Puntiagudo i Osorno

Mniej romantyczna Casablanca

czyli przeprawa przez puszczę

 

Lago Paraiso

Lago Paraiso - w pogodny dzień można uwierzyć, że to raj.

Ta historia mogłaby zaczynać się tak: Już prawie północ, a ja chodzę na czworakach z wielkim plecakiem po ciemnym, gęstym lesie. Tylko w ten sposób jestem w stanie prześlizgnąć się pod baldachimem z bambusów, pnącz, kolczastych krzaków i powalonych, pokrytych porostami pni. Puszcza waldiwijska jest jak najgęstsza dżungla. Światło czołówki przebija się przez zarośla nie dalej niż na dwa metry. Jestem podrapany i sfrustrowany; plecak i koszulka są podarte. Za kołnierzem, we włosach, w zakamarkach plecaka mam furę liści i wulkanicznego popiołu strąconego z drzew. Zgięty w pół, pełznąc przy samej ziemi, rozpaczliwie próbuję odnaleźć ślad ścieżki, albo przynajmniej jakąś niszę w chaszczach, ciut wolnej przestrzeni, żeby stanąć na nogi. Zupełnie pogubiłem się w gęstwinie i w mroku. Nigdzie nie ma miejsca, żeby rozbić namiot. Nie mam wody i nie bardzo wiem, co robić. Doświadczenie z gór tutaj nie warte jest złamanego chilijskiego peso.

 

Jednak ta historia zaczyna się zwyczajnie: Budzę się w optymistycznym nastroju. Po nocnym deszczu nie ma śladu i słońce zagląda do namiotu. Wypełzam na zewnątrz, robię kawę i trochę wyleguję się na brzegu jeziora. Błękitne Lago Paraiso całe mieni się w słońcu. Wygląda zupełnie inaczej niż wczoraj wieczorem, kiedy tu dotarłem

Valdivian forest

Wojskowa ścieżka ledwie opiera się inwazji puszczy.

Na tym etapie bardziej od czekana przydaje się maczeta.

– ponure, spowite mgłami, siekane drobnym deszczem. Dziś można już uwierzyć, że to raj. Przypomina jedno z tych tatrzańskich jeziorek zanurzonych w lesie, tyle że w zestawieniu z nimi jest gigantyczne. Las to też nie lada monstrum – zasilany ciągłymi deszczami ściele się tak gęsty, że bez ścieżki nie wciśniesz się weń głebiej, niż na kilka metrów. Chilijczycy nazywają swoją knieję Puszczą Waldiwijską, od regionalnej metropolii - Valdivia i nazwiska jej założyciela, Pedro de Valdivia. Wyciągam głowę, próbując wypatrzyć ponad koronami drzew znajomy, biały czubek wulkanu Casablanca, jednak przez gąszcz zieleni prześwituje tylko malutki skrawek bieli.

 

Dopiero co przeszedłem wulkan trawersem, wchodząc po drodze na wierzchołek. Trasę wybrałem nietypową, bo zamiast wspinać się od zachodu, gdzie jest wyciąg narciarski, hotel i trywialna droga na szczyt, wybrałem wejście od przeciwnej strony. Ze wschodu najpierw cały dzień idzie się pod górę starą wojskową ścieżką, która ledwie opiera się inwazji puszczy. Na tym etapie bardziej od czekana przydaje się maczeta. Drugiego dnia szlak wychodzi z lasu na odkryte zbocza, ale do szczytu wciąż jest niemiłosiernie daleko. Trasa wiedzie na przemian rozległymi stokami i granią, pośród popiołów, kruchych skał i śniegów. To całodniowy maraton przyprawiony adrenaliną, bo do przejścia jest kilka mniejszych wierzchołków, a wspinaczkę utrudniają strome śnieżne

Casablanca

Trasa wiedzie rozległymi stokami i granią,

pośród popiołów, kruchych skał i śniegów.

