Frontera Argentina

część 1 część 3

Część 2: Przez góry do Argentyny

PirinchoPrzeprawa do Argentyny to oddzielny łańcuszek przygód, pomocnych ludzi i dobrych zbiegów okoliczności. Droga w Chile kończy się w małej miejscowości Villa O’Higgins. Aby przedostać się na argentyńską stronę, trzeba przepłynąć jezioro O’Higgins, potem przejść spory kawał przez las i góry, następnie pokonać kolejne jezioro – Lago del Desierto. Kluczowe są oba jeziora. O ile to drugie od biedy można obejść bokiem, pierwszego nie da się, bo jest gigantyczne, porozgałęziane jak pająk i w dodatku otoczone lodowcami. Jedynym sposobem przedostania się na drugą stronę jest rejs. W sezonie nie ma z tym problemu  - raz na tydzień odpływa mały statek wycieczkowy. Tyle, że ja byłem tam w połowie kwietnia i sezon wycieczek już się skończył!

 

Generalnie, im mniej w jakimś miejscu ludzi mieszka i mniej się dzieje, tym szybciej rozchodzą się wiadomości. Na południowym końcu Carretera Austral poczta pantoflowa działała doskonale. Wszyscy słyszeli o samotnym Polaku na rowerze i znali moje plany, zanim się w jakimś miejscu pojawiałem. Na dwa dni przed przybyciem do Villa O’Higgins co rusz słyszałem od obcych ludzi:

 

- Ale masz pecha przyjacielu! Statek już nie popłynie przed zimą, ale jutro wyrusza jedyny tu kuter z kursem zamówionym przez Ministerstwo Środowiska. Gdybyś nie był spóźniony o jeden dzień, miałbyś szansę się zabrać, a tak…

 

Fakt, w dniu wypłynięcia łodzi ja byłem wciąż o kilkadziesiąt kilometrów od celu. Już pogodziłem się z faktem, że z przeprawy nici i będę musiał wracać drogą, którą przybyłem, kiedy raptem, od ekipy ratującej w strugach deszczu drogę przed zawaleniem, usłyszałem:

 

- Ale masz szczęście kolego! Przez tą ulewę i wicher kuter dziś nie wypłynął. Wyrusza jutro rano. Jak się pospieszysz, ciągle jeszcze masz szansę!

 

Wczesnym popołudniem byłem w Villa O’Higgins i chwyciłem się tej szansy jak tonący brzytwy. Znalazłem właściciela kutra, osobnika o nazwisku Pirincho i próbowałem wynegocjować przeprawę. Ten stwierdził krótko, że nie wozi turystów i wyrzucił mnie za drzwi.

 

Nie miałem zamiaru poddać się łatwo. Postanowiłem odnaleźć urzędnika z Ministerstwa Środowiska, który zamówił kurs i jakoś go przekonać, żeby mnie zabrali. Niestety, w całej wsi nikt nie wiedział, gdzie ten się zatrzymał. Najprawdopodobniej miał dotrzeć dopiero o świcie. Niespodziewaną pomoc zaoferował mi właściciel turystycznej łodzi  - tej, która już nie pływała. Zabrał mnie do swojego biura, wykręcił numer do kogoś w Ministerstwie Środowiska w Santiago, włożył do ręki słuchawkę i rzekł:

 

- Mów! Przekonaj go. Masz tylko jedną szansę.

 

Niespodziewanie moje chaotyczne tłumaczenie, kim jestem, skąd dzwonię i jaką mam prośbę, przyniosło pozytywny oddżwięk. Przez telefon uzyskałem zapewnienie, że będę mógł popłynąć zamówionym przez nich rejsem i że Pirincho muddy panniersnie będzie robić więcej problemów. Rzeczywiście, kiedy po raz drugi zapukałem do drzwi właściciela kutra, ten z kamienną twarzą wręczył mi długopis i rejestr pasażerów. Już do niego dzwonili.

 

Następnego dnia o świcie siedziałem w ciasnej, ale ciepłej kabinie "La Soberania". Na zewnątrz szalał szkwał i sypał śnieg. Czarne chmury wisiały tuż nad głową. Z mgły tylko gdzieniegdzie wyłaniały się przyprószone bielą stoki gór, wyrastające stromo wprost z jeziora. Jeśli dzisiejsza pogoda była odpowiednia do rejsu, to ciekawe jak to wszystko wyglądało wczoraj. Pirincho niewzruszony siedział za sterami, jego żona podawała wszystkim herbatę w blaszanych kubkach, a urzędnik z ministerstwa i jego córka, bądź kochanka przysypiali przy stole.

