Campo Hielo del Sur

Ameryka Popołudniowa

Poprzednie wpisy:

 

 

28 Marca 2019

Margariteña z cynamonu i ognia

Nella Rojas

 

Dawno tamu koleżanka z Argentyny, która studiowała w szkole muzycznej w Bostonie, poleciła mi lokalny zespół o nazwie 3 Sudacas. Tworzyło go troje studentów Berklee College of Music: brazyliski gitarzysta i dwie dziewczyny o nazwisku Royas, ale pochodzące z różnych krajów. Wenezuelka Marianella, była wokalistką zespołu, zaś Kolumbijka Esther grała na basie. Filmiki z ich występów do dzisiaj można znaleźć na Youtube. Wtedy zaintrygowała mnie Esther Rojas, bo to jej gitara basowa nadawała grupie unikatowy charakter. Pomyślałem, że dziewczyna zrobi kiedyś karierę. Od tego czasu Esther Rojas, jako basistka i aranżerka rzeczywiście zdobyła uznanie w swoim kraju. Jednak to druga dziewczyna o nazwisku Rojas wypłynęła na szersze wody i w 2019 roku jest na dobrej drodze do zrobienia światowej kariery. "Nazywają mnie Nella, jestem z cynamonu i ognia" - śpiewa w jednej ze swoich piosenek. Poznajcie Nellę, dziewczynę z Wyspy Margarita, wokalistkę o pięknej barwie głosu, z której Wenezuela już jest dumna, którą ostatnio pokochał Meksyk i o której wkrótce może być głośno.

 

 

Nella wyszła z niesamowitej kuźni talentów, jaką jest Berklee College of Music, lecz jak zawsze, oprócz talentu, niezbędne jest jeszcze trochę szczęścia oraz właściwe znajomości. W czasach studenckich, kiedy Nella była jeszcze Marianellą Royas, śpiewała głównie jazz w latynoskim opakowaniu i była popularna, ale tylko w zamkniętym światku latynoskich muzyków. Punktem zwrotnym w jej życiu była wizyta Alejandro Sanza w Berklee z okazji przyznania mu przez uczelnię tytułu doktora honoris causa. Piosenkarz zaprosił wtedy grupę studentów do Las Vegaz na wspólny występ z okazji rozdania nagród Latin Grammy. Nellę można m.in. dojrzeć w pięknej wesji piosenki Alejandro Sanza o tym, że muzyki nic nie ruszy - przetrwa każde zło, każde zawirowanie tego świata i nas samych. Ten utwór w 2013 roku podtrzymywał mnie przy życiu.

 

 

Opiekunem grupy w Las Vegaz był znany hiszpański gitarzysta, kompozytor flamenco, producent muzyczny i zarazem wykładowca szkoły Berklee, Javier Limón. To właśnie ta znajomość zaowocowała kilka lat później. Jak tylko Hiszpan wziął Nellę pod swoje skrzydła, szerszy świat o niej usłyszał... Nella niedawno zaśpiewała (i zagrała) w filmie irańskiego reżysera i zdobywcy Oscara, Asghara Farhadiego. Film nosi tytuł "Wszyscy wiedzą" (Todos lo saben) i muzykę do niego skomponował nie kto inny, jak właśnie Limón. W tym czasie Nella zdążyła już wyrobić sobie renomę w Meksyku, a teraz zaczyna podbijać świat. Nawet jeśli jej kariera zatrzyma się na podwórku latynoamerykańskim, to jest szansa, że wielu ludziom Wenezuela przestanie kojarzyć się wyłącznie z politycznym chaosem, hiperinflacją i konkursami piękności.