ścianki z nawisami i sypiąca się skalna grań. Orientacja w skomplikowanym terenie też nie jest prosta – nie wystarczy po prostu iść pod górę, bo po drodze jest wiele odgałęzień grani i fałszywych wierzchołków. Ostatecznie, po wdrapaniu się na skraj krateru Casablanca, kiedy myślisz, że jesteś już na szczycie, czeka cię jeszcze jedna niemiła niespodzianka. Okazuje się, że musisz zejść na samo dno kaldery i wdrapać się po drugiej stronie, bo najwyższy punkt wulkanu, czyli jego prawdziwy wierzchołek znajduje się akurat po przeciwnej stronie. Wąski, kruchy i poprzecinany skalnymi progami brzeg krateru uniemożliwia przejście dookoła.

 

Teraz, po jednodniowym odpoczynku nad jeziorem Paraiso, zbieram się do ostatniego etapu. Po łatwym podejściu do ośrodka narciarskiego, czeka mnie trudny trawers zboczem wulkanu, a potem zejście przez puszczę nad jezioro Rupanco. Ta ostatnia część jest największą niewiadomą i właśnie z tego powodu, choć jestem w trzech czwartych drogi do celu, ogarnia mnie niepokój. Problemem nie jest góra, tylko las. Tak przynajmniej wynika ze zdjęć satelitarnych i strzępów informacji, które jak detektyw zbierałem ziarnko do ziarnka. Szlak jest zupełnie zapomniany i prawdopodobnie całkiem zarośnięty, a dodatkowo do przejścia jest szeroka rzeka. Do tego wszystkiego jeszcze goni mnie czas. Jutro z Puerto Gaviotas odpływa kuter, który kursuje tylko dwa razy w tygodniu i jest jedynym sposobem ewakuacji z miejsca, gdzie kończy się marszruta. Już za trzy dni mam powrotny lot do Europy, więc sprawa jest prosta: albo zdążę do Puerto Gaviotas na statek, albo mogę kupować nowy bilet na samolot.

 

Casablanca

Autoportret na szczycie Casablanca.

Zwijam obóz nad jeziorem, a potem powoli człapię z plecakiem przez las w stronę wulkanu. Przysiadam to tu, to tam, żeby odpocząć, albo zrobić zdjęcie. Poźniej będę żałować tej opieszałości. Dojście do szutrowej drogi wiodącej do ośrodka narciarskiego zajmuje mi ponad dwie godziny. „Po co maszerować kilkanaście kilometrów pod górę?” – kombinuję – „Poczekam, aż ktoś będzie jechał do hotelu i mnie zabierze.” Daję sobie pół godziny na złapanie stopa, jednak sprawa nie jest taka prosta. Pół godziny czekania i cisza. Kilka samochodów przejechało w przeciwnym kierunku, ale w górę nie jechał nawet jeden. W końcu mam dość czekania. Biorę sprawy w swoje ręce, czyli w nogi i ruszam pieszo pod górę. Dobra decyzja, bo przez następne dwie godziny marszu na drodze wciąż pustki. Za to jak już prawie dochodzę do celu, zgodnie z prawem Murphy’ego, nadjeżdża dwóch sympatycznych facetów w czerwonej furgonetce. Zatrzymują się w tumanie kurzu, choć nawet im nie machnąłem! Mówią, że jak sobie życzę, mogą mnie zabrać, tyle że hotel i koniec drogi są już sto metrów dalej, tuż za najbliższym zakrętem. A niech to szlag!

 

W hotelu próbuję zasięgnąć języka w sprawie dalszej wędrówki. Niesamowicie uprzejmy osobnik w recepcji wychodzi ze skóry, żeby udzielić mi informacji o szlaku do Rupanco, ale od razu widać, że sam nie ma wielkiego pojecia. „Nikt tam nie chodzi” – mówi, kiedy klaruję mu swoje plany, podpierając się wiszącą na ścianie mapą. Chilijczyk dzwoni nawet do znajomego z CONAF, ale i tamten nic nowego nie wnosi, poza tym, że trasa jest niebezpieczna, bo w górach napadało śniegu. Twierdzi, że ostatni ludzie, którzy próbowali przejść w zeszłym roku, zawrócili, bo nie mogli znaleźć drogi, a poprzednich, jeszcze rok wcześniej, rangersi musieli ratować. „Lepszy śnieg niż wredne muchy” – konstatuję, bo akurat w temacie natrętnych, krwiopijnych much tábanos mam jak najgorsze doświadczenia z puszczy. Jednak perspektywa zgubienia się w waldiwijskim lesie naprawdę napawa mnie strachem.