 

Po kilku godzinach rejsu szczęśliwie znalazłem się na posterunku karabinierów w Candelario Mansilla, skąd pieszo wyruszyłem na drugą stronę granicy trasą przez góry. Po stronie chilijskiej biegła licha droga, momentami dawało się nawet jechać, po stronie argentyńskiej była już tylko niewyraźna ścieżka przez las. Przez resztę dnia pchałem lago desiertorower przez śnieg i błoto, pokonując wszystkie możliwe przeszkody terenowe, jakie można sobie wyobrazić. Najpierw była szeroka rzeka z zerwanym mostem, potem wezbrane strumienie, których nie dało się przeskoczyć. Musiałem przepychać rower stojąc po kolana w wodzie, a koła grzęzły w błocie do połowy. Później była strefa powalonych pni. Idziesz z plecakiem - przełazisz jakoś górą lub dołem. Kiedy idziesz z rowerem - musisz za każdym razem ściągać z niego cały bagaż i przenosić wszystko oddzielnie. Następnie ładujesz bagaż na rower i po kilkunastu metrach cała historia się powtarza. Wszystko to było niezwykle czasochłonne i wyczerpujące – kiedy zapadł zmrok, ja wciąż byłem kilometry od drugiego jeziora i nawet nie wiedziałem, czy idę we właściwym kierunku. Czułem się jak bohater gry komputerowej, który po przejściu jednego poziomu, natrafia na kolejny - trudniejszy. Ostatnim poziomem była ścieżka schodząca do jeziora Desierto. Nie tyle ścieżka w zasadzie, co system jarów i wąskich wąwozów. Rower z sakwami ledwo się w nich mieścił, co rusz się klinował i musiałem przepychać go na siłę. Lecz jak ja miałem schodzić, skoro nie mieściłem się obok? Niektóre odcinki pokonywałem w kucki brzegami jarów, popychając rower od góry. lago desiertoPrzez większość czasu jednak posuwałem się tyłem, ciągnąc rower za kierownicę na siebie.

 

Kiedy mokry, ubłocony i totalnie wykończony dotarłem w końcu po ciemku do posterunku argentyńskiej żandarmerii, ci o mały włos mnie nie zastrzelili. Po prostu tego dnia i o tej porze nie spodziewali się nikogo od chilijskiej strony. Zobaczywszy mój stan, żandarmi zezwolili mi na nocleg w garażu dla motorówek. Miał on tylko trzy ściany i był otwarty od strony jeziora, ale i tak dawał lepsze schronienie niż namiot. Położyłem się spać na brezencie do przykrywania łódek. Na zewnątrz szalała śnieżyca.

 

Lago DesiertoNastępnego dnia rano wojskowi podstemplowali mi paszport i zdradzili, że muszą płynąć na drugą stronę jeziora Desierto po paliwo. Bez zbędnych ceregieli zgodzili się mnie zabrać. Po raz kolejny, w przeciągu dwóch dni, znalazłem się na wzburzonych wodach – tym razem w małej gumowej łodzi typu Zodiac. Mój bagaż i rower ledwie się mieściły. Ponton wyskakiwał w powietrze na falach. Jeden z żołnierzy siedział u steru, drugi leżał na dnie łodzi częściowo przygnieciony moim ubłoconym pojazdem. Ja trzymałem się kurczowo jakiegoś sznurka i starałem nie wypaść za burtę. Żandarmi w ramach zapłaty za przysługę chcieli tylko uścisk ręki. Zabrali paliwo, zapasowe koło do auta i popłynęli z powrotem. Ja, ciągle lekko oszołomiony, stałem w miejscu, gdzie kończyła się droga od strony argentyńskiej. Czy raczej, z mojego punktu widzenia – zaczynała się. Wsiadłem na rower i po przejechaniu 37 km wjechałem do El Chalten – miasteczka z restauracjami, pubami, hotelami i rzeszą turystów. Poczułem się jak przybysz z innego świata.

 

<< wcześniejszy tekstczytaj dalej >>