszą, bo gdy masz do pokonania 100 km, to biegiem jest szybciej i wygodniej. I biegają dlatego, że lubią. Owszem, rywalizują między sobą, ale ze światem już nie, bo to bardzo nieśmiały ludek.

 

Tylko kilka razy biegacze Raramuri startowali w ultramaratonach poza Miedzianym Wąwozem i za każdym razem potwierdzali swoją niezwykłą wytrzymałość. Jak choćby w 1993 i 1994 roku, w czasie morderczych 160-kilometrowych zawodów organizowanych w Leadville, w samym sercu Gór Skalistych. Pierwszy bieg wygrał 55-letni (!) Victoriano Churro. W drugim zwyciężył 25-letni Juan Herrera, zaś pozostali uczestnicy z plemienia Tarahumara zmieścili się w pierwszej dziesiątce. Czas Juana, 17h 30min do dzisiaj znajduje się w czołówce najlepszych wyników.

 

RaramuriDużej popularności Tarahumara przysporzyła bestsellerowa książka Christophera McDougalla „Uroczeni biegacze”. Nie wiadomo, czy się z tego powodu cieszyć, czy smucić. Z jednej strony kultura Tarahumara i ich niezwykła zdolność biegania długich dystansów wreszcie zdobyła należną uwagę. W kanionie od kilku lat organizuje się 80-kilometrowy ultramaraton, w którym biali długodystansowcy, głównie ze Stanów, ścigają się z Tarahumara. Maraton ma podtrzymywać i sławić tradycję biegową Raramuri (oraz pamięć po Caballo Blanco, amerykańskim biegaczu, który żył wśród Tarahumara, zapoczątkował ową imprezę, a niedawno umarł w biegu). Szczytny cel, tyle, że nieśmiali Indianie znaleźli się nagle w centrum uwagi. Do Miedzianego Kanionu, oprócz sportowców, przyjeżdżają turyści, dziennikarze, reporterzy Discovery Channel i producenci z Hollywood, a do Urique, gdzie znajduje się start i meta wspomnianego biegu, można już dolecieć wynajętym samolotem.

 

Indianie szybko podłapali dodatkową szansę zarobku – za kilka dolarów pozują w swoich sandałach i kolorowych pelerynkach do zdjęć. Ewentualnie handlują czym się da wzdłuż trasy pociągu, z którego klimatyzowanych wagonów amerykańscy turyści podziwiają „dziki” kanion i jego „prymitywnych” mieszkańców. Legendarni biegacze zamiast tradycyjnych tamales i tesgüino coraz częściej wcinają chipsy z coca-colą i, w czasie gdy co bardziej nawiedzeni zachodni sportowcy przywdziewają indiańskie sandały, Tarahumara odkrywają uroki biegania w adidasach.

 

Raramuri podzielili tym samym los Indian znad jeziora Atitlan w Gwatemali, ludu Keczua z wysp na jeziorze Titicaca i wielu innych grup etnicznych, których życie przez ostatnie kilkanaście lat zmieniło się bardziej, niż przez poprzednie cztery stulecia. Zamieszkany przez nich mały światek, do niedawna odcięty od Wielkiego Świata, w zastraszającym tempie zmienia się w kolorowy skansen. Tarahumara i tak nie zdołaliby schować się przed światem, nawet gdyby rząd Meksyku zaprzestał budowy asfaltowych dróg w kanionie i gdyby nie zostali bohaterami amerykańskiego bestsellera. Po prostu mieszkają za blisko Stanów Zjednoczonych, a Amerykanie uważają się za globalne epicentrum biegania, tak jak wszystkiego innego, więc prędzej czy później i tak wściubiliby swoje nosy w głąb Miedzianego Wąwozu.

 

RaramuriJa nie jestem urodzonym biegaczem, chociaż ostatnio, kiedy gdzieś idę, też często biegnę. Bliżej mi jednak do Foresta Gampa, niż do niestrudzonych Raramuri. Pełną wad książkę McDougalla przeczytałem jednak z przyjemnością – recenzję napiszę wkrótce. Opisana tam historia biegających Indian jest interesująca tym bardziej, że książka poniekąd zmieniła bieg tej historii. Największą wartością tej opowieści jest spostrzeżenie, że w biegu na długim dystansie nie liczy się, jakim biedakiem czy krezusem jesteś; nie liczy się, czy biegniesz na bosaka, czy w najdroższych butach, czy jesteś młody czy stary, czy jesteś mężczyzną czy kobietą. Każdy ma szansę zwyciężyć i ostatecznie, każdy kto się nie podda jest bohaterem. A także prosta myśl, że bieganie może być radością samą w sobie, z pominięciem czasów i rekordów, może być rozrywką, rodzajem medytacji, albo sposobem, żeby na chwilę poczuć się wolnym. Naturalnie jest na to wiele innych sposobów – każdy powinien odnaleźć swój własny.

 

A teraz lecę potruchtać nad rzeką - Chudy Wawrzyniec już za dwa tygodnie. Wprawdzie pobiegnę w amortyzowanych butach, nie w sandałach, ale zegarek zostawię dzisiaj w domu.

 

Zdjęcia: www.ultracb.com

Powrót do góry

 

7 Lipca 2015

Nasze własne miejsca

 

Usiadłem w parku na Greenwich, na stoku wzgórza skąpanego w słońcu. Wciąż było przyjemnie ciepło, choć już minęła dwudziesta. W wysokiej trawie przemykała wiewiórka, tylko kitę było widać. Ruska panna młoda w białej sukni w czerwone róże fotografowała się na tle miasta. Inna dziewczyna z aparatem próbowała uchwycić w kadrze wyrzucaną w powietrze butelkę. Na szczycie wzgórza turyści tłoczyli się wokół obserwatorium – z upodobaniem stawali okrakiem na linii oddzielającej półkulę wschodnią od zachodniej.