 

Wyruszam w dość ponurym nastroju, z przeczuciem, że coś złego musi się wydarzyć. Cóż, w najgorszym wypadku zawrócę. ”A może w najlepszym” – tak jakoś przechodzi mi przez myśl. Już prawie piętnasta - tyle mi zeszło, żeby tu doczłapać, plus gadka z gościem w recepcji. Strasznie grzebałem się rano, a teraz czas mnie goni! Na odchodne pytam jeszcze Chilijczyka, czy nie sprzeda mi paru kromek chleba – wciąż mam w plecaku ser, tylko nie mam go z czym zjeść. Kupiłem go tydzień temu od wiejskiej dziewczyny w Las Gaviotas - tak, w tym samym Las Gaviotas nad jeziorem Rupanco, do którego teraz zmierzam od północy przez pola lawy i las. Gość odpowiada, że nie handluje chlebem, ale sugeruje, żebym poczekał i znika gdzieś na chwilę. Po minucie wraca z reklamówką pełną jedzenia: daje mi kanapki z kurczakiem, bułki, dwa jabłka i kilka racuszków. Naprawdę miły człowiek - o zapłacie za te wszystkie rarytasy nie chce nawet słyszeć.

 

las waldiwijski

Stary krater Raihuen jest gigantyczny,

wypełniony lawą i gdzieniegdzie śniegiem.

Jabłka i racuchy pożeram zaraz za progiem hotelu, resztę zjadam godzinę później, na brzegu krateru Raihuen. Żeby do niego dojść, trzeba wspiąć się do przedłużenia drogi, która wije się zygzakiem w stromym, szarym stoku, obsługując tutejszy wyciąg narciarski. Wspinam się migiem w niecałe pół godziny. Po drodze wpadam na ekipę robotników montującą coś na słupie wyciągu narciarskiego. Patrzą na mnie z góry, jak na kosmitę, kiedy przemykam pod słupem, pędząc wprost pod górę w tumanie wulkanicznego popiołu.

 

Stary krater Raihuen jest gigantyczny, wypełniony zakrzepłą lawą i gdzieniegdzie śniegiem. Można w nim zabiwakować – stanowi idealną osłonę przed wiatrem. Korci mnie przez chwilę ten pomysł – nocleg na dnie krateru wulkanu, to by dopiero było coś! W tle wulkan Casablanca – wygląda i znajomo i obco. Dziwne, że dopiero co byłem na szczycie od tamtej strony. Wejście stąd na wierzchołek wygląda na szybkie i łatwe.

 

Od krateru podchodzę kawałek drogą w poprzek stoku, aż do punktu widokowego. Nie jest nim jakieś jedno wyznaczone miejsce, tylko seria wzgórz, z których widać imponujący wianuszek wulkanów na horyzoncie: Osorno, Tronador, Puntiagudo, Cenizo... Widziałem już je wszystkie z wierzchołka Casablanca, więc odpuszczam sobie wspinaczkę na ostatnie wzgórze - od razu zbiegam zboczem po przeciwnej stronie grani, sadząc susy w dół przez śnieg, lawę i popiół. Właśnie w tym momencie podejmuję decyzję, że spróbuję dojść przynajmniej do lasu zatopionego w lawie po przeciwnej stronie wulkanu, a potem zobaczymy. Po drodze będę musiał przetrawersować postrzępione zbocza wpół drogi wokół góry, prawdopodobnie nadaremnie. Rzut oka na trudności i dystans do pokonania każe przypuszczać, że ewentualny powrót będzie forsowny i gorzki. Raz jeszcze odganiam czarne myśli.

 

Casablanca

Imponujący wianuszek wulkanów na horyzoncie: Osorno,

Tronador, Puntiagudo, Cenizo... A w dole jezioro Rupanco.

