Campo Hielo del Sur

Ameryka Popołudniowa

Poprzednie wpisy:

 

 

23 Lutego 2018

Najbardziej niepotrzebny zawód świata

 

propineros

Wśród latynoskich zawodów, które nie mają odpowiednika w Europie, wiele jest naprawdę egzotycznych: Sztukmistrze na skrzyżowaniach, autobusowi sprzedawcy przekąsek, długopisów i leków na wszystko, uliczni dystrybutorzy kuponów na loterie, układacze bagażu w autobusie, przedsiębiorczy obywatele przesiadujący z wagą łazienkową na chodniku (za niewielką opłatą dowiesz się, ile dziś ważysz), czy kobiety handlujące minutami rozmów na komórkę. No i dobrze - inaczej ci wszyscy ludzie mogliby kraść. To nic, że większość owych profesjonalistów jest równie niezbędna, co tych dwóch dżentelmenów, którzy w chińskich supermarketach zapraszają do wejścia na ruchome schody, albo usłużny gość, który w angielskiej knajpie podaje ci mydło w ubikacji.

 

Wśród tych wszystkich kuriozalnych zawodów, wyróżnia się fach propinero. To po naszemu "napiwkowicz", a nazywając rzecz po imieniu - sklepowy pakowacz. Otóż w latynoskich supermarketach kasjerka nie jest najniższą rangą profesją. Przy każdej kasie stoi młody człowiek w firmowej koszulce, który wkłada przeskanowane zakupy do reklamówek. Praca równie ciekawa, co patrzenie jak farba schnie. A może nie, bo prawdziwą sztuką jest tak zapakować dwa produkty do trzech reklamówek, żeby wciąż miało to sens. Najlepszym się to udaje! I tak np. butelka likieru pisco umieszczana jest w podwójnej reklamówce (bo jedna mogłaby się rozerwać), a małżyki choritos na zagrychę lądują w oddzielnej trzeciej torbie (bo przecież puszka małży nie może się stykać z zimną butelką). Logiczne, prawda?

Nie ma to jak prawdziwy fotograf!

Naprawdę chodzi w tym wszystkim o to, żeby klienta maksymalnie dopieścić, a wtedy chętniej zostawi pakowaczowi te drobniaki, które pani wydała mu w kasie. Stąd nazwa propineros. To drobiazg, że w ten sposób liczba plastikowych toreb, które codziennie lądują w śmieciach się podwaja, a może i potraja. Latynosi tak przyzwyczaili się do obecności propineros, że kiedy przy jakiejś kasie któregoś zabraknie, obsługa klientów natychmiast staje i wszyscy czekają, aż pakowacz znowu się pojawi. Przecież sam nie dasz rady zapakować tych wszystkich zakupów do toreb, prawda?

 

Można by pomyśleć, że profesja uświęcona tak wielką tradycją jest nie do ruszenia. Aż tu nagle klops! W zeszłym roku wiele latynoamerykańskich krajów prawie jednocześnie podchwyciło ideę ograniczenia ilości plastikowych śmieci poprzez wymuszanie opłat za reklamówki w sklepach. Chilijski rząd kilka miesięcy debatował, po czym uchwalił odpowiednie prawo i z końcem zeszłego roku darmowe torby zniknęły z kas. Chilijczycy szybko się nauczyli, że idąc na zakupy trzeba zabrać własną torbę i nagle pakowacze zostali bez pracy. Zastępy młodych ludzi przy kasach stoją bezczynnie, smętnie przestępując z nogi na nogę. Czy pakowacze znikną? Najpewniej nie, o ile tylko znajdą się studenci chętni do tej pracy. Jednak jeden z najbardziej niepotrzebnych zawodów świata stał się jeszcze bardziej niepotrzebny.

 

W moim prywatnym rankingu najbardziej niepotrzebnych fachowców i w moim sercu propineros zajmują drugie miejsce. Wciąż przebijają ich panowie z aparatami na malowniczym Plaza de Armas w Arequipie oferujący turystom "profesonalną" fotkę, czyli peruwiańska wersja zakopiańskich fotografów w przebraniu misia z czasów młodości naszych dziadków. Ten fach to prawdziwy fenomen! Myślisz, że w czasach, kiedy każdy ma komórkę z aparatem oraz selfie stick, tego typu profesja nie ma już sensu? Mylisz się – nie ma to jak profesjonalny fotograf! W czasie mojego ostatniego pobytu w Arequipie kilku "misiów" wciąż krążyło po placu i nagabywało turystów.

 

Powrót do góry

 

3 Listopada 2017

Jak znaleźć się na zdjęciach z maratonu

 

Pomysł na ten tekst narodził się z frustracji po ostatnim Maratonie Poznańskim. Frustracja nie związana była z bieganiem, choć startowałem zmarnowany po chorobie i mój wynik uplasował mnie gdzieś w okolicach średniej dla 70-latków. Za to kilka dni później udało mi się pobić pewien rekord: spędziłem trzy godziny na facebooku w poszukiwaniu pamiątkowej fotki z biegu. W ten sposób podwoiłem czas, jaki poświęciłem tej lamerskiej stronie przez całe dotychczasowe życie. A efekt? Efektem była wspomniana frustracja, bowiem odnalazłem się tylko na jednym zdjęciu, na którym widać jak przebiegam nielegalnie przez trawnik, skracając dystans o kilka metrów. Ups! Niezupełnie o taką pamiątkę mi chodziło. Zadzwoniłem do brata po ratunek. Mój brat potrafi wyłuskać mnie z największego tłumu, ale i on poddał się po kilku godzinach. Bo łatwo jest, moi drodzy, przebiec maraton. Prawdziwym wyzwaniem jest znalezienie się później na zdjęciach.