 

Bawiłem się myślą, iż w tej chwili południk zero przeszywa na wylot moje serce - lewa komora jest po zachodniej, zaś prawa po wschodniej stronie Ziemi i krew krąży sobie między wschodnią, a zachodnią półkulą - nieważne jak bardzo ta „wschodniość” i „zachodniość” są umowne. W zasadzie to nic nowego - myślałem – pół mojego serca od dawna przynależy do tamtej połowy świata. Tylko z przyzwyczajenia wciąż nazywam ją „tamtą”, bo za każdym razem, gdy wracam z Ameryki Łacińskiej, coraz mniej jestem pewny, która to „ta” półkula, a która „tamta”.

 

Co takiego sprawia, że pragniemy wracać w dobrze znane nam kąty, że jakieś miejsce jest „nasze”, choćby i na końcu świata? Identyczne pytanie kołatało mi się po głowie kilka miesięcy temu, gdy patrzyłem na sterczącą ponad polem lodowym kolumnę szczytu Cerro Torre – już po raz czwarty w życiu, choć pierwszy raz z odległości czterdziestu kilometrów, przez całą szerokość Lądolodu Patagońskiego, ze stoków majestatycznego wulkanu Lautaro. Przejechałem przez pół świata i przeciągnąłem swój majdan na sankach przez skute lodem góry i doliny niby po to, żeby wejść na wulkan, jednak naprawdę chodziło mi o to, żeby sobie popatrzeć.

 

Cerro Torre from the IcefieldTo dobre pytanie, ale bez odpowiedzi. No bo jak zmierzyć atmosferę jakiegoś niezwykłego tylko dla nas zakątka świata, siłę wspomnień z nim związanych, wyjątkowość kogoś, z kim je odwiedziliśmy, albo kogo tam spotkaliśmy? Jak rozsądzić, czy to my zaczynamy kochać jakąś łąkę, las, jezioro, stertę kamieni zwaną Kościelcem, albo Cerro Torre, czy też dane miejsce coraz bardziej nas do siebie przyciąga, by w końcu nami zawładnąć? A może to coś więcej – może w poprzednim życiu byłeś pasterzem w tamtych górach, drzewem, ptakiem, albo mchem. Lub może każdy ma na świecie takie miejsce, do którego dusza perfekcyjnie się dostraja? Ja co roku wracam do Ameryki Łacińskiej, mój brat co roku wraca do Wierzchucina. Znam takich, co mieszkają w Gdańsku, ale raz na kilka miesięcy muszą pojechać w Tatry, inaczej są nieszczęśliwi. A co począć z gościem, który całe życie wraca do Azerbejdżanu, albo na wyspy Pacyfiku? Spotkałem i takich. Każdy ma swoje miejsce. Tyle jest pięknych zakątków na Ziemi, ale tylko o niektórych marzymy, poświęcamy czas i energię, w końcu wydajemy kupę pieniędzy, żeby do nich wrócić.

Cerro Torre from the Icefield
...naprawdę chodziło mi o to, żeby sobie popatrzeć

 

W koronie drzewa nade mną zakotłowało się i spośród liści wyfrunęła najprawdziwsza na świecie papuga. Skąd tutaj papuga?! Chyba mi się zdawało! Nie wydawało mi się - po chwili zielony ptak wrócił na swoją gałąź i zaczął głośno nawoływać. W odpowiedzi na wezwanie przyleciała następna papuga, a potem jeszcze jedna. Trzy egzotyczne ptaki siedziały sobie jak gdyby nigdy nic ponad moją głową i trajkotały, ignorując mnie zupełnie – zupełnie jak te krzykliwe zielone papużki, których pełno w El Chalten i w Parku Narodowym Lodowców. Pewnie komuś zwiały z klatki, lecz w tej chwili przyjemnie było wierzyć, że przyleciały tu do mnie z „tamtego” świata. No proszę, nawet w sercu Londynu można odkryć skrawek Patagonii. Pewno znalazłby się i kawałek Azerbejdżanu, albo Wierzchucina. Czy trzeba jeździć aż tak daleko? Akurat na to pytanie od dawna znam odpowiedź: Trzeba.

Powrót do góry

 

5 Czerwca 2015

Odkąd samba jest sambą

 

Na dobranoc, dobry wieczór i dzień dobry, dla kilku przyjaciół i wielu nieznajomych, którzy czytają tego bloga. Dla wszystkich, którzy mają dziś gorszy dzień albo są akurat w dołku. Dla wszystkich, którzy lubią stare kawałki, aksamitne głosy, jazzujące wiolonczele i swingujące gitary. Dla wszystkich, którzy kochają współczesną muzykę brazylijską albo latynoamerykański jazz i czasem sięgają do źródeł. Oraz dla tych wszystkich, którzy akurat nigdzie się nie spieszą i mogą zapaść się w sofę z kimś u boku oraz dwoma kieliszkami czerwonego wina: „Desde que o samba e samba” czyli „Odkąd samba jest sambą”. Brzmi jak wczesny kawałek Toma Jobima, lecz napisał go Caetano Veloso w 1993 roku, jako hołd dla muzyki z lat 60-tych, czyli z czasów, kiedy samba i bossa nova się rodziły, co ma odbicie w tekście. Wersja Gal Costy podoba mi się z powodu pięknego wokalu, ale również dlatego, że artystka zdecydowała się nieco przypieszyć tempo. Pod spodem znajdziecie moje luźne tłumaczenie na polski i wierne na angielski (które schroni się tu do czasu, aż zacznę angielską wersję bloga). A jeśli po wysłuchaniu poniższego kawałka komuś mało, to radzę dolać sobie i osobie obok wina, a potem kliknąć tutaj. Szczególnie, że troszkę więcej pokazują tam tego gitarzystę, z którym bez wahania zamieniłbym się na dłonie i na duszę, choć na fryzurę niekoniecznie.