Marsz rzeczywiście z początku idzie jak po grudzie. Najpierw przez pół godziny kręcę się w kółko po zwałach lawy, szukając alternatywnej drogi w dół. Według niektórych opisów, gdzieś tu jest drugi szlak nad jezioro Rupanco. Tylko tracę cenny czas, bo nie ma nawet śladu ścieżki. Istniała tylko w wyobraźni twórców strony na Wikiexplora. Następnie maszeruję na przełaj przez połacie śniegu, lawy, popiołu i trawy, trawersując poorane wąwozami zbocza. Brnę trochę w górę, trochę w dół, nie za szybko, bo teren jest uciążliwy i kilka razy muszę przełazić przez wypełnione topniejącym śniegiem wąwozy. Mimowolnie zsuwam się coraz niżej, w stronę lasu, ale rozsądnie staram się do niego nie wchodzić. Najgorsze jary i spiętrzenia lawy to drobnostka wobec pułapek jakie gwarantuje puszcza waldiwijska. W końcu dalszy marsz wokół wulkanu zagradza wysoka boczna grań. Podchodzę pod nią i pokonuję trawersem stromy grzbiet. Z drugiej strony jest już tylko jedna droga ucieczki – wprost w dół ogromną, prawie pionową łachą popiołu wrzynającą się głęboko w las.

 

bosque supultado

Las zatopiony w lawie - cokolwiek się tu

zdarzyło, musiało wydarzyć się nagle.

Zsuwam się na sam dół w tumanach kurzu, na końcu przedzieram przez krzaki i... o mały włos nie wpadam do strumienia, którego nie było widać z góry. Jakoś wydostaję się z jaru i maszeruję pod górę przez rzadki las, a następnie wychodzę na brzeg wąwozu wytoczonego przez wodę w pokładach popiołu i lawy. Wąwóz tworzą piaszczyste tarasy na kilku poziomach, łagodnie kierujące mnie w stronę jeziora Rupanco. Na najniższym poziomie płynie rzeka. Idę w dół pośród pięknych krajobrazów, stopniowo zagłębiając się w zasypany, czy też zalany lawą las. Kikuty drzew świadczą o jednym - cokolwiek się tu zdarzyło w niedalekiej przeszłości, musiało wydarzyć się gwałtownie. Prawdopodobnie wybuch wulkanu spowodował gigantyczne osunięcie stoku. Bardzo fotogeniczny i egzotyczny krajobraz, jednak martwy las stopniowo przeistacza się w żywy i wtedy nabrzmiewa mój główny problem: Potrzebna mi ścieżka! Tylko od niej zależy, czy dotrę do jeziora Rupanco. Wciąż dzieli mnie od niego jakieś dwadzieścia kilometrów, a przez puszczę waldiwijską, tak jak przez dżunglę amazońską, nawet z maczetą nie da się tak po prostu przejść na przełaj.

 

Czy znajdę przejście? Czy znowu ścieżka okaże się mitem i będę musiał wracać pod górę przez pola lawy, ową niemożliwie stromą łachę popiołu, a potem mozolnie wokół wulkanu i na końcu 18 km pylistą drogą do Aguas Calientes? Nie wyobrażam sobie. Jednak chyba będę musiał, bo łażę po krzakach i łażę, próbując przebić się przez bambusowe zarośla, a śladu ścieżki nie widać. Chodzę i szukam bezproduktywnie, aż w końcu z ciężkim sercem decyduję się zawrócić. Trudno, przegrałem. Już dwudziesta, zaraz zacznie się ściemniać, a do najbliższego źródła wody spory kawał pod górę. Jeszcze ostatni rzut oka na gąszcz, ostatnia próba i... nagle dostrzegam starą, wypłowiałą kokardę na drzewie. Nie wierzę własnym oczom. Wchodzę głębiej w chaszcze. Jest ścieżka! Chociaż niemiłosiernie zarośnięta, wprawia mnie w euforię. Natychmiast wbijam się nią w las. Ściana lian i bambusów drapie, zatrzymuje i muszę się przedzierać. Ale to nic - prawie frunę. Teraz już się nie poddam!

 

las waldiwijski

Z wolna zapada zmrok, a ja wchodzę coraz głębiej

w gęstą, dziką puszczę.