 

Powrót do góry

 

 

3 Stycznia 2019

Trzy razy parkrun, czyli petarda na Nowy Rok

 

Co to jest parkrun? To cotygodniowe sprawdziany biegowe na dystansie 5 km, organizowane za darmo w parkach. Ideę wymyślił w 2004 roku pewien biegający Anglik, który akurat był kontuzjowany i bez pracy, więc dla zabicia czasu zaprosił 13 kolegów do parku Bushy w pd.-zach. Londynie na pięciokilometrową przebieżkę z pomiarem czasu. Tak się to wszystko zaczęło. Obecnie w Bushy Park w każdą sobotę o godz. 9.00 regularnie odmeldowuje się ponad tysiąc biegaczy, w Londynie jest bodajże 60 innych parkrunów, zaś w całej Wielkiej Brytanii prawie 600. Na świecie biegi odbywają się w 21 krajach; zarejestrowanych jest ponad trzy miliony (!) biegaczy i idea wciąż się rozprzestrzenia. W Polsce jest 59 miejsc, gdzie organizuje się cosobotnie biegi - swój własny parkrun ma prawie każde większe miasto i wiele małych miejscowości.

 

Do udziału w sobotnich wyścigach namówił mnie brat. On sam w liczbie rzeczonych biegów powoli zbliża się do setki i ostatnio stał się "parkrunowym turystą". Ma już na swoim koncie zawody w tak egzotycznych miejscach, jak Paryż, czy Augustów i pewnego razu specjalnie wyprawił się do Londynu, żeby przebiec parkrun u źródła, czyli we wspomnianym Bushy Park.

 

Ja, przyznam, z początku byłem sceptyczny. Tak się bowiem składa, że nie jestem ani porannym ptaszkiem, ani krótkodystansowcem. Wolę biegać wieczorami i męczyć się na dłuższych dystansach. Nie miałem więc najmniejszej ochoty zrywać się w sobotę o 8 rano, tylko po to, żeby przez dwadzieścia kilka minut gnać do utraty tchu. Jednak braciszek w końcu zdołał mnie wyciągnąć i jak łatwo przewidzieć, szybko złapałem bakcyla. Bo po pierwsze, bieganie w grupie jest fajne, po drugie, jeśli ktoś nie lubi treningów szybkościowych (tak jak ja), to parkrun jest najmniej bolesnym sposobem, żeby sobie taki trening zafundować.

 

Czy można przebiec kilka parkrunów jednego dnia? Nie bardzo, chyba, że ktoś dysponuje wehikułem czasu. Zawody odbywają się bowiem w różnych miejscach, ale zawsze o 9 rano (chyba, że mieszkasz w Malezji – tam odbywają się o 7.30). Jednak jest jeden dzień w roku, kiedy możesz się obejść bez podróży w czasie – to Nowy Rok. Wtedy często organizuje się dodatkowe biegi, a oprócz tego, z oczywistych względów start niekoniecznie jest o 9 rano. Przebywanie w Londynie również sprzyja, bo w tym mieście zagęszczenie parkrunów jest największe na świecie.

 

parkrun

Do biegania parkrunów namówił mnie brat bliźniak.

W Sylwestra przyszło mi do głowy, że fajnie byłoby zacząć 2019 rok od przytruchtania 5 km lewą stroną. Zajrzałem do Internetu, żeby sprawdzić czy gdzieś w okolicy jest taki okolicznościowy, noworoczny parkrun. I co odkryłem? Że nie tylko jest w trzech najbliższych miejscach, ale też że w każdym z nich wyznaczony jest na inną godzinę, odpowiednio na 9.00, 10.00 i 10.30. Od razu w głowie wykiełkował głupi pomysł: A może by tak zostać pierwszym człowiekiem na planecie Ziemia, który przebiegnie trzy parkruny jeden po drugim? Coś jak przebiegnięcie maratonu poniżej dwóch godzin. No prawie. Natychmiast wyciągnąłem z szafy buty do biegania i zacząłem kalkulować: zaplanowane godziny startu to jednak trochę ciasny rozkład, bo przebiegnięcie 5 km zajmuje mi dwadzieścia kilka minut. Żeby pomysł stał się ciałem, potrzebny był plan, dobra para nóg i rower.

