Wulkanologia Stosowana (2009)Puyehue crater

penitenty

To już siódma wyprawa do Ameryki Łacińskiej. Długo wahałem się czy wyruszyć w góry, czy na rower. W końcu zaważył fakt, że nie udało mi się znaleźć żadnej powalająco korzystnej oferty na przelot z moimi dwoma kółkami. No i to, że niecały rok wcześniej pedałowałem z górą dwa miesiące po Wenezueli. Więc teraz nadszedł czas na zmianę. Na początku lutego zaopatrzony w ciepłe górskie buty, lekki namiot, śpiwór puchowy, czekan, raki i parę innych gratów wylądowałem w Santiago. Tym samym z samego środka europejskiej zimy, wskoczyłem w sam środek południowego lata. Niewiele jest rzeczy równie przyjemnych, jak przeskok z zimowej kufajki i walonków wprost w sandały i szorty. Tak na dobry początek, bo w końcu nie przyjechałem do Chile na plażę.

Lonquimay

Jednak o mały włos nie skończyło się na plaży. Drugiego dnia w Santiago skradziono mi wszystkie pieniądze - miesięczny budżet ulotnił się w kilka sekund razem ze złodziejem. Na szczęście ocalały karty kredytowe, więc nie musiałem chodzić do ambasady po prośbie. Niemniej strata znacznej ilości gotówki miała swoje konsekwencje: musiałem bardzo okroić swoje plany w Chile i Argentynie, czyli tam, gdzie najdrożej. Z ciężkim sercem zrezygnowałem przede wszystkim z Ojos del Salado, do którego chciałem zrobić drugie podejście. W 2003 roku próbowałem wejść od strony chilijskiej. Zmogło mnie wtedy zapalenie płuc. Tym razem chciałem spróbować szczęścia od strony argentyńskiej. Jest ona dużo mniej dostępna, trudniejsza logistycznie, a więc i droga (mimo, ze w Chile trzeba zapłacić za pozwolenie na wspinaczkę, a w Argentynie nie). slopes of puyehuePo stronie argentyńskiej konieczne jest na przykład wynajęcie mułów i poganiacza, a to kosztuje. Trudno, do trzech razy sztuka. Może już wkrótce…

Mimo katastrofalnego początku, pierwsze trzy tygodnie spędziłem na południu Chile. Patagonii, choćby i na krótko, po prostu nie mogłem przepuścić. W okolicach Osorno i Temuco zrobiłem dwa ładne trekingi i wszedłem na trzy piękne wulkany: Lonquimay, Tolhuaca i Puyehue. Niezbyt wysokie – wszystkie poniżej 3000 m, ale piękniejsze od niejednego olbrzyma. Są centralnymi punktami dwóch chilijskich parków narodowych, które akurat w Araucanii i Los Lagos należą do najlepszych na kontynencie (ech, te gorące źródła i araukarie!).

slopes of Puyehue frank_frazeta

Uwielbiam wchodzić na wulkany z trzech powodów. Po pierwsze - nie trzeba zbytnio kombinować, bo najczęściej z każdej strony jest tak samo łatwo, albo jednakowo trudno. Po drugie - jak już jesteś na szczycie, to w nagrodę możesz zajrzeć (a czasami i zejść) do krateru. Taki fajny bonus, którego „zwyczajne” góry nie mają. Po trzecie - patrząc z wierzchołka wulkanu, zwykle nie znajdziesz nic równie wysokiego w okolicy. Więc twoja góra wydaje się sięgać nieba, a ty stoisz na jej czubku! Nieopisane uczucie! Nie lubię natomiast grzęznąć w popiele podczas wspinaczki (co innego zbiegać wielkimi szusami w dół), więc staram się wybierać wulkany z lodowcem na szczycie, albo też wchodzę na nie zimą.

W mojej nowej, trudnej sytuacji ekonomicznej dwa razy więcej czasu, niż pierwotnie zamierzałem, spędziłem w taniej Boliwii. Z pożytkiem dla całej wyprawy, jak sądzę, bo zrobiłem tam kilka przepięknych trekingów, w tym jeden wysokościowy w zupełnie dzikim, nieodkrytym rejonie Cordillera Real, czego w innej sytuacji bym nie doświadczył. Nieistniejący szlak zawiódł mnie z La Cumbre na zachód, do doliny Zongo. Przez pięć dni marszu, pokonując cztery kolejne doliny i pięć wysokich przełęczy, kierowałem się tylko kompasem oraz intuicją. W tym czasie w górach padał śnieg. Nie spotkałem ani jednego człowieka, czy nawet śladów po ludziach. Przez dolinę Zongo przechodzi podrzędna droga – ruch niewielki, ale wystarczający, żeby się wydostać i wrócić do cywilizacji. Jest tam też schronisko. Jego gospodyni stwierdziła, że jak żyje, nie pamięta, żeby kiedykolwiek zachodni turysta pokonał bez przewodnika trasę, którą właśnie ukończyłem.