Tym sposobem ładuję się w paskudną pułapkę, bo z wolna zapada zmrok, a ja wchodzę coraz głębiej w gęstą, dziką puszczę. Tak jak należało się spodziewać, ścieżka jest ledwie widoczna i co rusz tarasują ją jakieś przeszkody - a to splątane, zwarte zarośla, a to powalone wielkie drzewa, całe obrośnięte mchem. Niektóre są tak zmurszałe, że kiedy na nie włażę, żeby przejść górą, pękają z hukiem, a ja ląduję na ziemi cały pokryty kawałkami gałęzi, porostami, mchem i kurzem. Najgorsze są liany i bambusy. Te pierwsze – cienkie, ale piekielnie mocne, potrafią złapać człowieka jak muchę w sieć. Choćbym nie wiem jak napierał, nie puszczą. Jedyne wyjście, to powoli się wycofać, wyplątać nogi, ręce, plecak i starać się przejść bokiem. Zarośla bambusowe to kolejna pułapka. Miliony wielometrowych badyli plenią się bez umiaru, wypełniając każdy wolny skrawek lasu. Zagarniają całą przestrzeń, zwłaszcza tam, gdzie kiedyś była ścieżka. Zielone łodygi tak jak liany - sprężynują i nie chcą puścić. Uschnięte pędy bambusa są nawet gorsze – pękają, gdy na nie napieram i natychmiast nadziewam się na las włóczni, które ranią. Jedne i drugie tworzą zwarte palisady. Przedzieranie się przez zarośla kosztuje mnie mnóstwo czasu, sił i zdrowia. Po przedostaniu się przez jedną przeszkodę, natrafiam na następną, a potem kolejną; zwykle w końcu utykam i sam już nie wiem, czy dalej przeć taranem naprzód, czy próbować się wycofać i szukać innej drogi.

 

Już po godzinie cały jestem spocony, mam poranione ręce i nogi, podartą koszulkę i plecak, pełno liści bambusa i patyków we włosach, a nawet pod ubraniem. Karimata przypięta z boku plecaka jest w strzępach. Jednak uparcie posuwam się do przodu. Wątła przecinka ledwie odciśnięta w mchu wiedzie mnie delikatnie w dół przez te wszystkie pułapki, zarośla i wąwozy. Brnę przez kipiącą wokół zieleń, powtarzając pod nosem, jak mantrę, tylko jedno zdanie: „Nie znikaj mi, ścieżyno. Tylko mi teraz nie znikaj...”.

 

No i zniknęła. Akurat wtedy, gdy mrok całkiem już zgęstniał, nagle wchodzę w nadzwyczaj ciemny zakątek lasu. Brak w nim poszycia, brak mchu w którym jako tako było widać odciśnięty szlak, a do tego jakieś zwierzęta zryły całą ziemię między drzewami, więc ścieżka wydaje się być wszędzie. Od razu się gubię. Próbuję maszerować w jedną, potem w drugą stronę – na nic. Wracam do miejsca w którym już byłem, ale nawet wtedy nie znajduję śladu szlaku. Za długo szedłem na przełaj przez las, myśląc, że wciąż idę ścieżką, żeby ją teraz odnaleźć. Powinienem schodzić w stronę jeziora, tylko w którą to stronę? Rzeźba terenu nie daje najmniejszej wskazówki – las jak las - teren jest płaski, upstrzony parowami i pagórkami, a zarośla tak gęste, że zupełnie tracę poczucie kierunku. Gdzieś tam słyszę strumień, ale nie udaje mi się nawet do niego zbliżyć – zatrzymuje mnie zwarta ściana zieleni.

 

las waldiwijski

Zatrzymuje mnie zwarta ściana zieleni.

Wygrzebuję z plecaka latarkę. Przyświecając sobie, znowu kręcę się w kółko, na czworakach szukając jakiegoś rozwiązania. Jednocześnie staram się nie zatracić resztki orientacji. Jakimś cudem po kolejnych bezowocnych rekonesansach wciąż udaje mi się wrócić w te same miejsca, choć parę razy już prawie tracę nadzieję. Strumień światła czołówki penetruje zarośla tylko na kilka metrów, no i paskudnie łazi się na czworakach z prawie dziewięćdziesięciolitrowym plecakiem.

 

W końcu znajduję jakąś nikłą przecinkę w lesie, ale i tak nic mi się nie zgadza. Intuicja mówi, że ścieżka - o ile to w ogóle jest ścieżka - idzie w poprzek zbocza góry, a nie w dół. Kierunek bez sensu, a do tego dróżka jest tak zarośnięta, że od razu widać, że całymi latami nikt tędy nie chodził. Próbuję trochę w jedną, trochę w drugą stronę, znowu na czworakach – daję radę tylko przez chwilę, a potem grzęznę. W obu kierunkach ścieżka znika po kilkuset metrach. Zupełnie tracę poczucie kierunku. Ogarnia mnie rozpacz.