 

DESDE QUE O SAMBA E SAMBA

 

A tristeza é senhora
Desde que o samba é samba é assim
A lágrima clara sobre a pele escura
A noite à chuva que cai lá fora
Solidão apavora
Tudo demorando em ser tão ruim
Mas alguma coisa acontece no quando agora em mim
Cantando eu mando a tristeza embora

O samba ainda vai nascer
O samba ainda não chegou
O samba não vai morrer
Veja, o dia ainda não raiou
O samba é pai do prazer
O samba é filho da dor
O grande poder transformador

ODKĄD SAMBA JEST SAMBĄ

 

Melancholia jest Panią
Odkąd tylko samba jest sambą
Jasna łza na ciemnym policzku
Noc i deszcz, co ugania się za nią
Samotnością zatruta
Rzeczywistość niezmiennie w barwach ciemnych
Nagle coś się zmienia we mnie
Śpiewaniem odganiam smutek

 

Samba właśnie się rodzi
Samba ani myśli umierać
Samba już prawie wschodzi
Spójrz, powoli na świt się zbiera
Samba jest matką radości
Samba jest dzieckiem cierpienia
Siłą, która może i zmienia

EVER SINCE SAMBA WAS SAMBA

 

Sadness is the mistress
Ever since samba was samba, so it’s been
A clear tear upon dark skin
The night-time rain which falls outside
Solitude dismays
Everything persists in being so mean
And then something happens within me
Singing, I send the sadness away

 

Samba is about to be born
Samba still hasn’t come
Samba isn’t going to die
Look, the day still hasn’t dawned
Samba is the father of joy
Samba is the son of pain
The great transforming force

-Przekład na polski i angielski © Patiperro-

Powrót do góry

 

28 Maj 2015

Jedno długie popołudnie

 

- Dawaj Wioletta, już prawie jesteś!

 

Patrzę jak partnerka na drugim końcu liny przechodzi trawersem najtrudniejszy odcinek ponad szczelinami i po niemiłosiernie stromym lodzie zaczyna ostrożnie schodzić w moją stronę. Tkwię w miejscu, z którego instynkt każe wiać ile sił – bezpośrednio pod ścianą seraków – pionowych, poszarpanych zwałów lodu, od których co rusz odrywają się bryły wielkie jak lodówki - całe lawiny lodówek - i z łoskotem roztrzaskują kilkaset metrów niżej. Popołudniowe słońce i wiatr zrobiły swoje. Tylko patrzeć, jak coś takiego spadnie nam na łeb.

 

Tak, jak w wyczytanych niegdyś historiach z gór – zspinaczka okazała się stokroć trudniejsza od wspinaczki. Kiedy osiem dni temu podchodziliśmy tędy pod Przełęcz Marconi, firn był tak szorstki, że dopiero w połowie lodowca założyliśmy raki, a liną związaliśmy się jeszcze później – tam, gdzie zrobiło się naprawdę stromo. Teraz, w drodze powrotnej, wszystko sprzysięgło się przeciwko nam: po kilku dniach słońca chwycił mróz, więc lód jest gładki i twardy jak diament. Wiatr co rusz rzuca nas na glebę i spycha w dół lodowca po stoku, który z każdym metrem robi się coraz bardziej spadzisty. Dopóki ciągnęliśmy plecaki na sankach, nie było jeszcze tak źle. Ale w końcu zbocze zrobiło się tak strome, że sanie przypięte do uprzęży najpierw nas wyprzedziły, a potem zaczęły ciągnąć w dół. Nie było innej rady – zarzuciliśmy bagaż na plecy. Tak źle i tak niedobrze – plecaki z przypiętymi z tyłu płaskimi sankami i rakietami śnieżnymi natychmiast złapały wiatr jak żagle i teraz rzuca nami podwójnie. Pod nogami straszą szczeliny, zaś nad głową piętrzy się złowieszcza, przewieszona bariera seraków. Żeby ominąć największe szczeliny, wbrew rozsądkowi musieliśmy podejść tuż pod nią; tak blisko, że prawie dotknęliśmy kruszących się, lodowych bloków. Strach, adrenalina i skupienie na każdym kroku.

 

Niżej długo kluczymy w labiryncie szczelin – niektóre udaje się przeskoczyć, ale większość trzeba obejść nadkładając drogi. Potem błąkamy się w tą i z powrotem po stromym czole lodowca Marconi, szukając bezpiecznego zejścia na morenę. Łamię zęby raków na osadzonych w lodzie kamieniach. To już ostatnie metry na lodowcu, więc nie rozpaczam, jednak trochę szkoda moich lekkich Griveli. Dochodzimy do obozowiska Playita. Za kamiennymi murkami stoją trzy namioty. Podczas gdy ja zamieniam kilka zdań z ich lokatorami, Wiolettę wiatr powala z plecakiem na ziemię. Patrzymy po sobie i niezwłocznie ruszamy dalej, chociaż już zapada noc. Biwak tutaj to żaden odpoczynek.

Uciekamy przed nocą i przed wichrem. Najpierw stromo pod górę na grań i na jej drugą stronę. Na przewyższeniu uderza wichura. Pomimo ciężaru na plecach ledwie trzymamy się na nogach. Następnie systemem półek skalnych trawersujemy pionowe urwisko ponad taflą jeziora Electrico. Już prawie ciemno. W dole na wodzie szaleje szkwał. W półmroku z trudem odnajdujemy bezpieczne przejście. Uff, tego etapu bałem się najbardziej. Posuwając się głazowiskiem wzdłuż brzegu jeziora dochodzimy do miejsca, gdzie wpada do niego rzeka Pollone. Kiedy wędrowaliśmy w przeciwnym kierunku, długo szukaliśmy tutaj przejścia po głazach, ale ostatecznie przeprawiliśmy się suchą stopą. Teraz wody przybyło i nie ma czasu na deliberacje – ściągamy buty, spodnie i przechodzimy wredną rzekę w bród - nie bez trudu, bo wartki nurt podcina nam nogi, a lodowata woda odbiera w nich czucie. Po drugiej stronie raz jeszcze przedostajemy się przez grań, a potem długo błądzimy po morenach. Godzina, półtorej, dwie godziny – czas dłuży się niemiłosiernie, plecaki ciążą, a my po omacku błąkamy się wśród skał i połaci kamieni. Biorę na siebie szukanie drogi, kierując się wyłącznie instynktem. Gdzie ten cholerny las? Czy my w ogóle idziemy w dobrym kierunku?