 

Najtrudniejszą częścią każdego parkrunu nie jest sam bieg, tylko pobudka w wolny dzień o 8 rano. Wyzwanie jeszcze trudniejsze po imprezie sylwestrowej, więc wcale nie byłem pewien, czy uda mi się zwlec z łóżka na czas! Jednak się udało i w Nowy Rok przed godz. 9 truchtałem w moim ulubionym parku na wzgórzu Beckhenham, skoncentrowany, zwarty i gotowy. Fajne miejsce i fajny bieg na sam początek roku! Dookoła rozgrzewało się ponad 250 biegaczy – dużo więcej niż zwykle. Szok, że tyle osób zdołało wstać po noworocznych szaleństwach i jeszcze mieli ochotę się męczyć. Start! Przed nami dwie pętle po błocie przez łąki. Gdzieś tam z tyłu głowy tkwiła myśl, że to dopiero początek, więc nie forsowałem tempa. Byłem w doskonałym nastroju, póki po kilku kilometrach nie uświadomiłem sobie, że zapomniałem kodu służącego do pomiaru czasu. Mistrz planowania, psia mać! Na szczęście miałem ze sobą telefon, więc zaraz po biegu obudziłem wszystkich domowników (m.in. gości, którzy nocowali po imprezie) i zapisałem numer patykiem na piasku, żeby chwilę potem podać go szefowi zawodów.

 

Wskoczyłem na rower i pół godziny później byłem już w parku Hilly Fields. W sam raz, żeby zdążyć na start biegu nr. 2. Ten niestety się opóźniał, więc byłem w tarapatach. Nie dość, że Hilly Fields to najbardziej górzysty parkrun w całym Londynie, to jeszcze od trzecich zawodów dzieliło mnie niecałe pół godziny! Nie było szans, żeby w tym czasie przebiec 5 km i zdążyć na ostatni wyścig. W końcu start! Pognałem na złamanie karku z setkami innych biegaczy. Trzy pętle i sześć drastycznych podbiegów. Wspinając się na bezlitosne wzgórze znów próbowałem oszczędzać siły. Wiedziałem jednak, że jak się nie wysilę, to nie pozwolą mi wystartować w ostatniej imprezie. Pewnie dlatego na tej najbardziej brutalnej trasie miałem paradoksalnie najlepszy czas.

 

parkrun

Podbieg na Hilly Fields. Żółta zjawa na prowadzeniu

to ja. Biegnę tak szybko, że wyszedłem rozmazany.

Nim zdążyłem złapać oddech, już pedałowałem do parku Mountsfield. Rower to magiczny pojazd – na trzecie zawody spóźniłem się tylko 10 minut! Samochodem byłoby dwa razy dłużej. Na starcie nie było już nikogo, oprócz szefowej zawodów, która właśnie zwijała baner oznaczający start. Większość biegaczy robiła właśnie drugie kółko. Szefowa wzięła mnie za imprezowicza, który zaspał po Sylwestrze, ale od razu dodała otuchy: "Leć, jeszcze ich dogonisz!" Nie było to takie proste, bo trasa biegu została zmieniona od ostatniego razu i nie miałem pojęcia, którędy mam "lecieć". Straciłem kolejną minutę, nim życzliwa wolontariuszka wprowadziła mnie w szczegóły i już zacząłem się zastanawiać, czy aby pierwszy raz w życiu nie będę ostatni. Jednak nie - już w połowie pierwszego kółka wyprzedziłem kilku maruderów i potem przez resztę zawodów przeganiałem tych, co sobie truchtali, zaś mnie przeganiali bezlitośni sprinterzy, którzy właśnie finiszowali na ostatnim okrążeniu. Kiedy wpadłem na metę, nie miałem nawet czasu na celebrowanie sukcesu, gdyż trzeci bieg wcale nie był końcem zawodów. Nie zatrzymując się, od razu pognałem do pracy. Fakt, że udało mi się zdążyć, był w tym wszystkim największym osiągnięciem.

 

W ten sposób zostałem prawdopodobnie pierwszym człowiekiem, który złamał magiczną barierę trzech parkrunów w przeciągu dwóch godzin. Oczywiście nie ma to najmniejszego znaczenia i nawet nie mogę być pewien, czy rzeczywiście byłem pierwszy. Zwykle jak masz jakiś pomysł, to ktoś już go miał przed tobą i pewnie nawet zamieścił filmik na youtube. Odkryłem na przykład, że gość, który wygrał mój trzeci parkrun, to "parkrunowy turysta" w wersji ekstremalnej. Nie tylko zaliczył już ponad 40 różnych biegów, ale też wszystkie wygrał! Tamtego dnia przebiegł dwa i oba wygrał z czasem ok. 15 min! To dopiero petarda! Ludzie bywają nieobliczalni, więc na wszelki wypadek od Sylwestra nie zaglądam na youtube.