 

Już prawie północ. Bezksiężycowa noc. Będę musiał zabiwakować. Jakoś wynajdę kawałek wolnego miejsca pod namiot, tylko skąd wziąć wodę? Pragnienie męczy okrutnie, a w butelce zostało ostatnich kilka łyków. Udaje mi się wrócić do miejsca, gdzie słyszałem szum strumienia. Dźwięk dochodzi gdzieś z dołu, z głębokiego wąwozu o stromych ścianach, gęsto zarośniętego wszelkiej maści krzakami i bambusami. Przez chwilę biję się z myślami, czy nie zaryzykować i nie przebić się w dół, zostawiając tu plecak. Nie, jeśli to zrobię, to już nigdy go nie odnajdę. Muszę przedzierać się z plecakiem. Słyszę wodę, ale czeka mnie jeszcze niemal godzina desperackiego szturmu, zanim zdołam do niej dotrzeć - cały jestem w pyle, porostach i liściach. A na końcu o mało nie wpadam do rzeki. Zsuwając się w dół po prawie pionowym stoku pośród bambusów, raptem widzę pod nogami czarną pustkę i głupieję. Dostrzegam wodę w ostatniej chwili. To nie strumień, tylko wielka rzeka! Płynie powoli w pionowym kanionie. Jakieś trzy metry pode mną widzę krystalicznie czystą wodę i czarne, wulkaniczne dno. Tuż przy ścianie rzeka ma od razu kilka metrów głębokości! Zamieram. Wielki plecak ściąga mnie w dół, a ja trzymam się tylko jakichś patyków! Centymetr po centymetrze znajduję jakieś oparcie i podchodzę kilka metrów pod górę. Ściągam i zabezpieczam plecak. Wyciągam worek na wodę, butelkę i kubek.

 

Ponowny rekonesans z latarką nie pozostawia złudzeń - nie mam szans zbliżyć się do wody na mniej niż dwa, trzy metry - wszędzie pionowe ściany! Klinuję się więc stopami o gałąź i opuszczam głową w dół, aż udaje mi się dosięgnąć powierzchni rzeki. Wyciągając jak najdalej rękę za głowę, ledwie muskam ją kubkiem! Gdybym był o kilka centymetrów niższy, nie dałbym rady. Najpierw, wisząc do góry nogami, muszę chwilę odczekać, aż ziemia i liście, które strąciłem odpłyną i woda znów stanie się przejrzysta. Kosztuje mnie to trochę nerwów, bo gałąź na której zahaczyłem stopy trzeszczy i nie wydaje się solidna, ale nie ma lepszego oparcia, więc muszę jej zaufać. Potem, wyciągnięty jak struna, sięgam jak najdalej kubkiem w dół i nabieram trochę wody. Następnie podciągam się, usiłując nie spaść oraz wszystkiego nie wylać i ostrożnie przelewam cenny płyn do butelki. Po czym znowu zawisam do góry nogami. Powtarzam całą procedurę kilkanaście razy zanim udaje mi się napełnić butelkę i półtoralitrowy worek.

 

obóz w puszczy

Przymusowy biwak na polanie - godzina 5.30 rano.

Zupełnie wypompowany wydostaję się z kanionu. Znajduję w gęstwinie maleńką polanę. Rozstawiam środek namiotu - musi wystarczyć. Łatwiej będzie zauważyć świt. Może nawet uda się namierzyć wschód słońca i połapać w kierunkach świata. Zresztą na rozbicie reszty namiotu i tak nie mam już siły. Gotuję ryż i herbatę. Kwadrans po drugiej wchodzę do śpiwora.