 

W słabym świetle latarek trafiamy na jeszcze jedną rwącą rzekę – głęboką, nie do przejścia. Co teraz? Świecimy w bok - trzy metry dalej jest mostek! Wioletta jest pod wrażeniem – ostatnią godzinę szliśmy po ciemku bez śladu szlaku, a mimo to trafiłem dokładnie w miejsce, w które należało trafić, z dokładnością do kilku metrów! Rzecz jasna niewiele w tym mojej zasługi – intuicyjnie utrzymałem kierunek, odczytując minimalne znaki w terenie. To trochę tak, jak z muzycznym słuchem – jedni go mają, a inni nie. Fajnie, jeśli lepiej od innych słyszysz dźwięki, ale chwalić się nie ma czym.

 

Wchodzimy w las. Bez zatrzymywania mijamy drewniane budynki w Piedra del Fraile. Kiedyś była tu farma, teraz jej właściciele doją kasę z turystów i wspinaczy, wykorzystując fakt, że każdy, kto idzie w górę doliny Electrico, na przełęcz Marconi i pola lodowe, musi przejść przez ich prywatny teren. Dobrze, że teraz wszyscy śpią – idąc w przeciwnym kierunku już raz zapłaciliśmy haracz. Jeszcze jakąś godzinę wędrujemy po ciemku przez las, powoli opadając z sił. Plecaki ciążą coraz bardziej. Wioletta, nie wiem skąd, wciąż jeszcze ma energię, mi niekończąca się Elektryczna Dolina już całkiem odcięła prąd. Rozbijamy się tuż przy ścieżce. Na szczęście obok jest rzeka. Kiedy kończymy gotować, jest już dobrze po północy. Dziś rano obudziliśmy się na Południowym Polu Lodowym, teraz zasypiamy na mchu w starym bukowym lesie, jak na innej planecie. Do najbliższej drogi pozostało pół godziny marszu. W jedno długie popołudnie zeszliśmy z patagońskiego lądolodu, przeszliśmy lodowiec Marconi i całą dolinę Electrico.

Glaciar Marconi
Kliknij na zdjęcia żeby powiększyć

Glaciar Marconi

Glaciar Marconi

Glaciar Marconi

Glaciar Marconi

Glaciar Marconi

Powrót do góry

 

10 Maj 2015

Kaczka po Patagońsku

 

Perito Moreno to park narodowy na rubieżach Argentyny, z dala od głównych dróg i miast. Pewnie nawet nie uda ci się odnaleźć go na mapie i powiesz, że coś mi się pomyliło, bo to przecież nie nazwa parku, tylko słynnego lodowca. Nie pomyliło mi się - lodowiec jest gdzie indziej. W lecie do parku Perito Moreno przeciętnie zajeżdża jedno auto dziennie, czasem żadne. W zimie temperatury spadają do -25 C, cały obszar przywalony jest śniegiem i nie zagląda tam absolutnie nikt. Z rzadka w sezonie pojawia się pojedyncza ekipa wspinaczy i raz na rok jakiś ekstrawagancki rowerzysta.

 

Tegoroczną grupą ekscentrycznych rowerzystów byliśmy Łukasz i ja. Skąd pomysł, żeby kilkanaście dni telepać się szutrowymi drogami przez pampę? Plan od dawna kołatał się po głowie, karmiony legendami o niedostępności i urodzie tego miejsca. Natomiast bezpośrednim bodźcem, żeby przejść od marzeń do czynów, było poznanie Adriana Falcone. Adrian przez dwadzieścia pięć lat był strażnikiem w parku Perito Moreno. Spotkałem go w chilijskim schronie na Lądolodzie Patagońskim, w którym przeczekiwałem złą pogodę w drodze na wulkan Lautaro. Opowieści Adriana o tym odległym miejscu były równie barwne, co on sam.

 

perito moreno

Żeby dojechać do parku Perito Moreno, trzeba zrobić kilkusetkilometrowe kółko przez góry i pampę, z tego spory kawał drogi pod wiatr. Kiedy wyruszasz w taki kilkunastodniowy rajd rowerem przez miejsca, gdzie nie ma sklepów i do tego cały bagaż wieziesz na tylnym bagażniku, to już na wstępie musisz pogodzić się z faktem, że nie zdołasz zabrać wystarczającej ilości prowiantu. Choćbyś nie wiem jak kombinował i pościł – nie dasz rady. W takiej sytuacji masz tylko jedno wyjście – ładujesz na rower tyle jedzenia ile zdołasz i… już. Martwić zaczniesz się, gdy prowiant się skończy. Jeśli nie potrafisz się wyluzować, to.. no cóż, w Holandii też są trasy rowerowe. Oraz na Bornholmie.