 

Powrót do góry

 

 

1 Sierpnia 2018

Maraton Gór Stołowych od mety do mety

Supermaraton Gór Stołowych

Karłów, wpół do ósmej rano. Kręcimy się z Glusiem w pobliżu startu przyozdobionego nadmuchiwaną bramą z napisem FINISH (!). Ciekawe w takim razie jaki napis będzie na mecie. Przedstartowa ekscytacja jak przed pierwszą randką z dziewczyną. Zimno, więc podskakujemy i robimy „niedźwiadki”. W końcu i tak marzniemy i chowamy się w biurze zawodów. Ostatnie dziesięć minut przed biegiem spędzamy uwaleni na sofie. Nie ma to jak porządna rozgrzewka!

 

Start! Pędzimy! ...No niezupełnie. Raczej drepczemy powolutku,  bo znowu popełniliśmy stary błąd. Zamiast wyrwać z przodu, ruszyliśmy gdzieś przy końcu stawki i teraz wleczemy się w tłumie tych, co przyjechali tu na wczasy, a nie na zawody. Ale to nic, krajobrazy piękne jak z bajki. U takich mieszczuchów, jak my, zwykła łąka, czy las wywołują uśmiech od ucha do ucha, a każdy skalny grzybek wprawia w euforię. Braciszek skutecznie hamuje moje zapędy, żeby polecieć szybciej. Przecież to dopiero rozgrzewka. Szybko udaje nam się wypracować wspólne tempo i trzymamy się z razem.

 

Początkowe łączki zmieniają się w las i trasa robi się bardzo techniczna. Mnóstwo korzeni, skał i kamieni na wąskim szlaku, który biegnie stromo to w górę, to w dół. Praktycznie nie ma płaskich odcinków, więc trzeba maksymalnie się skupić, żeby nie zaliczyć gleby.  Już po 5 km przekraczamy granicę z Czechami i przez następne godziny meandrujemy przez Broumovskie Steny, pośród  skalnych ostańców i labiryntów całkiem podobnych do naszych. Nigdy wcześniej tu nie byłem, więc gapię się wszędzie dookoła, zamiast zerkać pod nogi. Na szczęście Bóg jest dla durniów łaskawy i nie wybijam sobie zębów.

 

Po 30 km czeskiej wyrypy wracamy do Polski. Na trasie kultowe Błędne Skały.  Niestety, przebiegamy obok rezerwatu, a nie przez niego. Cóż, Błędne Skały to teraz atrakcja turystyczna z kasą biletową przy wejściu. Trochę jednak szkoda – przez skalny labirynt biegłoby się o-błędnie.

 

Na drugiej połówce maratonu dominują długie odcinki pod górę. Organizatorzy zadbali, żeby zawodników mocno sponiewierać, za ich własne pieniądze zresztą. Po 30 km Gluś zaczyna trochę odstawać na podbiegach i podejściach, ale nic. Umawiamy się, że każdy prze pod górę swoim tempem, a potem spotykamy się na zbiegu, lub przy najbliższym wodopoju. Taka strategia sprawdza się znakomicie. Na kolejnych punktach z wodą czekam na niego i odpoczywam, jednocześnie podjadając słodycze, pomarańcze i banany. Izotonik od połowy dystansu wywołuje tylko odruch wymiotny, więc do bidonów tankuję coca-colę. Mniam, mniam, cukier! Mój dentysta z pewnością już zaciera ręce.