 

Budzę się po trzech godzinach, pierwszym świtem, niespokojny co dalej. Nadzieja, że wschodzące słońce pozwoli mi zorientować się w stronach świata, pryska w jednej chwili. Wczoraj był słoneczny, bezchmurny dzień. Dziś, ironicznie, nad lasem wisi gęsta mgła. Niemrawe światło poranka zdaje się przenikać zewsząd pomiędzy koronami drzew, bez konkretnego źródła. Muszę iść na południe, tylko gdzie u licha jest południe? Kompas został w Santiago – jaki głupi błąd! Tam do diabła, przecież Chilijczycy, tak samo jak Polacy, mówią: „Lo que no te mata, te fortalece”. Zawsze jest jakieś wyjście - mruczę do siebie – a jak nie ma, to trzeba wykuć je w ścianie.

 

Zwijając obóz próbuję opracować w głowie jakiś plan. Postanawiam wrócić mniej więcej do miejsca gdzie się zgubiłem (o ile tylko się uda) i systematycznie przeczesać las we wszystkich możliwych kierunkach, znacząc miejsca kawałkami karimaty. Ta i tak już do niczego innego się nie nadaje. W ten sposób zyskam jakąś orientację i przestanę kręcić się w kółko. Wracam i... w ciągu dziesięciu minut odnajduję szlak! Karimata nie była potrzebna – wystarczyło światło dnia, odrobina intuicji i łut szczęścia. Ścieżka w tamtym ciemnym, zrytym fragmencie lasu pechowo skręcała pod kątem prostym. Odnalazłem ją idąc konsekwentnie w jedynym kierunku, jakiego nie sprawdziłem w nocy. Mój zmysł magnetyczny podpowiada mi, że tym razem idę w dobrą stronę! Znowu frunę przez knieję...

puszcza waldiwijska

 

Jeszcze kilka razy tracę szlak, ale już ani razu nie tracę wiary, że dam radę. W jednym, wyjątkowo paskudnym miejscu, na szukaniu ścieżki schodzi mi godzina, ale teraz mam już mały zapas czasu, więc nie wpadam w panikę. Efemeryczna dróżka znowu niespodziewanie skręca, a wygląda jakby szła prosto, więc niepotrzebnie brnę przez zarośnięty i wypełniony powalonymi drzewami labirynt wąwozów. Po raz enty zapadam się w niemożliwą do przejścia gęstwinę krzaków, lian i bambusów, przełażę przez wielkie omszałe pnie, zanim decyduję się zawrócić, pokonując te wszystkie przeszkody raz jeszcze. Przez ostatnie kilkanaście godzin puszcza uczyła mnie wytrwałości i cierpliwości – systematycznie ponawiam próby w różnych kierunkach, aż wreszcie trafiam na ślad ścieżki. W końcu las rzednie. Jest dziesiąta rano, kiedy wychodzę na mokre łąki i brzeg jeziora Rupanco.

 

Już niedaleko do celu, ale wciąż pozostaje największa niewiadoma tej wycieczki - wyzwanie, które od samego początku nie dawało mi spokoju. Aby dotrzeć do Puerto Gaviotas, muszę przeprawić się przez największą rzekę wpadającą do jeziora! Opis z Wikiexplora, który mam ze sobą, mówi wprost, że Rio Gaviotas jest niemożliwa do przejścia w bród. Radą jest znalezienie jakiejś łódki, jeżeli takowa gdzieś jest, albo czekanie, aż ktoś się pojawi po drugiej stronie i zawołanie o pomoc. Ja nie mam czasu czekać. Za kilka godzin do wioski przypłynie statek – jedyna ucieczka stąd do cywilizacji i jedyna nadzieja, bym jutro dotarł do stolicy na lotnisko. Jestem jakiś kilometr od celu, nawet widzę w oddali domy, ale od łatwej drogi wciąż dzieli mnie kilkadziesiąt metrów głębokiej wody. Głupio byłoby teraz siedzieć tu na brzegu i patrzeć jak kuter przypływa, a potem odpływa – tak blisko i jednocześnie tak daleko.

 

Rio Gaviotas

Jedyna łódka, jaką udało mi się namierzyć,

jest zaparkowana na przeciwległym brzegu.