 

perito moreno

Przewidziane kłopoty z jedzeniem rozpoczęły się mniej więcej po tygodniu – najpierw zabrakło nam niektórych produktów i dieta stała się monotonna, później zaczęło brakować wszystkiego i cała batalia toczyła się już tylko o to, żeby ową monotonię jak najdłużej podtrzymać. Aż nastało ostatnie stadium, gdzie nędzną garstkę owsianki na śniadanie celebrowaliśmy jak najlepsze croissanty z Saint-Germain-des-Prés, a zachomikowany skrawek cebuli dzieliliśmy na atomy, żeby wieczorem móc zjeść ostatnich kilka nitek spaghetti z „warzywami” i by jeszcze coś zostało na następny dzień do kilkunastu zaoszczędzonych ziaren ryżu. Na szczęście, gdy już na poważnie zaczęliśmy myśleć o przyrządzeniu posiłku z tego, co uda się wygarnąć łyżką z dna sakwy, wydarzył się mały, a potem duży cud. Małym cudem była wycieczka rozochoconych turystek z Buenos Aires, które wśród umizgów i uśmiechów strzeliły nam setkę zdjęć i podarowały trzy tace pełne pysznych pierożków. Dużym cudem było dwóch Austriaków w wynajętym aucie, którzy wygrzebali z bagażnika całą górę prowiantu: ciastka, makarony, warzywa – prawdziwe eldorado! Najbardziej ucieszyliśmy się z CAŁEJ cebuli. W jednym i drugim przypadku niczym zaklęcie zadziałała odpowiedź, jakiej udzielilismy na pytanie o wrażenia z podrózy: „Oh, it’s absolutely wonderful, we’re just slightly low on food.” Każdemu, kto wyrusza w nieznane polecam wykucie się tego magicznego zdania na pamięć.

perito moreno

 

Rowery okazały się niezawodne: Nie zawiodły w dostarczaniu technicznych problemów i niemożliwych do usunięcia awarii. Ja pedałowałem z rozdartą tylną oponą i latającą na boki kierownicą. Łukasz poszedł na całość - na środku pustkowia, w najbardziej oddalonym od cywilizacji miejscu zdołał urwać tylną przerzutkę. Dokonał tego w spektakularny sposób – odpadając, przerzutka połamała szprychy, a następnie, pogięta, zablokowała się gdzieś między łańcuchem i trybami. To nic. Polak potrafi. Rozdartą oponę podkleiliśmy taśmą, z rozchybotaną kierownicą się zaprzyjaźniłem, zaś łukaszową przerzutkę udało się wyciągnąć z potrzasku i z grubsza przymocować przy pomocy kilku samozaciskowych pasków. Nie dało się zmieniać biegów, ale to nic - na co komu biegi. Z kilkoma połamanymi szprychami też można jechać jeśli odepnie się hamulec. Po co komu hamulec. Żeby nie obciążać koślawego tylnego koła, Łukasz pedałował na stojąco. W ten sposób i siodełko stało się zbędnym balastem.

 

Fizyka uczy, że ciemna i jasna materia we wszechświecie pozostają w równowadze. Podobnie jest ze szczęściem i pechem. Dlatego patagoński wicher był dla nas wyjątkowo łaskawy: gdy pedałowaliśmy w stronę gór, czyli teoretycznie pod wiatr - siedział cicho. Za to w drodze powrotnej pchał nas ze wszystkich sił. Aby przyspieszyć, wystarczało się wyprostować, żeby zwolnić - lekko pochylić. Mknęliśmy z Łukaszem 40 km/h po szutrowej drodze bez pedałowania, jak na motocyklach. Surrealistyczne uczucie! Gdyby w okolicy odbywał się rajd Nocnych Wilków, moglibyśmy się przyłączyć, choć z rosyjskim u nas kiepsko. Pedały w rowerze, podobnie jak cała reszta, okazały się opcjonalnym dodatkiem.

 

Park Narodowy Perito Moreno, pełen ośnieżonych gór, lasów i turkusowych jezior, nie rozczarował. Obok przepięknych krajobrazów, obfituje w bogatą faune: pumy, guanaco, huemule (patagońskie jelonki), strusie ñandú, a nawet skunksy… Jednak, jak sądzę, nie to było główną przyczyną jego utworzenia w 1937 roku. Jestem przekonany, że park powstał w celu ochrony zachodów słońca. Nigdy nie widziałem bardziej kolorowych, szalonych i dynamicznych spektakli o zmroku. Co wieczór w przeciągu dosłownie kilkunastu minut niebo mieniło się setkami odcieni pomarańczy, czerwieni i amarantu, wyświetlanych na soczewkowatych, gnanych wiatrem chmurach.

 

Podróżnicy nie czytają blogów, podróżnicy je piszą. Tak twierdzi Łukasz i jest w tym wyjątkowo konsekwentny. Jeśli macie smaka na ekstremalne doświadczenia kulinarne, albo chcecie zobaczyć nowatorski trening biegowy na Salarze de Uyuni, zajrzyjcie na jego dopieszczoną stronę: 8 Kontynentów.

 

Garść praktycznych informacji o Parku Perito Moreno wrzucę wkrótce do działu INFORMACJE. Specjalnie dla miłośników zachodów słońca i kaczek.

Co się zaś tyczy tytułowej potrawy… Kaczkę po Patagońsku przyrządza się tak samo jak Kaczkę z Jabłkiem, tyle że zamiast jabłka, gotowa kaczka trzyma w dziobie ziemniaka. Perito Moreno obfituje w jeziora, stawy i kałuże, a co za tym idzie i w kaczki. Jest to obszar chroniony, więc nie namawiam was do złego. Jednak w sytuacji przymusowej to pewnie lepszy pomysł, niż te, które w swoich programach podsuwa wam niezawodny Bear Grylls: wyjadanie wnętrzności z brzucha lamy, czy spożywanie tłustych robaków. Nie każdy ma tyle szczęścia, żeby na zawołanie spotkać Austriaków z bagażnikiem pełnym jedzenia, albo autobus roznamiętnionych porteñas z zapasem pierożków. Najważniejsze jest przetrwanie, a braku jednej kaczki nikt przecież nie zauważy. Pozostaje pytanie - skąd na środku argentyńskiej pampy wziąć ziemniaka. Tutaj nie mam gotowej odpowiedzi. Przepis na Kaczkę po Patagońsku pochodzi od Łukasza, a ten ZAWSZE ma przy sobie jednego ziemniaka. Tak na wszelki wypadek. Może po prostu należy brać przykład z doświadczonego globtrotera, któremu Bear Grylls mógłby co najwyżej… obierać kartofle.

