Przez Śnieg, Piasek i Sól (2007)

carretera australChilijczycy śmieją się, że w ich długim i wąskim kraju wystarczyłaby jedna droga, a i tej rząd nie potrafi porządnie zbudować. To przesadzona krytyka, bo akurat Chile posiada najlepsze drogi w Ameryce Południowej, ale w przypadku południa można ją zrozumieć. Dobra droga kończy się jakieś 900 km na południe od Santiago - w Puerto Montt lub, jeśli się uprzeć, 100 km dalej – na wyspie Chiloe. Dalej jest jeszcze 1200 km mniej lub bardziej bitego traktu – inaczej nie można go nazwać, bo asfalt jest tam ciągle rzadkim kuriozum. Owa droga, znana jako Carretera Austral, w ogóle nie powinna była powstać. Nie tylko z powodu niesłychanie trudnego terenu. Przede wszystkim żyje tam za mało ludzi, żeby taka budowa była opłacalna. Na szczęście racje polityczne przeważyły nad ekonomicznymi i droga powstała. Piszę „na szczęście”, bo dzięki temu mogłem wyruszyć rowerem w podróż przez jeden z najbardziej niezwykłych zakątków naszej planety.

Kiedy w połowie marca 2007 roku wyjechałem z chilijskiego Puerto Montt, miałem w głowie prosty plan – przez chilijską i argentyńską Patagonię, a następnie przez Ziemię Ognistą dojechać jak najdalej się da, najlepiej na sam kraniec kontynentu.

cerro castilloWyjechałem wczesną jesienią i przez pierwszych kilka tygodni Patagonia wciąż oferowała mi ciepłe lato. Wszystko zmieniło się gdy minąłem jedyne miasto na trasie – Coyhaique. Jak już zaczęło padać, padało przez następne trzy tygodnie! Sama droga, pomijając jakieś 200 km asfaltu, była brutalnym sprawdzianem dla roweru i mojego siedzenia, lecz niesamowite widoki rekompensowały to wszystko z nawiązką. Jechałem przez dziką, nieprawdopodobnie piękną krainę, w której gęste, walwidijskie lasy, góry, fiordy, lodowce, jeziora, gorące źródła, wulkany i dziesiątki kilometrów drogi bez jednego samochodu były na porządku dziennym. Towarzyszyły mi maleńkie kolibry i wielkie, drapieżne Caracary. Udało mi się nawet dostrzec niezwykle rzadkiego jelonka Huemula, będącego symbolem Chile.

caleta tortelNajpiękniejsza, choć niezwykle trudna część trasy wiodła południowym brzegiem ogromnego jeziora Carrera. Wzdłuż jeziora jechałem przez trzy dni! Czym dalej na południe, tym bardziej było dziko i ciekawiej! Niezwykłym miejscem na dalekim południu była Caleta Tortel – osada na brzegu głębokiego fiordu i na wodzie, zbudowana w całości z cyprysowego drewna. Do komunikacji, zamiast ulic, służą tam dziesiątki cyprysowych schodów i chodników.

Carretera Austral też w końcu się kończy, choć Chile sięga jeszcze 1000 km dalej na południe. Nie można winić za to chilijskiego rządu. Przeszkodą nie do pokonania jest gigantyczne pole lodowe – Campo de Hielo Sur, największe na Ziemi poza obszarami polarnymi. Choć istnieją plany poprowadzenia drogi dookoła, może realne wobec globalnego ocieplenia, póki co Carretera lapataiaurywa się w małej miejscowości O’Higgins i przez następne kilkaset kilometrów można podróżować tylko po stronie argentyńskiej. Przeprawa z Villa O’Higgins do Argentyny związana jest z rejsem przez dwa jeziora i długim marszem przez góry. W sezonie jest to dość łatwe, bo dzień jest długi, a przez jeziora pływają statki wycieczkowe. W przypadku mojej jesiennej podróży przekroczenie w tym miejscu granicy było dużym wyzwaniem. To, że się udało, zawdzięczam przede wszystkim łańcuszkowi pozytywnych zbiegów okoliczności i pomocy zupełnie obcych ludzi. Może też i trochę własnej wytrwałości. Wspomnę tylko, że w moją eskapadę zaangażowane były: chilijskie Ministerstwo Środowiska i argentyńska żandarmeria. Jeśli interesują cię szczegóły, zapraszam do relacji w dziale rowerowym tej strony.

Następnie jakiś czas jechałem przez Argentynę – częściowo słynną Ruta 40, laninktóra biegnie wzdłuż Andów przez cały ten ogromny kraj. Argentyńska droga poprowadzona jest przez stepy, w znacznej odległości od gór, więc próżno szukać na niej osłony przed wiatrem. Na własnej skórze mogłem przetestować legendy o patagońskich wichurach. W istocie, czołowy wiatr zatrzymywał mnie w miejscu, zaś boczny zrzucał z roweru. Dlatego, kiedy tylko po drugiej stronie granicy znów pojawia się droga, czym prędzej czmychnąłem do Chile. Przez Puerto Natales popedałowałem w stronę Punta Arenas, a następnie przeprawiłem się przez Cieśninę Magellana na Ziemię Ognistą. W tym czasie jesień przemieniła się zimę, więc całą trasę przez wyspę – w sumie kilkaset kilometrów - przyszło mi pedałować w ulewie, albo w mrozie i śnieżycy. Na ostatnim odcinku przed Ushuaia mijałem ciężarówki zakopane w śniegu, a te które jechały, miały łańcuchy na kołach. Kiedy dotarłem nad Zatokę Lapataia, gdzie definitywnie kończyła się droga, ponownie wyszło słońce i mogłem podziwiać Park Narodowy Ziemi Ognistej w ciepłych kolorach jesieni. Dla mnie ten słoneczny dzień był zwieńczeniem niezwykłej podróży na południe i nagrodą za wytrwałość.

