Na rowerze przez Wenezuelę (2008)Tepui

Wszyscy mówili, że to nie najlepszy pomysł. To samo wyczytałem w Internecie. Rekordowe współczynniki morderstw, kradzieże, napady, powszechna korupcja, inwigilacja, czarny rynek i nieustanne napięcia społeczne – Wenezuela nie wyglądała na kraj, po którym bezpiecznie jest podróżować rowerem. Za to wyglądała na kraj ciekawy, nieznany, rzadko odwiedzany, pełen przyrodniczych cudów. Prócz tego, po tym jak dość dokładnie poznałem patagońskie Andy, korciło mnie, żeby rzucić okiem na ich przeciwległy, odległy o siedem tysięcy kilometrów koniec. Albo, najlepiej, wdrapać się na niego i rzucić okiem na trawiaste równiny Llanos u stóp gór. Naprawdę mnie korciło i w końcu nie wytrzymałem. „Raz się żyje” – pomyślałem. Kupiłem bilet, spakowałem rower i wyruszyłem w drogę.

ibisyquebrada de jaspeSierra de San Luis

Pierwsze wrażenie było piorunujące. Po przybyciu z chłodnej Europy i wyjściu z klimatyzowanego samolotu, uderzyła mnie fala gorąca. Poczułem się jakbym wszedł do huty w momencie spustu surówki. To uczucie, z wyjątkiem kilkunastu dni, kiedy byłem w wysokich górach, towarzyszyło mi przez następne dwa miesiące.

Od razu też potwierdziły się moje najczarniejsze obawy związane z powszechną inwigilacją. Gdy tylko wysiadłem z samolotu, natychmiast przyczepił się do mnie jakiś typek w mundurze i nie mogłem się go pozbyć. Nie do końca rozumiałem o co mu chodzi i dlaczego za mną łazi, ale starałem się być cierpliwy, uprzejmy i okazywać szacunek. Wiadomo, jeśli dopiero co przyleciałeś, lepiej nie narażać się władzy. Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Tak było i w tym wypadku. Parę dolarów zadziałało jak zaklęcie i nachalny oficjel natychmiast się ulotnił. Chwilę później prawdziwy policjant wyjaśnił mi uprzejmie, że typek, który za mną łaził wcale nie był policjantem, ani celnikiem. Był bagażowym. Akurat na lotnisku mają oni obowiązek nosić munduropodobne uniformy. Prawdziwy policjant, nawiasem mówiąc, nie miał jednej nogi. Widać w Wenezueli to nie przeszkadza w policyjnej karierze. Cała ta zabawna sytuacja była niezłym wprowadzeniem do tego co czekało mnie za progiem hali przylotów – kraju kontrastów, absurdów i komicznych paradoksów.

Następne dwa miesiące spędziłem przemierzając Wenezuelę na rowerze. Początkowo wyruszyłem z Caracas na zachód. Jakiś czas jechałem wzdłuż wybrzeża, w całości opanowanego przez slumsy. Spodziewałem się pięknych plaż, tymczasem mijałem kolejne osiedla niedokończonych domów bez wygód i ludzi żyjących w ubóstwie. Ilekroć zatrzymałem się przy jakimś barze, żeby ugasić pragnienie i pogadać z tubylcami, zawsze słyszałem to samo:

- Nie boisz się tak tu jechać? Przecież zaraz ktoś cię ściągnie z roweru, okradnie, zamorduje.

- A wy? Też skoczycie na mnie od tyłu? - pytałem.

- No coś ty! My to co innego! Na twoje szczęście jesteśmy porządnymi ludźmi. Lecz dalej uważaj i broń Boże nigdzie się nie zatrzymuj. Tamci wszyscy są źli!

medanos frailajones

Później przystawałem w kolejnym miejscu i słyszałem to samo. Nikt mnie nie okradł, ani nie napadł. Wszyscy oferowali wodę, częstowali piwem albo schłodzonym sokiem z trzciny cukrowej i ostrzegali przed „złymi ludźmi tam dalej”.