 

Powrót do góry

30 Kwietnia 2015

Jak wywołać wybuch wulkanu

 

Calbuco eruption
Calbubo w czasie mojej wielkanocnej wizyty...
Calbuco eruption
...i zaraz po Wielkanocy.

Część znajomych uważa, że naturalne kataklizmy to moja sprawka. I nie jest to tylko metafora, czy aluzja do mojego charakteru. Weźmy taki wulkan Calbuco…

 

Był początek lutego – schyłek południowego lata. Siedzieliśmy z Wiolettą przed dworcem w Puerto Montt i gorączkowo zastanawialiśmy się, co robić. Na podjęcie decyzji mieliśmy pół godziny, bo tyle czasu pozostało do odjazdu podmiejskiego autobusu. Plan był taki: z Puerto Montt łapiemy poranny autobus do Correntoso i stamtąd idziemy w góry. „Góry” to w tym wypadku wspomniany wulkan. Ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza i niemal tyle samo podejścia, bo wspinaczka zaczyna się prawie z brzegu zatoki Reloncavi. Plan był dobry, tyle że wejście na Calbuco miało być tylko przystawką przed daniem głównym na południu kontynentu. Po drodze niejako. Tym ambitniejszym celem był szczyt Lautaro na Południowym Polu Lodowym, tysiąc pięćset kilometrów w dół mapy. Nasz problem polegał na tym, że przez najbliższe dwa tygodnie wszystkie autobusy w tamtym kierunku były pełne. Tylko jakimś cudem następnego dnia odjeżdżał dodatkowy kurs do Punta Arenas, w którym pozostało kilka ostatnich miejsc. Stanęliśmy więc przed dylematem: realizować plan związany z Calbuco, czy łapać okazję i od razu jechać dalej. Ostatecznie rozsądna opcja wygrała z opcją szaloną – z kwaśnymi minami przepuściliśmy autobus do Correntoso, zaś następnego dnia byliśmy już w drodze na południe.

 

Cztery tygodnie później spoglądałem na Calbuco z powietrza. Po przygodach na Południowym Polu Lodowym odwoziłem Wiolettę do Santiago. Samolot podchodził do lądowania w Puerto Montt. Na pastwiskach i ponad fiordami unosiła się poranna mgła i tylko wulkan był dobrze widoczny – spokojny, bez jednej chmurki ponad szczytem - kusił. Po kilku dniach wróciłem do Puerto Montt autobusem. W bagażniku jechał mój rower, którym za chwilę miałem wyruszyć w stronę jeziora Carrera. Zabrałem ze sobą i górskie buty, więc znów zachciało mi się „tak przy okazji” wejść na Calbuco. Jednak wcześniej na Lądolodzie Patagońskim połamałem raki. Przyjrzałem się połaciom świeżego śniegu na stokach i zjadła mnie trema. Gdybym wtedy zdjął raki, gdy z Wiolettą schodziliśmy z lodowca, nim wpakowaliśmy się w te nieszczęsne, pokryte ostrymi kamieniami strome lodowe labirynty… Ech, ze sprawnym sprzętem na pewno teraz dałbym się skusić!

 

Na początku kwietnia czwarty raz w tym roku wróciłem pod znajomy wulkan. Tym razem statkiem. Po tym jak z Łukaszem przejechaliśmy na rowerach piękny kawałek dzikiej Patagonii, uznaliśmy, że Puerto Montt to idealne miejsce na spędzenie Wielkanocy A.D. 2015, tak w ramach odpoczynku od tej dziczy właśnie. Zerkając w stronę lekko ośnieżonego, spokojnego Calbuco zajadaliśmy się malowanymi jajkami i wędzonym łososiem, a w poniedziałek wielkanocny wskoczyliśmy na rowery i pojechaliśmy w stronę wulkanu, żeby porobić zdjęcia i przyjrzeć się szczytowi z bliska. Pomyślałem wtedy, że następnym razem już na pewno się na niego wdrapię.

Chaiten przed kataklizmem
Chaiten było kiedyś kwitnącym miasteczkiem...
Chaiten po katakliźmie
...ale tylko do czasu, aż tamtędy przejechałem

 

„Zrób dziś, co jutro zrobić masz…” – powiadają nudziarze, ale nie bez racji. Dwa tygodnie później wulkan – uśpiony przez dziesięciolecia - nieoczekiwanie ożył. Zdjęcia gwałtownej erupcji obiegły cały świat. Rząd chilijski zarządził ewakuację, a okolice Puerto Montt i ogromne obszary po argentyńskiej stronie granicy przykrył szary pył. Wygląda na to, że ten następny raz będzie musiał teraz zaczekać.

 

Jeśli nałożyć szlak moich podróży na mapę naturalnych kataklizmów, można by rzeczywiście odkryć korelację. Jak tylko wejdę na jakiś wulkan, albo chociaż planuję wejść, ten następnie wybucha, choćby wcześniej drzemał przez tysiąc lat. Gdziekolwiek się nie pojawię, zaraz w okolicy następuje trzęsienie ziemi. Niecały rok po zdobyciu przeze mnie wulkanu Puyheue, ten gwałtownie wybuchł, pokrywając lasy po argentyńskiej stronie Andów chmurą popiołu i wywołując paraliż ruchu lotniczego od Patagonii aż po Południową Afrykę. Równo rok po tym, gdy odwiedziłem miejscowość Chaiten, ta została zmieciona z powierzchni ziemi w wyniku erupcji wulkanu o tej samej nazwie. Wśród wywołanych przeze mnie katastrof są trzęsienia ziemi w Peru w 2007 roku i w Chile w 2010. To ostatnie było czwartym najsilniejszym wstrząsem w historii ludzkości. Można by tak wymieniać dalej…

Calbuco eruption
Calbuco w wersji aktywnej

 

Powiem wam co się teraz stanie: Najpóźniej za rok usłyszycie o gwałtownym przebudzeniu się wulkanów Lautaro i Antuco - właśnie na nie wspinałem się w ostatnich miesiącach. Ewentualnie niedługo Ziemia rozpadnie się na pół, przy czym owo katastrofalne pęknięcie rozpocznie się od niewielkiej rozpadliny na autostradzie koło Poznania, gdyż właśnie tam piszę powyższą notatkę.

