Palafio

Na rowerze przez Patagonię

camino australLago Carrera lago carrera

część 2 część 3

 

Część 1: Carretera Austral

W połowie marca wyruszyłem rowerem z chilijskiego Puerto Montt na południe. Plan był prosty – przez Patagonię i Ziemię Ognistą dojechać do samego czubka kontynentu. Pierwszym etapem była słynna chilijska Carretera Austral - 1200 km drogi na południe, wybudowanej z inicjatywy Pinocheta w niezwykle trudnym i malowniczym terenie.

 

Zawsze frapowała mnie niekonsekwencja w relacjach ludzi którzy przejechali tę trasę na rowerach - zachwyt nad Carretera Austral, przeplatany doniesieniami o makabrycznie kamienistej drodze i paskudnej pogodzie. Jadąc zrozumiałem te rozbieżności – rzeczywiście, pogoda była kapryśna, zaś droga stworzona do testowania tyłków i silnej woli cyklistów. Za to widoki, jakie oferowała, były tak wspaniałe, że powyższe niedogodności zupełnie nie miały znaczenia. Było tam wszystko, co tylko mogłem sobie wymarzyć: piękne góry, lodowce, fiordy, gęste lasy deszczowe, jeziora, wulkany i gorące źródła. Oraz kolibry, które co rusz myliły moje czerwone sakwy z ulubionymi kwiatami El Quintral i podlatywały przekonane, że trafiła im się nie byle jaka wyżerka. Najtrudniejsza i zarazem najpiękniejsza część trasy wiodła południowym brzegiem jeziora Carrera.

 

Dzięki swej urodzie, Carretera Austral jest mekką dla cyklistów – najbardziej klasycznym szlakiem na rower w całej Ameryce Łacińskiej. Nawet późną jesienią udało mi się spotkać nielicznych zapaleńców przemierzających południe Chile w siodełku. Wszyscy jechali na północ, uciekając przed zimą. Ja jeden jechałem w przeciwnym kierunku.

 

Spotkałem między innymi parę Francuzów – zapalonych wędkarzy. Twierdzili, że nie ma sensu wozić jedzenia, bo zawsze po drodze jest jakaś rzeka, i można sobie złowić kolację. Rzeka rzeczywiście była tam gdzie ich spotkałem, a oni zniknęli na trzy godziny. Mój pomysł na wieczorny posiłek był nieco mniej wyrafinowany, ale za to pewny – paczka piure z majonezem. Kiedy leżałem w śpiworze, najedzony ale zazdrosny o świeże, pieczone ryby, Francuzi wrócili z niczym i poszli spać z pustymi brzuchami.

 

Innego dnia spotkałem dwoje Austrików na bardzo długim tandemie z jeszcze dłuższą przyczepką. Zaraz potem wpadłem na sympatyczną i zagadkową parę. W pierwszej chwili wziąłem ich za Polaków, bo mieli na bagażnikach swojskie, chińskie torby w kratę oraz długie kije do odpędzania psów. Po bliższym poznaniu okazali się Niemcami, jednak dużo się nie pomyliłem. Podróżowali swego czasu po Polsce i zapewniali mnie, że zagranicznemu turyście do przetrwania nad Wisłą wystarczą dwa zwroty w naszym języku. Podaję je tutaj na wypadek, gdybyś znał czytelniku obcokrajowca wybierającego się akurat do Polski. Są to: „pole biwakowe” i „duża reklamówka”.

 

W połowie trasy na południe natknąłem się na parę Anglików podróżujących na cienkich, kolarskich oponach, a raczej szukających jakiegoś transportu, który pozwoliłby im się z tej kamienisto-piaszczystej matni wydostać. Byli przekonani, że Carretera Austral była na całej długości wyasfaltowana. Zdaje się, że ktoś nie odrobił pracy domowej.

 

Spotkałem też małżeństwo Szwajcarów, pedałujących z całym bagażem i dwoma córeczkami w przyczepce. Jedna miała dwa, a druga trzy lata. Niech mi ktoś jeszcze powie, że z dziećmi można jeździć tylko na niedzielne spacerki za miasto! Od Szwajcarów dostałem bidon napełniony do połowy chilijskim likierem Pisco, z przykazaniem, żebym sobie wypił, jak dojadę w jakieś fajne miejsce. Już następnego dnia wieczorem mogłem wznieść toast za ich zdrowie, pławiąc się w gorących źródłach El Amarillo.