 

Na podejściach wspomagam się kijami i jestem najszybszy - mijam dziesiątki zawodników. Potem, gdy czekam na Adama, wszyscy znowu mnie wyprzedzają. Na kolejnym podejściu znów ich łykam i tak w kółko. Po ich zdziwionych minach widzę, że nie bardzo wiedzą, co o tym myśleć. Ten sam koleś wyprzedza ich po raz enty, a potem sobie stoi i chrupie batonika. Trochę mam z tego ubaw - przecież nie będę każdemu tłumaczyć, że czekam na resztę teamu „Goń Bliźniaki”. Jestem w świetnym nastroju – trasa jest malownicza, mam duży zapas sił, moje rozwalone kolano dzisiaj jakoś trzyma się kupy i wiem, że bez problemu dobiegnę do mety. Niespecjalnie mnie interesuje, które zajmę miejsce, ani w jakim czasie. Dziś cała przyjemność w samym bieganiu. Martwię się tylko o Adama. Przyznał, że mało biegał długich treningów, a przecież umówiliśmy się, że zaczynamy i kończymy razem.

 

Po 42 kilometrze kolejny długi i stromy podbieg, a potem parę kilometrów po równym. Wciąż biegnie mi się zaskakująco lekko - nogi tylko trochę cięższe niż wtedy gdy miałem o maraton mniej na liczniku. Wyprzedzam zastępy tych, co maszerują. Krótki odcinek paskudnej szosy uświadamia mi, jak wielką niechęć po tych wszystkich leśnych delicjach czuję do asfaltu. Wreszcie jest Karłów. Widać z niego Szczeliniec. Przede mną jeszcze tylko jakiś milion schodków na szczyt i tam już meta. W miejscu gdzie zaczynają się schody, czekam po raz ostatni na brata. Długo go nie ma więc porządnie odpoczywam, a potem już tylko marznę. Dopinguję tych wszystkich, których wcześniej mijałem, a którzy teraz przebiegają obok i zbierają siły na ostatnie podejście. Co rusz ktoś po swojemu interpretuje fakt, że sobie tu podskakuję w miejscu zamiast lecieć pod górę. Słyszę: „Dawaj, stary! Przecież teraz nie możesz się poddać! Jesteś już tak blisko!” Zaprzyjaźniam się z sympatyczną panią, która kibicuje swojemu mężowi. Dał znać przez telefon, że wysiadły mu kolana i też go nie widać, więc martwimy się razem.

 

Wreszcie jest Adam! Już z daleka widzę, że leci na ostatnich nogach. Mówi, że ma dość, że zaraz tu padnie, że nie ma już siły i… natychmiast rusza ostro pod górę. Taki właśnie jest mój brat. Kiedyś biegliśmy razem parkrun na Hilly Fields – bodajże najbardziej górzysty z pięćdziesięciu parkrunów w Londynie. Na pięciu kilometrach nikt się nie oszczędza, więc na ostatnim, szóstym podbiegu Adam, nieprzywykły do biegania po górach, wyglądał i dyszał jakby był na skraju zapaści. Już otwierałem usta, żeby zaproponować: „Hej Glusiu, może zwolnimy”, kiedy usłyszałem: „No to pędzimy do mety!” i na niemożliwie stromym stoku braciszek wrzucił takie turbo, że zostawił wszystkich daleko w tyle. Mój bliźniak jest żywym dowodem na to, co znaczy żelazna psychika i wola walki wobec takiego drobiazgu, jakim jest sponiewierane ciało. Za to go podziwiam.

 

Teraz między nami, a metą wciąż 250 metrów przewyższenia. Z początku myślimy, że sobie po prostu równym tempem wmaszerujemy schodami na Szczeliniec, odrobinę korzystając z poręczy. Błąd. Na wąskich schodach koczują rodziny z dziećmi, wycieczki z zakładów pracy, emeryci, przedszkolaki, koła gospodyń wiejskich i kto tam jeszcze. Tłumy ludzi wiszą na poręczach, strzelają selfie i blokują drogę. Żeby dotrzeć do mety, trzeba się przedzierać, jak w dawnych czasach na dworcu PKP w pierwszy dzień wakacji albo w kinie na premierze „Gwiezdnych  Wojen”. Ciekawe, że jakoś nikt nie organizuje masowych biegów w sobotę po galeriach handlowych…  

 

Wreszcie ostatni skalny labirynt, schronisko na Szczelińcu i kolejna nadmuchiwana brama z napisem FINISH. I po co było tak się męczyć, skoro to samo było napisane na starcie? Pewnie wersji START w sklepie z dmuchanymi bramami zabrakło, albo dawali w promocji dwie w cenie jednej. Jednak dobrze, że meta jest porządnie oznaczona, bo parę metrów dalej już tylko przepaść. Ściskamy się z Adamem i tańczymy taniec radości, a potem jemy, pijemy i gratulujemy tym, co przybiegają po nas.

