Papugi

Wieczór w Charcana

 

Kondor

Według wielu źródeł kanion Cotahuasi jest najgłębszy na świecie. Trudno to sprawdzić. Ja po sześciu godzinach marszu pod górę przekonałem się tylko, że jest dostatecznie głęboki. Choć wyruszyłem od połowy wysokości kanionu i zawzięcie wspinałem się przez pół dnia, nie udało mi się dotrzeć do jego górnej krawędzi. Nawet nie byłem pewien, czy w ogóle była gdzieś tam jakaś krawędź. Równie dobrze stoki przepastnego wąwozu mogły płynnie przechodzić w równiny.

 

Ranek był słoneczny i obiecujący, później andyjscy bogowie przypomnieli, że pora deszczowa to czas tych, co wcześnie wstają i wcześnie schodzą z gór. Od wschodu z przełęczy zeszły chmury, zaczął siąpić deszcz i od tej chwili niewiele było widać. Zanim chmury przesłoniły widok, wiele razy miałem wrażenie, że lada moment wydostanę się z tej monstrualnej rozpadliny, przecinającej na pół peruwiańską kordylierę. Za każdym zakrętem wciąż jednak czaił się tylko następny zakręt i kolejny odcinek drogi zakosami pod górę. Drogi tak naprawdę donikąd i być może bez końca, bo wyżej, o ile wiem, nie było żadnych wiosek.

 

Używali jej wyłącznie pasterze lam - puszczone samopas stada zwierząt z czerwonymi frędzelkami przy uszach spotkałem wiele razy. Prócz tego, zanim zepsuła się pogoda, hen, po drugiej stronie wąwozu widziałem piękne ośnieżone szczyty Coropuna i Solimana, oraz zapierające dech widoki w dole i kondory szybujące w powietrzu. Gdy uznałem, że to właśnie ten, a nie inny zakręt drogi był celem dzisiejszej wycieczki, wysokościomierz pokazywał dokładnie 4300 m – miałem w nogach ponad tysiąc metrów przewyższenia. Zrobiłem w tył zwrot i ruszyłem z powrotem w dół.

 

Cotahuasi bus

Po godzinie odwrotu w końcu wydostałem się z chmur. I od razu daleko w dole dostrzegłem samotny wehikuł, z wielkim trudem pełznący serpentynami lichej drogi, łączącej Charcana z miasteczkiem Cotahuasi w dolinie. Rozpoznałem kilkunastomiejscowy mikrobus - ten sam, którym przyjechałem tu wczoraj. „Więc już prawie siedemnasta…” Puściłem się biegiem w dół, robiąc sam ze sobą zakłady, czy zdołam dotrzeć do miejscowości przed pojazdem. Czterdzieści minut później stałem zdyszany na środku placu w centrum wioski i patrzyłem jak z dachu mikrobusa, który dopiero co się pojawił, synowie miejscowego sklepikarza zrzucają zgrzewki coca-coli. Nieliczni pasażerowie robili remanent swoich sfatygowanych tobołków. Młoda, drobna dziewczyna wisiała na szyi miejscowego policjanta. Ten, nieco zmieszany całą sytuacją delikatnie próbował ją odsunąć, jednak ona ani myślała się odkleić. Na oko policjant był od niej co najmniej o 20 lat starszy i nie wyglądało to na przywitanie ojca z córką. Wiedziałem, że dziewczyna, o ile nie zatrzyma się na posterunku policji, trafi do mojego hospedaje za 7 soli. Innego noclegu we wsi po prostu nie było.

 

Gdyby nie słupy elektryczne, Charcana - z glinianymi, nieforemnymi, krytymi trawą domami i uliczkami w kocie łby, z biegnącymi środkiem ulic odkrytymi rynsztokami - mogłaby udawać w filmach średniowieczną wioskę. Miejscowość znajduje się na małym płaskowyżu, wbitym wysoko w ściany kanionu. Zawieszona ponad tysiąc metrów ponad jego dnem i ponad tysiąc metrów poniżej jego brzegu, jest jak samotna wyspa w chmurach, połączona z resztą świata tylko ową wąską drogą śmierci, którą raz dziennie pokonuje zdezelowany mikrobus. Cotahuasi styleChyba, żeby doliczyć sieć końskich i krowich ścieżek, przecinających prawie pionowe zbocza we wszystkich możliwych kierunkach. Większość z nich kończy się na polach, uprawianych wszędzie tam, gdzie stoki odrobinę się kładą. Tylko dwie percie wypuszczają się poza najbliższe otoczenie wioski. Jedną z nich, biegnącą prosto w górę kanionu i ginącą gdzieś na pampie, dziś się przespacerowałem. Druga trawersuje na wschód, w stronę najgłębszej części kanionu i dociera do przysiółków w jeszcze bardziej niedostępnych miejscach. Tą planowałem wyruszyć jutro.