 

Carretera AustralChoć przygody mnie nie omijały, jakoś wszystkie kończyły sie szczęśliwie. Dla przykładu na wyspie Chiloe przeżyłem mały dramat, bo zostawiłem na biwaku okulary. Powrót oznaczał spóźnienie na promową przeprawę na kontynent, a prom pływał co cztery dni. Z opresji wybawili mnie chilijscy karabinierzy z posterunku przy drodze – przypilnowali roweru i zatrzymali samochód, żebym mógł wrócić po zgubę. Na statek wskoczyłem w ostatniej chwili.

 

Inne nerwowe zdarzenie miało związek z kluczykiem od zapięcia do roweru. Nie udało mi się go przed wyjazdem skopiować, więc pozostało strzec jedynego jaki miałem, jak oka w głowie. Zapomniałem tylko o prawach Murphy'ego, z których jedno mówi: "Jeśli coś może się skończyć katastrofą, to na pewno tak się stanie", a drugie: "Jeśli jest jakiś szczególnie zły moment, w którym katastrofa może nastąpić – to z pewnością zdarzy się właśnie wtedy". I rzeczywiście - mój jedyny kluczyk zawieruszył się dokładnie w momencie, kiedy rower przypięty był do drzewa w środku lasu, a ja byłem na wycieczce w górach. Chcąc nie chcąc zrobiłem w tył zwrot i odbyłem wycieczkę po raz drugi, tym razem z nosem przy ziemi. Znalezienie małego metalowego plane houseprzedmiotu w górach porośniętych walwidijską puszczą zakrawa na cud. Wyruszyłem na poszukiwania nie tyle z wiary w sukces, co z rozpaczy, bo kłódki rowerowe Abusa są niemożliwe do przecięcia. Po kilku godzinach nerwowych poszukiwań kluczyk odnalazł się na ogromnym piarżysku. Nie mogłem uwierzyć swemu szczęściu!

 

Kolejny ciekawy zbieg okoliczności związany był z tylną oponą. Przed wyjazdem zainwestowałem w wyrób firmy Specialized, polecany przez znajomych w Anglii. Ponoć najlepsza opona tej firmy, na Carretera Austral wytrzymała ledwie trzy dni. Czwartego dnia odkryłem w niej ogromne rozdarcie. Rzecz w tym, że nie miałem zapasowej, a opony 28” są w Ameryce Południowej niezwykle trudne do zdobycia, nawet w wielkich miastach. Na patagońskiej prowincji nie miałem cienia szansy takiej kupić. Przez chwilę gryzłem się z myślami, czy nie wrócić do Santiago i nie zamówić nowej z Europy. Jednak nie mogłem sobie pozwolić na stratę czasu. Jeśli miałem marzyć o dojechaniu przed zimą do Ushuaia, musiałem zagrać va banque. Prowizorycznie załatałem dziurę taśmą samoprzylepną i ruszyłem dalej, licząc na łut szczęścia.

 

Nabijając kilometry na kamienistej drodze, patrzyłem jak rozdarcie się powiększa i co dzień pytałem sam siebie, czy zdołam dojechać do najbliższej miejscowości albo choć do wieczora. Jednocześnie coraz bardziej oddalałem się od cywilizacji i od sklepów rowerowych. Mijały dni i tygodnie. Z wielkiej dziury w oponie wychodziła dętka, ale rower wciąż jechał. W ten sposób przejechałem całą Carreterę, przeszedłem przez przykryte pierwszym śniegiem góry i wylądowałem w argentyńskim Chalten. Tam w jedynym sklepie, który oferował kilka części rowerowych, niespodziewanie odkryłem pojedynczą nową oponę 28”. W samą porę - dwie godziny później moja sfatygowana guma pękła z hukiem. Nieważne, że miałem teraz na kole tajwański wyrób gumopodobny (który jakimś cudem przetrwał do końca podróży!) i że musiałem zapłacić równowartość jego wagi w złocie. Mogłem jechać dalej! Znowu nie mogłem uwierzyć swemu szczęściu!

czytaj dalej >>