 

Przyznam, że zupełnie nie pamiętam, które zajęliśmy miejsce, ani jaki mieliśmy czas. Za to nie zapomnę, jak smakowało piwo po dziewięciu godzinach marszobiegu, oraz jak smakowało to uczucie, gdy kolejny raz wbiegłem z braciszkiem na metę. Mam nadzieję, że tych wspólnych finiszów będzie jeszcze więcej.

 

 

Kliknij obrazki, żeby powiększyć. Do przewijania możesz użyć strzałek na klawiaturze. Zdjęcia: Rafał Bielawa, Piotr Dymus, Małgosia Telega (Dziękujemy!) & patiperro.

 

 

Powrót do góry

 

23 Lutego 2018

Najbardziej niepotrzebny zawód świata

 

propineros

Wśród latynoskich zawodów, które nie mają odpowiednika w Europie, wiele jest naprawdę egzotycznych: Sztukmistrze na skrzyżowaniach, autobusowi sprzedawcy przekąsek, długopisów i leków na wszystko, uliczni dystrybutorzy kuponów na loterie, układacze bagażu w autobusie, przedsiębiorczy obywatele przesiadujący z wagą łazienkową na chodniku (za niewielką opłatą dowiesz się, ile dziś ważysz), czy kobiety handlujące minutami rozmów na komórkę (tak, zawsze kobiety!). No i dobrze - inaczej ci wszyscy ludzie mogliby kraść. To nic, że większość z tych profesjonalistów jest równie niezbędna, co owych dwóch dżentelmenów, którzy w chińskich supermarketach stoją i zapraszają do wejścia na ruchome schody, albo usłużny gość, który w angielskiej knajpie podaje ci mydło w ubikacji.

 

Wśród tych wszystkich kuriozalnych zawodów, wyróżnia się fach propinero. To po naszemu "napiwkowicz", a nazywając rzecz po imieniu - sklepowy pakowacz. Otóż w latynoskich supermarketach kasjerka nie jest najniższą rangą profesją. Przy każdej kasie stoi młody człowiek w firmowej koszulce, który wkłada przeskanowane zakupy do reklamówek. Praca równie ciekawa, co patrzenie jak farba schnie. A może nie, bo prawdziwą sztuką jest tak zapakować dwa produkty do trzech reklamówek, żeby wciąż miało to sens. Najlepszym się to udaje! I tak np. butelka likieru pisco umieszczana jest w podwójnej reklamówce (bo jedna mogłaby się rozerwać), a małżyki choritos na zagrychę lądują w oddzielnej trzeciej torbie (bo przecież puszka małży nie może się stykać z zimną butelką). Logiczne, prawda?

Nie ma to jak prawdziwy fotograf!

Naprawdę chodzi w tym wszystkim o to, żeby klienta maksymalnie dopieścić, a wtedy chętniej zostawi pakowaczowi te drobniaki, które pani wydała mu w kasie. Stąd nazwa propineros. To drobiazg, że w ten sposób liczba plastikowych toreb, które codziennie lądują w śmieciach się podwaja, a może i potraja. Latynosi tak przyzwyczaili się do obecności propineros, że kiedy przy jakiejś kasie któregoś zabraknie, obsługa klientów natychmiast staje i wszyscy czekają, aż pakowacz znowu się pojawi. Przecież sam nie dasz rady zapakować tych wszystkich zakupów do toreb, prawda?