W tym czasie kilka razy przekroczyłem nadbrzeżną kordylierę. Wiązało się to z podjazdami z poziomu morza na jakieś dwa tysiące metrów. Niekiedy szosa poprowadzona była pod takim kątem, że zapierając się z całych sił, ledwie pchałem rower pod górę. Nielichy wysiłek w czterdziestostopniowym upale – czułem się jak na zawodach Strongman. Jednak nie miałem wyjścia - tak prowadziła mnie droga, którą najwyraźniej projektował jakiś ogarnięty nienawiścią do rowerzystów sadysta. Jeden z takich wyczerpujących podjazdów zaprowadził mnie do niemieckiej kolonii Tovar. Wiele sobie obiecywałem po tym miejscu, bo mój przewodnik opisywał je jako wielką atrakcję. W końcu spotkać Niemców, żyjących w wenezuelskich tropikach, tak jak u siebie w Szwarcwaldzie, to nie byle co. Żadnego Niemca nie spotkałem, jedynie rzesze turystów z Caracas popijających piwo w wystylizowanych, kiczowatych knajpach, w których obsługę stanowiły Wenezuelki przebrane za Niemki. Ciemnoskóre dziewczyny poubierane w tradycyjne bawarskie suknie wyglądały równie komicznie, jak reszta tego miejsca. Jego „niemieckość” podkreślały na przykład wszechobecne napisy w gotyku, nawet jeśli była to zwykła tabliczka „WC”, albo „Uwaga, wysokie napięcie!” W Colonia Tovar zastała mnie noc, więc zatrzymałem się na nocleg. Oczywiście nie w jednym z eleganckich gasthausen, bo nie było mnie stać, tylko w krzakach.

plantatorLos Nevados

Ostatnim punktem na trasie wzdłuż zachodniego wybrzeża było miasto Coro. To prawdopodobnie jedyna na świecie metropolia, gdzie lotnisko zlokalizowane jest prawie w centrum, a lokalny dworzec autobusowy na dalekich przedmieściach. Coro oferuje kilka autentycznych atrakcji. Od strony lądu styka się z miniaturowym pasmem górskim - Sierra de San Luis. Objechałem je na rowerze w trzy dni. Od strony morza do miasta przylega półwysep Paraguana, będący w zasadzie jedną z wysp Antyli przymocowaną do kontynentu, wraz z autentyczną karaibską atmosferą. U nasady półwyspu zlokalizowany jest park narodowyMédanos de Coro – ogromny obszar wydm i zarazem jedyna w Wenezueli porządna pustynia. Malownicza kolonialna starówka w Coro była dopełnieniem krajobrazowych atrakcji.

W Coro odbiłem z wybrzeża na południe, kierując się w stronę granicy z Kolumbią. Po kilku dniach intensywnego pedałowania dotarłem do Meridy. Kolejne miasto, po którym sobie wiele obiecywałem. „Stolica trekingowa Wenezueli”, jak nazywa ją Lonely Planet, okazała się zwykłym, dość ponurym miastem. Jedynym „trekingowym” aspektem Meridy były dwa sklepy turystyczne w centrum, z prawie pustymi półkami. Wśród nielicznych rzeczy, na honorowym miejscu stał jakiś tani palnik na gaz. Speszona sprzedawczyni przyznała, że gazu do niego w mieście i pewnie w całym kraju nie dostanę – jeden z wenezuelskich paradoksów.

Okolice Meridy okazały się stokroć piękniejsze niż samo miasto. Tuż obok znajdują się wszystkie wysokie szczyty Wenezueli, z najwyższym Pico Bolivar (5007 m) na czele. Jest to jeden z najłatwiejszych pięciotysięczników do zdobycia, bo na wysokość 4765 m, czyli pod sam szczyt można dostać się kolejką linową wprost z miasta. Teleferico de Merida jest podobno najdłuższą kolejką linową na świecie. Po przeciwnej stronie doliny wznosi się inne niezwykle malownicze pasmo - Sierra La Culata, z wysokogórskimi łąkami parámos porośniętymi gigantycznymi, dorastającymi do trzech metrów kuzynami naszej szarotki alpejskiej, zwanymi frailejones. W okolicach Meridy wszedłem na dwa czterotysięczne szczyty, oraz zrobiłem kilka trekingów, w tym jeden absolutnie niezwykły w poprzek Andów. Przez cztery dni wędrówki przez góry nie spotkałem żywej duszy, za to zaliczyłem wszystkie możliwe rodzaje krajobrazu – od wysokogórskich łąk poczynając, poprzez las mglisty, na równinach Los Llanos kończąc.