Łażę w tą i z powrotem wzdłuż rzeki i kombinuję. Jedyna stara łódka, jaką udało mi się namierzyć, jest zaparkowana na przeciwległym brzegu. Po mojej stronie stoi tylko samotny koń, który przygląda mi się ciekawie, ale kto wie, ile przyjdzie mi tu czekać na jego właściciela. Rzeka jest głęboka na kilka metrów i ma jakieś pięćdziesiąt metrów szerokości. Odkrywam, że przy samym ujściu do jeziora prąd jest mniej wartki, więc od razu decyduję się ją przepłynąć. W ten sposób przy okazji załatwię problem mycia i (częściowo) prania. Zabezpieczam plecak oraz ubranie na brzegu i wchodzę w samych szortach w nurt.

 

Woda jest niemiłosiernie zimna. Płynę z całych sił, lecz już po kilkunastu sekundach zupełnie tracę czucie w rękach i nogach. Prąd znosi mnie na jezioro. Na szczęście czym bliżej drugiego brzegu, tym łatwiej. Wychodzę z drugiej strony cały odrętwiały. To było najzimniejsze pięćdziesiąt metrów w moim życiu. No może oprócz nagiej kąpieli w lodowatym jeziorze Titicaca - tyle, że tam nie było przymusu, tylko wariacki pomysł. Stoję na brzegu dygocąc z zimna i jednocześnie śmieję od ucha do ucha. Ta rzeka była ostatnią przeszkodą. Teraz wystarczy wziąć łódkę i ściągnąć tu plecak. Oglądam łajbę z bliska i w jednej chwili uśmiech znika mi z twarzy. Jest stara, w środku pełno wody, ale jakoś popłynie. Tylko jest jeden szkopuł – łódka jest przypięta kłódką i łańcuchem do drzewa! „Cholera! Czemu nie może być łatwo, lekko i przyjemnie?”

 

Śruby mocujące łańcuch do burty są marne - dałoby się je odkręcić – tyle, że scyzoryk został po drugiej stronie, w plecaku. A mogłem przewidzieć! Teraz trzeba będzie płynąć przez tą cholerną lodówkę jeszcze dwa razy! Nie ma mowy – już teraz jestem przemarznięty do kości... Desperacko szarpię łańcuchem w górę i w dół, usiłując obluzować śrubki. W końcu się udaje! Śruby wypadają ze spróchniałej burty - mogę płynąć. Przeprawiam się na drugą stronę, zapamiętale wiosłując znalezionym kawałkiem deski. Zabieram rzeczy i znów zawzięcie walczę z prądem, który spycha mnie na jezioro. Kiedy w końcu dopływam i odstawiam łajbę na miejsce, już nie jest mi zimno. Przykręcam śrubki. Nikt nie zauważy, że na pół godziny pożyczyłem sobie starą krypę. Robię pranie i objadam się bez opamiętania – chińska zupka, ostatni kawałek sera, który wrócił do domu i trzy ostatnie kostki czekolady! Potem powoli idę plażą w stronę wioski. Jestem u celu.

 

bosque supultado

Wsiadam na kuter, który za kilka peso

zabiera mnie przez jezioro Rupanko.

Półtorej godziny później wsiadam na kuter, który za kilka peso zabiera mnie przez jezioro Rupanko ze świata leśnych skrzatów do świata ludzi. Jestem dziś jedynym pasażerem. Z tyłu zostaje wulkan Casablanca, który na pożegnanie wystawił łeb zza chmur i zostaje otulający go, nieprzebyty - przebyty las. To już koniec tej przygody. Jutro wieczorem bez żadnej dramaturgii odlecę do zimowej Europy.

 

Przygody na końcu świata – niespodziewane rozbłyski w tym raczej przyćmionym na co dzień żarze życia; iskry szczęścia, które zapalają się i gasną. Zapuściłem się w ten nieznany zakątek Chile, żeby wejść na wulkan, lecz to nie wspinaczkę będę wspominał po latach, tylko dramatyczną przeprawę przez dziewiczą puszczę szlakiem, którego nie było. Postawiłem wszystko na jedną kartę i wygrałem. Wygrałem przygodę i materiał na opowieść z rodzaju tych, w które ludzie potem nie wierzą. Zakończony happy endem ciąg perypetii, który nie miał prawa dobrze się skończyć... A przede mną wciąż najjaśniejsza iskra w tej podróży – chwila, kiedy mała dziewczynka przybiegnie na przywitanie do drzwi i uwiesi mi się na szyi piszcząc „tata!”.

 

Powrót do góry

l>