 

Można by pomyśleć, że profesja uświęcona tak wielką tradycją jest nie do ruszenia. Aż tu nagle klops! W zeszłym roku wiele latynoamerykańskich krajów prawie jednocześnie podchwyciło ideę ograniczenia ilości plastikowych śmieci poprzez wymuszanie opłat za reklamówki w sklepach. Chilijski rząd kilka miesięcy debatował, po czym uchwalił odpowiednie prawo i z końcem zeszłego roku darmowe torby zniknęły z kas. Chilijczycy szybko się nauczyli, że idąc na zakupy trzeba zabrać własną torbę i nagle pakowacze zostali bez pracy. Zastępy młodych ludzi przy kasach stoją bezczynnie, smętnie przestępując z nogi na nogę. Czy pakowacze znikną? Najpewniej nie, o ile tylko znajdą się studenci chętni do tej pracy. Jednak jeden z najbardziej niepotrzebnych zawodów świata stał się jeszcze bardziej niepotrzebny.

 

W moim prywatnym rankingu najbardziej niepotrzebnych fachowców i w moim sercu propineros zajmują drugie miejsce. Wciąż przebijają ich panowie z aparatami na malowniczym Plaza de Armas w Arequipie oferujący turystom "profesonalną" fotkę, czyli peruwiańska wersja zakopiańskich fotografów w przebraniu misia z czasów młodości naszych dziadków. Ten fach to prawdziwy fenomen! Myślisz, że w czasach, gdy każdy ma komórkę z aparatem oraz selfie stick, tego typu profesja nie ma już sensu? Mylisz się – nie ma to jak profesjonalny fotograf! W czasie mojego ostatniego pobytu w Arequipie kilku wciąż krążyło po placu i nagabywało turystów.

 

Powrót do góry

 

3 Listopada 2017

Jak znaleźć się na zdjęciach z maratonu

 

Pomysł na ten tekst narodził się z frustracji po ostatnim Maratonie Poznańskim. Frustracja nie związana była z bieganiem, choć startowałem zmarnowany po chorobie i mój wynik uplasował mnie gdzieś w okolicach średniej dla 70-latków. Za to kilka dni później udało mi się pobić pewien rekord: spędziłem trzy godziny na facebooku w poszukiwaniu pamiątkowej fotki z biegu. W ten sposób podwoiłem czas, jaki poświęciłem tej lamerskiej stronie przez całe dotychczasowe życie. A efekt? Efektem była wspomniana frustracja, bowiem odnalazłem się tylko na jednym zdjęciu, na którym widać jak przebiegam nielegalnie przez trawnik, skracając dystans o kilka metrów. Ups! Niezupełnie o taką pamiątkę mi chodziło. Zadzwoniłem do brata po ratunek. Mój brat potrafi wyłuskać mnie z największego tłumu, ale i on poddał się po kilku godzinach. Bo łatwo jest, moi drodzy, przebiec maraton. Prawdziwym wyzwaniem jest znalezienie się później na zdjęciach.

 

Zdanie się na łut szczęścia jest najsłabszym pomysłem. No bo cóż z tego, że mijasz na trasie setkę reporterów i drugą setkę zwyczajnych ludzi, których fetyszem jest fotografowanie spoconych ciał i wrzucanie fotek na facebooka. Jesteś tylko zwykłym szaraczkiem w wielotysięcznym tłumie, który depcze ci po piętach, tratuje, szturcha łokciami i zasłania. Szansa, ze ktoś uwieczni twój bohaterski wyczyn na (udanym!) zdjęciu jest zbliżona do szansy wygrania w totolotka. Luźniej robi się dopiero przed metą, ale wtedy wyglądasz już jak zombie, więc tych fotek i tak nie pokażesz znajomym. Na szczęście istnieje kilka sprawdzonych sposobów, żeby znaleźć się w centrum uwagi. Wymaga to jednak strategii, treningu, samodyscypliny i wcześniejszych przygotowań.

 

Pierwszy sposób, najłatwiejszy: Wygrywamy. Jeszcze lepiej, jeśli przy okazji pobijemy rekord świata. Najlepiej, jeśli bijąc rekord świata, jednocześnie złamiemy barierę dwóch godzin. Wtedy jest spora szansa, że znajdziemy nasze zdjęcia w paru miejscach, może nawet nie będziemy musieli wchodzić na facebooka. Fajnie, ale co jeśli nie chcesz iść na łatwiznę, nie życzysz sobie rozgłosu, albo po prostu wykorzystałeś już ten sposób jesienią w Maratonie Beskidzkim?