Jeśli chcesz poczytać więcej o moich przygodach w Patagonii i spotkanych ludziach, lub chciał(a)byś zobaczyć więcej zdjęć, zapraszam do obszerniejszej relacji: Na rowerze przez Patagonię.

parinacotaW drodze powrotnej na północ przekroczyłem granicę na przełęczy Mamuil Malal. Wznosi się nad nią wulkan Lanin. Pokryty śniegiem, samotny, ogromny stożek z przyklejonym do szczytu białym obłokiem viento blanco i las prastarych Araukarii u jego stóp zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Zakochałem się od pierwszego wejrzenia, więc zostawiłem rower wraz z częścią bagażu w chilijskim Pucon i wróciłem na przełęcz, żeby się na obiekt moich westchnień wdrapać. Cały majestat wulkanów leży w tym, że są pojedynczymi górami, oraz w ich regularnym kształcie. Owe dwa dni samotnej wspinaczki przy pięknej pogodzie należą do najpiękniejszych chwil, jakie spędziłem w górach.

Po przejechaniu kilku tysięcy kilometrów autobusem, znalazłem się w Peru, rozpoczynając tym samym zupełnie nowy etap podróży. Odwiedziłem dolinę Urubamba oraz niezwykle malowniczy, „nieodkryty” kanion Cotahuasi – jeden z najgłębszych na świecie. Potem w sąsiedniej Boliwii zrobiłem kilka trekingów i przymierzałem się do wspinaczki na altiplano villagesześciotysięczny wulkan Parinacota. Niestety, w czasie zjazdu do wioski u podnóża góry, spadłem z roweru i to był koniec marzeń o wspinaczce. Miałem poranione ręce i nogi, cały byłem mocno potłuczony, a co gorsza – złamałem dwa dolne żebra. Po dwóch dniach lizania ran i użalania się nad sobą, nie wytrzymałem – łyknąłem garść środków przeciwbólowych, a następnie wsiadłem na rower i ruszyłem w drogę. Złamane żebra bolały zwłaszcza podczas podjazdów, kiedy musiałem pchać rower lub gdy dostawałem zadyszki, o co na dużej wysokości nietrudno. Ale bolały też w czasie snu i kiedy zupełnie nic nie robiłem, więc było mi wszystko jedno. Choć wolniej, jakoś posuwałem się do przodu.

Zrobiłem piękną trasę wzdłuż granicy chilijsko-boliwijskiej – od jeziora salar de uyuniChungara do miejscowości Colchane, cały czas pedałując na wysokości powyżej 4000 m. Po drodze przez górskie pustkowia minąłem kilka wysokich wulkanów, objechałem wyschnięte słone jezioro – Salar de Surire i napotkałem wiele tradycyjnych wiosek z glinianymi domami i białymi nieforemnymi kościółkami. Po stronie chilijskiej, w odróżnieniu od Boliwii, większość wiosek na Altiplano jest opuszczonych. Ich mieszkańcy wyemigrowali do miast w pogoni za lepszym życiem i wracają czasem tylko na chwilę, zwykle z okazji jakiegoś święta. Prawie każdej nocy biwakowałem obok termalnych źródeł, w większości zupełnie dzikich. Wieczorne gorące kąpiele pod gwiazdami nie tylko poprawiały mi humor, ale i pozwalały zaleczyć rany po wypadku. Tylko żebra bolały mnie przez kolejne dwa miesiące.near Tupiza

Następnie spełniło się moje wielkie marzenie – przejechałem na rowerze w poprzek Salar de Uyuni - największe wyschnięte słone jezioro na Ziemi, które ledwie „liznąłem” w czasie wyprawy w 2001 roku. Teraz spędziłem trzy dni i trzy noce w jego bezkresnej bieli - na najbardziej odrealnionym skrawku naszej planety. Niewiele potrzeba, żeby tego dokonać: zapas wody, trochę jedzenia, sprzęt do biwakowania i rower. No i jeszcze stary enerdowski kompas. Nie, żebym nie poradził sobie bez niego, ale z nim czułem się pewniej. Ten kompas podróżuje ze mną od lat. Dostałem go od babci, gdy miałem dziesięć lat i dopiero zaczynałem marzyć o podróżach. Moja babcia, choć sama nigdy nie wypuściła się z Łodzi dalej niż do Zduńskiej Woli, była wizjonerką.

Z Uyuni bocznymi drogami kontynuowałem podróż przez Boliwię na południe, aż dotarłem do miasteczka Villazon na granicy z Argentyną. Na więcej nie starczyło mi czasu. To nic, byłem syty wrażeń, a pedałując przez Boliwię nie można się spieszyć. W czasie całego długiego rajdu przez ten fascynujący kraj nie zrobiłem ani jednego kilometra po asfalcie!