Z Meridy ruszyłem na północ szosą biegnącą wzdłuż Sierra Nevada de Merida. Pedałując przez góry pokonałem kilka wysokich przełęczy, z których najwyższą była Paso del Condor, o wysokości powyżej 4000 m. Podjeżdżałem na nią prawie dwa dni. Przez Trujillo dojechałem do miasta Guanare, w którym zakończyłem mój rajd przez wenezuelskie Andy.

Następnie autobusem dostałem się do Ciudad Bolivar nad rzeką Orinoko, skąd wyruszyłem na podbój południowo-wschodniej części kraju. Moim głównym celem była Gran Sabana, porośnięta stepem wyżyna przy granicy z Gujaną i Brazylią. Gran Sabana jest idealnym celem na rower – pusta szosa wije się wśród nieprawdopodobnych plenerów, niezliczonych wodospadów, wiosek Indian Pemòn i majestatycznych gór stołowych na horyzoncie. sabana

tepuiSabanaTo właśnie na szczytach tych gór, zwanych tepuis żyją ostatnie dinozaury – ostrzegała mnie pewna znajoma pięcioletnia dziewczynka. Wielkich gadów nie spotkałem, ale na szczycie Roraima - najwyższego i jedynego udostępnionego turystom tepui, zobaczyłem krajobrazy oraz gatunki roślin i zwierząt, jakich nie ma nigdzie indziej na Ziemi. Rzeczywiście mogłyby tam żyć dinozaury! Okazało się, że najbardziej drapieżni i krwiożerczy przedstawiciele lokalnej fauny są dużo mniejsi - maleńkie muszki puri-puri atakowały bez litości stadami. W sytuacji ciągłej ofensywy złaknionych krwi owadów są tylko dwa wyjścia. Pierwsze - owinąć się szczelnie ubraniem, spryskać repelentami, schować w namiocie - słowem, tonąc we własnym pocie starać się odeprzeć inwazję. Drugie - przybrać postawę stoicką i po prostu dać się pogryźć. Wybrałem tą drugą straregię: podziwiałem zapierające dech w piersiach widoki i chłonąłem atmosferę tego miejsca, nie zważając na maleńkie bestie. Bo w kontekście przyrody tepui i krajobrazów, nie miały one znaczenia. Widok płaskich gór o pionowych zboczach wyłaniających się niby wyspy z chmur, widziany ze szczytu Roraima jest tak samo niezapomniany, jak patagońskie wieże Torres del Paine czy bezkresna biel boliwijskiego Salar de Uyuni. Ileż nieprawdopodobnych krajobrazów Ameryka Południowa ma do zaoferowania!

Kiedy jechałem do Wenezueli, spodziewałem się kłopotów, jednak kłopoty mnie ominęły. Jedynymi problemami były: brak możliwości wypłaty gotówki z bankomatów oraz wysokie ceny. Zastałem kraj rozdarty politycznie i ekonomicznie, kraj niesamowitych kontrastów i paradoksów, ale nie uprzykrzało to w żaden sposób podróży. Wręcz przeciwnie. Powszechny strach przed Wenezuelą Chaveza, trzymający turystów na dystans (z wyjątkiem kilku największych atrakcji), spowodował, że mogłem podróżować przez regiony, gdzie ja sam byłem dla tubylców większym rerytasem, niż oni dla mnie. Wszyscy pytali, co robię w ich stronach, zamiast wylegiwać się na plażach na wyspie Margerita i dlaczego tak się męczę, choć w ich kraju benzyna kosztuje grosze. Informacja o „gringo loco” na rowerze wędrowała szybciej ode mnie. Wjeżdżając do niejednej miejscowości słyszałem: „Hola chamo Polaco!” zanim zdołałem się odezwać. Mimo oczywistych minusów związanych z pedałowaniem w upale, była to jedna z najciekawszych i najbardziej pouczających wypraw.