 

Wtedy zalecam sposób drugi, polegający na odwróceniu strategii: Przybiegasz na ostatniej pozycji z grymasem bólu, zacięciem na twarzy i obłędem w oczach, po czym padasz za linią mety. Fotoreporterzy i publiczność kochają takich walecznych maruderów. Metoda ta jest trudna i wymaga dużej samodyscypliny – przez cały dystans musisz uważać, żeby nie przyspieszać i konsekwentnie trzymać się na końcu. Szczególnie trudne jest niewyprzedzanie tych, co wpadli na podobny pomysł, albo przeczytali ten poradnik i też próbują zająć ostatnie miejsce. Dodatkowo, istnieje ryzyko, że gdy miniesz linię mety, nikt nie zrobi ci wyczekiwanej fotki, bo wszyscy już dawno poszli na piwo.

 

Trzeci sposób, geograficzny: Zamiast po raz kolejny zapisywać się na maraton w Nowym Jorku czy w Tokio, startujesz w zawodach o puchar sołtysa Żabiczek. Tą metodę cechuje najwyższa skuteczność, do tego korzyść jest podwójna: nie tylko stuprocentowo załapiesz się na rozkładówkę w Głosie Żabiczkowskim i znajdziesz na wszystkich zdjęciach z zawodów dostępnych na fejsie, ale też, jeśli uda ci się wyprzedzić pięciu czy sześciu konkurentów, masz zagwarantowane miejsce na podium, dyplom oraz uwielbienie Żabiczanek.

 

Sposób czwarty, sytuacyjny: W czasie maratonu trzymasz się możliwie blisko seksownej blondynki w obcisłym stroju z dekoltem. Ta strategia gwarantuje obecność na bardzo wielu zdjęciach, szczególnie u reporterów fotografujących z wiaduktów i mostów. Bonusem jest oczywiście wielogodzinne obcowanie na trasie ze zgrabną laską, którą możesz spróbować zagadać. Kto wie czy koniec biegu nie stanie się jednocześnie początkiem czegoś bardziej ekscytującego.

 

stormtrooper

Sposób piąty, do wykorzystania, gdy w polu widzenia nie ma seksownych dziewczyn, albo wszystkie są już ściśle obstawione wianuszkiem biegaczy: Biegniesz cały czas obok gościa przebranego za rzodkiewkę, hot-doga albo szturmowca z Gwiezdnych Wojen. Efekt podobny jak w poprzednim punkcie, tylko widoki gorsze. No i warzywa, fast foody oraz filmowi bohaterowie zwykle nie biegają bardzo szybko, więc masz niewielkie szanse na życiówkę.

 

Sposób szósty, wymagający najwięcej przygotowań, ale pozwalający pokonać dystans własnym tempem: Samemu przebierasz się za postać z Gwiezdnych Wojen, warzywo, albo za seksowną blondynkę z punktu czwartego. Jeżeli jesteś seksowną blondynką na co dzień, masz nieco łatwiej. Jak chcesz, wciąż możesz ubrać się w kostium szturmowca. Lub po prostu możesz wyciągnąć obcisły strój z szafy. Niestety, na największych maratonach powyższa strategia nie wystarczy. Takich, którzy wpadli na podobny pomysł albo przeczytali mój poradnik będzie zbyt wielu. Jak u licha rozpoznać, która rzodkiewka, czy szturmowiec z setek podobnych to ty? Nawet seksownych biegaczek może uzbierać się więcej niż dostępnych gigabajtów w aparatach na trasie. Nie czarujmy się - na największych imprezach nawet przebiegniecie 42 km na golasa albo w stroju nurka głębinowego nie daje gwarancji, że ktoś cię zauważy i sfotografuje. Pewność daje dopiero połączenie kilku opisanych tu metod. Np. Startujemy w maratonie o puchar sołtysa Żabiczek i biegnąc w stroju nurka głębinowego obok nagiej seksownej blondynki bijemy rekord świata. Wtedy zdjęcie na pierwszej stronie w Głosie Żabiczkowskim masz jak w banku!

 

 

Wcześniejsze wpisyPowrót do góry