 

Wróciłem do mojego spartańskiego pokoju o ścianach z surowego betonu. Na zakurzonej podłodze, pod sufitem z bambusowych patyków mieściły się trzy łóżka - każde było inne i z inną pościelą, choć wszystkie jednakowo zapadnięte. Stare prześcieradła przykryte były pięknymi, ręcznie tkanymi kocami. Nie miałem kłopotu z wyborem posłania - tylko jedno było dość długie, bym mógł się na nim swobodnie wyciągnąć. Okien w pokoju nie było, za to sypialnia miała dwoje drzwi. Jedne wychodziły na podwórko, gdzie w najdalszym narożniku znajdowała się prosta toaleta i zlew, Godziny szczytuzaś w pozostałych rogach śmietnik. Drugie drzwi wychodziły wprost na ulicę.

 

Dziewczyna z autobusu rzeczywiście zajęła pokój obok. Poczęstowałem ją herbatą, a potem wyruszyłem na plac w poszukiwaniu jakiegoś jedzenia. Wrota od frontu zostawiłem otwarte – któż miałby mi tutaj coś ukraść? Brukowanymi uliczkami przechadzały się wszelkie możliwe zwierzęta domowe i kolorowo ubrani ludzie, jak zauważyłem - prawie wyłącznie starsi. Większość młodych czmychnęła stąd do miast w pogoni za lepszym życiem. Nic dziwnego - mieszkańcy wioski klepali straszną biedę. Od wczoraj zdążyłem zaprzyjaźnić się z połową tubylców - byłem jedynym przyjezdnym i jedynym białym, więc stanowiłem nie lada atrakcję. Teraz też, ledwie wyszedłem na ulicę, ze wszystkich stron posypały się głośne powitania. Peruwiańczyk, jeśli widzi cię drugi raz w życiu, będzie się z tobą witał jak ze starym przyjacielem.

Zmrok w Charcana

 

Udało mi się zdobyć soczewicę i trochę warzyw. Wróciłem z zakupami do mojego bunkra i przyrządziłem skromną kolację. W zastępstwie obrusa, rozłożyłem na stolę gazetę z zeszłego miesiąca, porzuconą przez kogoś, kto spał tu przede mną. Z nudów zajrzałem w jej treść. Po prawej stronie parującego talerza w oczy rzucał się tytuł: „Sicarios siguen matando" (Płatni zabójcy nie przestają mordować), po lewej też nie było wesoło: „Caída del bus al abismo deja 48 muertos” (48 osób nie żyje po tym, jak autobus stoczył się w przepaść). Odpowiednia fotografia przedstawiała szczątki pojazdu na dnie doliny i rząd przykrytych ciał. Trochę odebrało mi apetyt. Równie dobrze na tym zdjęciu mógłby być mój wczorajszy autobus i dno doliny Cotahuasi. Dopiero, kiedy odsunąłem naczynie z soczewicą, odkryłem nieco bardziej optymistyczne wieści. Pod talerzem znalazłem notatkę o życiu seksualnym Peruwiańczyków. Artykuł informował rzeczowo, że w temacie planowania rodziny w Peru dokonał się ogromny postęp. Już 48% obywateli tego kraju stosuje antykoncepcję, z czego 15% sięga po prezerwatywy. No proszę! Tylko czemu wciąż łatwiej od prezerwatyw kupić w Peru testy ciążowe?

 

Mimowolną ilustracją gazetowych statystyk stały się głośne westchnienia dochodzące z za ściany. To młoda pasażerka autobusu, akurat zajmowała się planowaniem rodziny ze swoim starszym policjantem. Ciekawe, czy należeli do tych uświadomionych 48%? Dziewczyna przyjechała prawie bez bagażu – znak, że zostawała tu tylko do rana. Poranny mikrobus odjeżdżał o szóstej, więc kochankowie nie tracili czasu. Żeby zagłuszyć hałasy zza ściany, włączyłem płytę Ricardo Arjony. Świerszcze na podwórku również przyszły z odsieczą.

 

Powrót do góry