 

Zdanie się na łut szczęścia jest najsłabszym pomysłem. No bo cóż z tego, że mijasz na trasie setkę reporterów i drugą setkę zwyczajnych ludzi, których fetyszem jest fotografowanie spoconych ciał i wrzucanie fotek na facebooka. Jesteś tylko zwykłym szaraczkiem w wielotysięcznym tłumie, który depcze ci po piętach, tratuje, szturcha łokciami i zasłania. Szansa, ze ktoś uwieczni twój bohaterski wyczyn na (udanym!) zdjęciu jest zbliżona do szansy wygrania w totolotka. Luźniej robi się dopiero przed metą, ale wtedy wyglądasz już jak zombie, więc tych fotek i tak nie pokażesz znajomym. Na szczęście istnieje kilka sprawdzonych sposobów, żeby znaleźć się w centrum uwagi. Wymaga to jednak strategii, treningu, samodyscypliny i wcześniejszych przygotowań.

 

Pierwszy sposób, najłatwiejszy: Wygrywamy. Jeszcze lepiej, jeśli przy okazji pobijemy rekord świata. Najlepiej, jeśli bijąc rekord świata, jednocześnie złamiemy barierę dwóch godzin. Wtedy jest spora szansa, że znajdziemy nasze zdjęcia w paru miejscach, może nawet nie będziemy musieli wchodzić na facebooka. Fajnie, ale co jeśli nie chcesz iść na łatwiznę, nie życzysz sobie rozgłosu, albo po prostu wykorzystałeś już ten sposób jesienią w Maratonie Beskidzkim?

 

Wtedy zalecam sposób drugi, polegający na odwróceniu strategii: Przybiegasz na ostatniej pozycji z grymasem bólu, zacięciem na twarzy i obłędem w oczach, po czym padasz za linią mety. Fotoreporterzy i publiczność kochają takich walecznych maruderów. Metoda ta jest trudna i wymaga dużej samodyscypliny – przez cały dystans musisz uważać, żeby nie przyspieszać i konsekwentnie trzymać się na końcu. Szczególnie trudne jest niewyprzedzanie tych, co wpadli na podobny pomysł, albo przeczytali ten poradnik i też próbują zająć ostatnie miejsce. Dodatkowo, istnieje ryzyko, że gdy miniesz linię mety, nikt nie zrobi ci wyczekiwanej fotki, bo wszyscy już dawno poszli na piwo.

 

Trzeci sposób, geograficzny: Zamiast po raz kolejny zapisywać się na maraton w Nowym Jorku czy w Tokio, startujesz w zawodach o puchar sołtysa Żabiczek. Tą metodę cechuje najwyższa skuteczność, do tego korzyść jest podwójna: nie tylko stuprocentowo załapiesz się na rozkładówkę w Głosie Żabiczkowskim i znajdziesz na wszystkich zdjęciach z zawodów dostępnych na fejsie, ale też, jeśli uda ci się wyprzedzić pięciu czy sześciu konkurentów, masz zagwarantowane miejsce na podium, dyplom oraz uwielbienie Żabiczanek.

 

Sposób czwarty, sytuacyjny: W czasie maratonu trzymasz się możliwie blisko seksownej blondynki w obcisłym stroju z dekoltem. Ta strategia gwarantuje obecność na bardzo wielu zdjęciach, szczególnie u reporterów fotografujących z wiaduktów i mostów. Bonusem jest oczywiście wielogodzinne obcowanie na trasie ze zgrabną laską, którą możesz spróbować zagadać. Kto wie czy koniec biegu nie stanie się jednocześnie początkiem czegoś bardziej ekscytującego.

 

stormtrooper

Sposób piąty, do wykorzystania, gdy w polu widzenia nie ma seksownych dziewczyn, albo wszystkie są już ściśle obstawione wianuszkiem biegaczy: Biegniesz cały czas obok gościa przebranego za rzodkiewkę, hot-doga albo szturmowca z Gwiezdnych Wojen. Efekt podobny jak w poprzednim punkcie, tylko widoki gorsze. No i warzywa, fast foody oraz filmowi bohaterowie zwykle nie biegają bardzo szybko, więc masz niewielkie szanse na życiówkę.

 

Sposób szósty, wymagający najwięcej przygotowań, ale pozwalający pokonać dystans własnym tempem: Samemu przebierasz się za postać z Gwiezdnych Wojen, warzywo, albo za seksowną blondynkę z punktu czwartego. Jeżeli jesteś seksowną blondynką na co dzień, masz nieco łatwiej. Jak chcesz, wciąż możesz ubrać się w kostium szturmowca. Lub po prostu możesz wyciągnąć obcisły strój z szafy. Niestety, na największych maratonach powyższa strategia nie wystarczy. Takich, którzy wpadli na podobny pomysł albo przeczytali mój poradnik będzie zbyt wielu. Jak u licha rozpoznać, która rzodkiewka, czy szturmowiec z setek podobnych to ty? Nawet seksownych biegaczek może uzbierać się więcej niż dostępnych gigabajtów w aparatach na trasie. Nie czarujmy się - na największych imprezach nawet przebiegniecie 42 km na golasa albo w stroju nurka głębinowego nie daje gwarancji, że ktoś cię zauważy i sfotografuje. Pewność daje dopiero połączenie kilku opisanych tu metod. Np. Startujemy w maratonie o puchar sołtysa Żabiczek i biegnąc w stroju nurka głębinowego obok nagiej seksownej blondynki bijemy rekord świata. Wtedy zdjęcie na pierwszej stronie w Głosie Żabiczkowskim masz jak w banku!

 

 

Wcześniejsze wpisyPowrót do góry