bahia inutil

część 1 część 2

Część 3: W samo południe

patagonia magica

Jadąc z Chalten dalej na południe ponownie przekroczyłem granicę z Chile – przez Puerto Natales popedałowałem w stronę Punta Arenas. W tym czasie jesień coraz bardziej przypominała zimę, a boczne huraganowe wiatry zrzucały mnie z roweru. Od  desperacji ratowali mnie ludzie – co rusz ktoś się zatrzymywał, żeby pogadać i poczęstować, czym tylko mógł: a to chlebem, a to owocami, a to colą… Pewnego razu grupa Czechów, podróżująca w czymś w rodzaju stacji kosmicznej na kółkach, zaprosiła mnie na syty obiad, zakrapiany wysokooktanową czeską wódką. Innym razem, na środku pampy zrównał się ze mną samochód, a kierowca bez ceregieli podał mi przez okno paczkę ciastek i butelkę whisky. „Potrzebujesz paliwa, jak chcesz wygrać z tym wichrem” – rzekł i pojechał. Kombinacja ciastek i whisky okazała się lepsza, niż mieszanka ciekłego tlenu i etanolu w niemieckich rakietach V-2. Tego dnia zrobiłem ponad sto kilometrów.

 

to Punta ArenasTuż przed Punta Arenas spędziłem dwa dni na prawdziwych zapasach z wiatrem, próbując dotrzeć do kolonii pingwinów. Nielotów nie znalazłem, jednak nad zatoką Otway spotkałem ludzi, dla których ja byłem takim samym ewenementem, jak dla mnie pingwiny.

 

Po tygodniach spędzonych na pustych szutrowych drogach i bezdrożach, dojechałem do Punta Arenas i znowu byłem oszołomiony. Raptem szosą śmigały tabuny samochodów, spychając mnie na pobocze, a tuż nad głową przelatywały z rykiem samoloty F-16 z pobliskiej bazy wojskowej. Gdzie podziała się ta atmosfera końca świata, teoretycznie związana z miastem na czubku kontynentu? Szałasy Indian Ona i chaty pionierów można znaleźć tylko na pocztówkach w supermarketach. W ich miejsce na głównej ulicy już dawno wyrosły banki, butiki i sklepy z elektroniką, zaś w bocznych uliczkach - nocne kluby i burdele. Poszukiwaczy przygód, eksplorerów i odkrywców do Punta Arenas przyciąga obecnie strefa wolnocłowa na przedmieściach. UshuaiaAby tam dotrzeć nie potrzebowałem konia ani roweru – żółta taksówka zawiozła mnie za jedyne 300 peso.

 

Czym prędzej wziąłem nogi za pas z miasta i promem o swojskiej nazwie „Melinka” zwiałem na drugą stronę cieśniny Magellana. Na przekór nazwie, Ziemia Ognista wcale nie okazała się cieplejsza. Przeciwnie – wyspa przywitała mnie gęstą śnieżycą i przez resztę podróży temperatura rzadko przekraczała zero stopni. Aby zabiwakować na trawie, musiałem odgarniać z niej śnieg. Aby pozyskać wodę do picia, rozbijałem czekanem warstwę lodu na przydrożnych kałużach. Na zmianę prześladowały mnie deszcz i śnieżyca, oraz wiatr – zawsze w twarz, choć trzy razy zmieniałem kierunek jazdy. Przez ostatnie 100 km droga wiodła przez góry. Monotonny podjazd na Przełęcz Garibaldi urozmaiciła mi śnieżna zadymka, warstwa lodu na drodze i znaki informujące o obowiązkowych łańcuchach na koła. Kilka razy spadałem z roweru i lądowałem w zaspach na poboczu, zanim po zmroku stanąłem wreszcie u bram Ushuaia. Była połowa maja. W argentyńskim kurorcie nad Kanałem Beagle rozpoczynał się właśnie sezon narciarski.

 

LapataiaDroga na południe kończyła się kilkanaście kilometrów dalej, nad zatoką Lapataia. Dotarłem tam następnego ranka. Akurat tego dnia nagle się rozpogodziło. Kiedy stanąłem  przy słynnej tablicy informującej, że do drugiego końca drogi na Alasce jest 17 848 km, dookoła bukowe lasy płonęły wszystkimi kolorami jesieni, a ośnieżone szczyty skrzyły się w słońcu. Podziwiałem błękitne niebo odbijające się w wodach zatoki Lapataia i myślałem, że to nienajgorszy dzień i nienajgorsze miejsce na zakończenie dwumiesięcznej podróży przez Patagonię. Myślałem, jakim jestem szczęściarzem, że mogłem zawędrować aż tutaj siłą własnych mięśni, wszystko to przeżyć oraz na własne oczy bez pośpiechu zobaczyć ten magiczny, przepiękny i surowy kraniec naszej planety.

 

<< wcześniejszy tekst

Bahia Inutil Garibaldi Pass

Lapataia Tierra del Fuego