el chamo cool

Nie rozpraszać uwagi kierowcy!

Nie cierpię sportów ekstremalnych. Znaczy się tych, które są odmianą rosyjskiej ruletki. Gazety pełne są doniesień o skoczkach, którym pękła lina bungee lub nie otworzył się spadochron. Wolę wyprawy w góry. Też nie jest to zajęcie bezpieczne, ale przynajmniej coś niecoś zależy od ciebie i w razie kłopotów ze sprzętem zwykle możesz zrobić coś więcej, niż tylko westchnąć: „oops!’ Jednak, żeby w góry dotrzeć, czasem nie ma rady - trzeba wziąć udział w najbardziej ekstremalnych konkurencjach. Takich jak podróż chilijskim autobusem podmiejskim.

 

driverBędąc w Santiago wybrałem się na tydzień do Cajon del Maipo. To przyjemny andyjski rejon z wysokimi szczytami, nawet jednym sześciotysięcznikiem, niedaleko od chilijskiej stolicy. Ledwie dwie godziny jazdy autobusem. Właśnie – autobusem! Kiepski pomysł. Przeprawa rozklekotanym pojazdem przez niekończące się przedmieścia Santiago dostarczyła więcej adrenaliny niż gdybym zorganizował sobie desant w góry na spadochronie. Wszystko za sprawą niesłychanych poczynań kierowcy.

 

Ze zgrozą i rodzajem masochistycznej fascynacji patrzyłem, z jaką swobodą i zręcznością prowadził prychający, zgrzytający, trzęsący się i podskakujący pojazd zatłoczoną wielopasmową aleją. Hamulca używał sporadycznie, z nieukrywanym wstrętem - w zasadzie tylko wtedy, kiedy ktoś pragnął wsiąść albo wysiąść. Nawet i wtedy nie zawsze. Za to trąbił bez przerwy. W Chile, jak i w całej Ameryce Łacińskiej, klakson jest urządzeniem stokroć fajniejszym i ważniejszym niż hamulec.

 

Na przedmieściach Santiago prywatne autobusy przystają wszędzie tam, gdzie komu pasuje, choćby i na środku skrzyżowania. Wystarczy z daleka machnąć ręką, albo jeśli chcesz wysiąść, krzyknąć: „Baja!” i pojazd w trzy sekundy zwalnia ze 100 km/h do zera. Albo przynajmniej do takiej szybkości, przy której da się wyskoczyć i wskoczyć. paper boyZdaniem szofera oczywiście. Każdy kierowca autobusu, oprócz kontrolowania sytuacji przed sobą i we wstecznym lusterku, musi bez przerwy zerkać w bok, wypatrując na chodniku potencjalnych pasażerów. Nierzadko też, będąc jednocześnie konduktorem, sprzedaje w czasie jazdy bilety i dogląda wnętrza pojazdu. Przy tym wszystkim musi zachować zimną krew i refleks, jakich wymaga ciągłe zatrzymywanie się, ruszanie i wyprzedzanie w gęstym ruchu oraz unikanie zderzenia z setką innych autobusów i aut robiących dokładnie to samo.

 

Do tego dochodzi element współzawodnictwa. Jeśli w jakimś miejscu zazwyczaj czekają pasażerowie, można spodziewać się walki na śmierć i życie między szoferami na tej samej trasie. W walce tej nie obowiązują ani ograniczenia prędkości, ani żadne inne zasady. Liczy się tylko kto kogo, jakim chytrym manewrem i ile razy wyprzedzi. Kto pierwszy dojedzie do przystanku, zgarnia całą pulę. Albo kto w ogóle dojedzie.

 

Chicken Bus

Mój kierowca był prawdziwym mistrzem w swoim fachu. Lawirował z gracją w tłumie pojazdów i między dziurami w jezdni. Żeby zabrać lub wysadzić pasażerów, przyspieszał i zwalniał niczym kierowca F1 na pit-stopie. Jednocześnie przeliczał pieniądze, wydawał resztę, walczył z zacinającą się skrzynią biegów, trąbił, klął na innych kierowców, nieustannie sprawdzał coś w swoim telefonie komórkowym i prowadził ożywioną dyskusję z dwoma kolegami obok. Do tego miał jeszcze dość podzielnej uwagi, by rzucić okiem na zgrabny tyłeczek pasażerki szykującej się do wyjścia.

 

Sporty ekstremalne są podobno uzależniające. A w każdym razie jeśli co rusz ocierasz się o śmierć, ponoć nabierasz wprawy i nonszalancji. Nie w moim przypadku. Po tylu identycznych rajdach, ja wciąż trzymałem się kurczowo fotela i marzyłem, żeby już być wysoko w górach. Tam gdzie spokojnie i bezpiecznie.