Powrót do góry

 

22 Kwietnia 2015

Życzliwość przedmiotów martwych

 

Wszystkich, których zaniepokoił trzymiesięczny zastój na tym blogu, pragnę uspokoić słowami ojca amerykańskiej literatury - M. Twaina: „Pogłoski o mojej śmierci są grubo przesadzone”. Nie zginąłem na Południowym Polu Lodowym, ani z głodu na argentyńskiej pampie. Choć w sumie na pampie niewiele brakowało. Gdyby nie autobus pełen gorących 50-ek z Buenos Aires, dwóch hojnych Austriaków i zaradność Łukasza, który łyżką wygarniał resztki jedzenia z dna sakwy (pewnie jeszcze z poprzedniej podróży), kto wie czy teraz pisałbym te słowa. Ale cierpliwości. Opis rajdu przez pampę i talentów kulinarnych Łukasza już wkrótce.


Powodem tak długiego zastoju na blogu był nieprawdopodobny ciąg zdarzeń, który cofnął mnie w czasie o sto lat, do epoki sprzed Internetu, mp3 i radia. Nieprawdopodobne ciągi zdarzeń w podróży zdarzają się codziennie. I tak już trzeciego dnia udało mi się podłączyć mój odtwarzacz muzyki do argentyńskiej burzy. Jak tego dokonać? Metoda jest banalnie prosta: Wystarczy udać się w środku lata do Mendozy, najlepiej podczas fali upałów, kiedy nocna burza jest pewna i podłączyć cenne urządzenie wieczorem do gniazdka. Oczywiście jest jeszcze jeden, nieco trudniejszy do spełnienia warunek: żeby tego dokonać, trzeba być skończonym idiotą, tak jak ja.

...Zwłaszcza w pięknej Patagonii.


Efekt ładowania gadżetu napięciem miliona woltów był zaskakujący – mój odtwarzacz wcale nie spłonął żywym płomieniem, a jedynie w magiczny sposób ulotniła się z niego cała muzyka. W jeszcze bardziej tajemniczy sposób powrócił pojedynczy utwór z gatunku łup-łup-łup, który dostałem gratis w momencie zakupu. Krótko mówiąc, argentyński piorun cofnął w czasie empetrójkę do stanu, w jakim opuściła fabrykę. „What the f***?!” – to skrócona i okrojona wersja mojej reakcji, bo oczywiście przypomniał mi się film: „Powrót do przyszłości”.


Jednak nie o same zdarzenie tu chodzi, tylko o dwie mądrości, które można z niego wysnuć. Po pierwsze: Co z ogólnie znaną prawdą, że urządzenia elektroniczne w momencie wyprodukowania zaprogramowane są na zepsucie? Wychodzi na to, że niektóre nie są. Mój odtwarzacz nie tylko przetrwał ostateczny test, ale jeszcze uświadomił mi, że już za długo słuchałem tej samej muzyki. I że zamiast tego warto posłuchać głosów ptaków. Nikt mi za to nie płaci, więc nie mogę podać nazwy produktu. W każdym razie nie zaczyna się na „i” Oczywiście do tych konstruktywnych wniosków doszedłem nieco później, po opadnięciu emocji, bo pierwszą reakcją było właśnie wspomniane: „What the f…” I tutaj druga mądrość: Nigdy-przenigdy nie myśl, że masz pecha! Bo natychmiast okaże się, że kałuża, w którą wdepnąłeś jest studnią. Ledwie zdążyłem pomyśleć o pechu i o złośliwości przedmiotów martwych, a natychmiast zepsuł mi się tablet. I znów, tak jak poprzednio – urządzenie wciąż działało znakomicie, lecz w magiczny sposób ulotniło się z niego całe oprogramowanie, włącznie z systemem operacyjnym i kilkoma gotowymi wpisami na bloga. Tym razem nawet nie podłączałem go do burzy!


I znowu, dzięki temu, że mój tablet przeistoczył się w wyrafinowaną technologicznie, metalowo-szklaną deskę do krojenia, odkryłem kilka ciekawych rzeczy. Po pierwsze odkryłem, że era tradycyjnych kafejek internetowych - przynajmniej w Chile i Argentynie - już się skończyła. Nastała epoka smartfonów i tabletów. I nie chodzi tu jedynie o coraz częstszy widok bosonogich kobiet w kolorowych andyjskich spódnicach, kapelusikach i ze smartfonami w rękach, czy rzesze umorusanych indiańskich niemowlaków śmigających paluszkami po dotykowych ekranach. Chodzi głównie o fakt, że choć Internet jest wszędzie dookoła, jak powietrze, to bez własnego urządzenia nie uda ci się zaczerpnąć z niego nawet jednego haustu. I twój podróżny blog natychmiast zapada w komę. A ty cofasz się w czasie o sto lat. Analogiczną sytuację miałem w Amsterdamie, gdy na głównym dworcu zapytałem, gdzie jest najbliższy automat telefoniczny. Pani w informacji w pierwszej chwili nie zrozumiała o co pytam, a następnie wyjaśniła mi uprzejmie, że w całym Amsterdamie od dawna już nie ma publicznych telefonów, gdyż 100% Holendrów posiada komórki. Minę przy tym miała taką, jakbym pytał o konne tramwaje czy gazowe latarnie.


Prawie trzy miesiące bez muzyki, Internetu i komórki - tej ostatniej nie biorę w podróż, żeby pamiętać, że nie jestem w pracy. Ciężko? Nie bardzo. Najistotniejszą rzeczą, jaką przy tej okazji odkryłem, jest to, że przed erą tabletów, smartfonów i dot-comów byliśmy bardziej towarzyscy, szczerzy i szczęśliwsi. Nie tyle odkryłem, co przypomniałem sobie, bo to przecież nie tak dawne czasy. Kontakt między sobą mieliśmy utrudniony, to fakt, lecz dzięki temu ów kontakt więcej znaczył. Jeśli chciałeś kogoś zobaczyć, musiałeś założyć buty, płaszcz, wsiąść w autobus albo w samolot i wybrać się w odwiedziny. A żeby wybrać się w odwiedziny, naprawdę musiałeś tego kogoś chcieć zobaczyć. Wyczekany list w kopercie ze znaczkiem był stokroć przyjemniejszy od emaila, a my, zamiast marnotrawić czas na zastępy wirtualnych znajomych, inwestowaliśmy go w wąskie grono żywych przyjaciół. Na ile „lajków” wyceniasz czyjś spontaniczny uśmiech albo uścisk ręki? A na ile naleśniki z jogurtem i bananem, które ktoś dla ciebie usmażył?


Niby proste prawdy, lecz żeby je sobie przypomnieć, musiałem spędzić kilka miesięcy w towarzystwie moich martwych gadżetów oraz żywych, wspaniałych ludzi. Dwa miesiące przeżyte po staremu, na rozmowach, podziwianiu świata i rozglądaniu się wokół. Naprawdę da się przetrwać! Zwłaszcza w pięknej Patagonii. Zwłaszcza w towarzystwie takich osób, jak Wioletta, Warren i Łukasz. O tym następnym razem…

Powrót do góry

15 Stycznia 2015

Jadę do Patagonii!

 

Za dwa tygodnie lecę do Patagonii! Bilety już kupione, oprócz tego nowy aparat fotograficzny, plecak i namiot... Przed dwoma laty właśnie tam - na Lądolodzie Patagońskim, u stóp Cerro Torre - wiatr mi porwał stary namiot. Maszerowałem wtedy brzegiem gigantycznych lodowo-śnieżnych pól, wzdłuż granitowych turni na południe. Teraz chcę wyruszyć w głąb lądolodu i spróbować wejść na Lautaro, aktywny wulkan w samym jego centrum. Ekscytujący plan podszyty obawą, gdyż Campo Hielo del Sur to smagane wichrem i poorane szczelinami odludzia. Mówią: "przygoda zaczyna się tam, gdzie kończy się twoje poczucie komfortu". Czyli przygoda gwarantowana, a ja mocno wierzę w swoją szczęśliwą gwiazdę. Przygotowałem się solidnie, lecz na patagońskich pustkowiach sukces w największym stopniu i tak zależeć bedzie od pogody i wiatru.

 

Wyruszam na ponad dwa miesiące, więc tego wędrowania po górach będzie znacznie więcej. Może wreszcie wdrapię się na Marmolejo - najbardziej na południe wysunięty w Andach (i na świecie!) sześciotysięcznik. "Wreszcie", bo oparł mi się ostatniej zimy, a wcześniej zawsze brakowało czasu. Może starczy też czasu na wulkany Calbuco, Antuco, Descabezado i Llaima. O ile tylko będą w nastroju, bo patagońskie góry to same chmurne i kapryśne panny. Taka Llaima na przykład - w roku 2012 nie była w nastroju - przepędziła mnie wichurą i śnieżycą.

 

Na dalekim południu, oprócz potyczki z Lautaro (nazwa pochodzi od wojowniczego wodza Mapuche, więc szykuje się ciężka batalia), marzy mi się powrót na Przełęcz Wiatrów (Paso del Viento), a następnie wycieczka dookoła Cerro Huemul. Na szlaku w odstępach jednodniowych są drewniane schrony, więc można spróbować go przejść i bez namiotu. Aż dziw, że ten piękny trekking w Parku Narodowym Lodowców - z widokiem na Południowe Pole Lodowe i jezioro Viedma - nie znalazł się jeszcze w przewodnikach. Cicho sza, niech lepiej pozostanie z dala od udeptanych szlaków!

Planowane podejście na Lautaro - przez Valle Electrico, Paso Marconi i Corredor Hicken.

 

Bliżej Santiago, po argentyńskiej stronie granicy kusi wulkan Maipo, z piękną Laguną Diamantową u stóp, oraz nieco już oswojony zimą Cordon del Plata. Pytanie tylko, czy wystarczy czasu, bo oprócz eskapady w góry planuję spędzić kilka tygodni w rowerowym siodełku. W 2010 roku objechałem na rowerze Lago Titicaca. Teraz kolej na rajd wokół drugiego największego jeziora w Ameryce Łacińskiej. Na chilijskich mapach nazwane imieniem generała Carrera, na argentyńskich nosi nazwę Buenos Aires. Atrakcjami jeziora są: słoneczny mikroklimat, marmurowe groty tuż przy powierzchni wody, nieskalana cywilizacją puszcza waldiwijska wokół i widoki na Północne Pole Lodowe, ze szczytem San Valentin, oraz na strzeliste baszty masywu Cerro Castillo. Ten nieodkryty, słabo zaludniony, trudno dostępny zakątek Chile i Argentyny, to idealny cel na rower, a przy tym prawdziwy raj dla fotografa. Obiecuję podzielić się obrazami i wrażeniami, jeśli tylko uda mi się jakieś żywe schwytać.

 

 

 

Wcześniejsze wpisyPowrót do góry