pico austriacondoririInna wycieczka warta wzmianki biegła starym szlakiem Inków (Taquesi). W wielu miejscach - nawet na przełęczach powyżej 4000m - napotkałem świetnie zachowane, bardzo wyrafinowane kamienne schody, chodniki, barierki, kanały irygacyjne i mostki! To co się zachowało i fakt, że w ogóle się zachowało, wystawia jak najlepsze świadectwo starożytnym architektom. Szlak jest zaskakująco mało uczęszczany jak na swoją atrakcyjność. Być może przyczyną tego stanu rzeczy była pora deszczowa - trzy dni z czterech lało okrutnie. Na całej trasie spotkałem jedynie pięcioro Hiszpanów, jeszcze większych ekstremalistów, bo szli w dżinsach, z namiotem z supermarketu, i prawie bez jedzenia. Tak jak ja w czasach studenckich. Wiadomo, najważniejsza jest siła ducha! W niższych partiach mieliśmy nie lada problem, bo jedna z rzek tak wezbrała po deszczach, że nijak nie dało się jej przejść wpław. Musieliśmy szukać drogi dookoła, na przełaj przez las tropikalny. Wtedy akurat zrobiła się nagle pogoda – w życiu nie widziałem jednocześnie tylu pięknych motyli! Wyglądało to tak, jakby całe królestwo owadów wyfrunęło naraz z kryjówek po dżdżystych dniach. Do dziś uśmiecham się na wspomnienie tamtych kolorowych rojów wśród zieleni.

Przy okazji wspomnianych trekkingów wszedłem na dwa szczyty powyżej 5000 m. Próbowałem również wejść samotnie na popularny sześciotysięcznik - Huayna Potosi. Trudności w sumie niewielkie i miałem dobra aklimatyzację, jednak spora ekspozycja i ryzyko „pojechania” w stromym lodzie spowodowały, że musiałem odpuścić pod samym wierzchołkiem. Taki jest urok samotnego łażenia z minimalnym sprzętem po stromych lodowcach.

llamaCordillera RealZ innego rodzaju przygód - w Boliwii spędziłem dwie doby w stanie agonalnym, przechodząc chyba najostrzejsze w życiu zatrucie. Szczęśliwie w wygodnym hotelu w Soracie, a nie w namiocie wysoko na grani. Duże szczęście w nieszczęściu. Potem jeszcze kilka dni dochodziłem do siebie, zanim nabrałem dość sił, żeby znowu ruszyć w góry. Po tym niemiłym doświadczeniu, fortuna była już dla mnie tylko łaskawa.

Mimo ryzyka w kwestiach kulinarnych, Boliwia jest moim ulubionym krajem w Ameryce Łacińskiej. Trudno było ją opuszczać. Jednak w końcu musiałem, bo i tak znacznie przekroczyłem dozwolony miesięczny okres pobytu zaordynowany w paszporcie, a za każdy dzień zwłoki trzeba płacić karę. Miałem więc do wyboru: powrót do La Paz i uregulowanie rosnącego z każdym dniem rachunku oraz petycję o następny stempelek, albo ewakuację do Argentyny. Do Argentyny było bliżej, prościej i taniej. W najgorszym wypadku musiałbym wcisnąć parę dolarów boliwijskiemu strażnikowi granicznemu, żeby „nieuważnie” popatrzył na datę w paszporcie. Patrzył nieuważnie i bez łapówki.

San Jose sunsetvolcan San JoseUdałem się do Salty. Jako, że idea wejścia na Ojos del Salado ulotniła się razem z moją gotówką, mogłem przeprosić się z planami, które kiedyś tam odłożyłem na półkę, a które były niewspółmiernie bardziej ekonomiczne. Wybrałem Nevados de Cachi, piękny rejon na północy Argentyny, w Europie prawie w ogóle nie znany. Ostrzyłem sobie na niego zęby już od kilku lat. Miał tę zaletę, że mogłem obejść się bez wynajętego jeepa, mułów i innych kosztownych ekstrawagancji. Cała logistyka sprowadzała się do podjechania jak najdalej lokalnym autobusem, a następnie maszerowania przez kilka dni pod górę na własnych nogach. Prosto i tanio – czyli tak, jak lubię! Inną zaletą było to, że w Nevados de Cachi bazę zakłada się na wysokości prawie 5600m. Na tyle wysoko, że mogłem jeszcze odrobinę poprawić moją aklimatyzację z Boliwii. Dodatkowo z owej bazy, w zasięgu jednego dnia wspinaczki były aż cztery sześciotysięczniki, wszystkie łatwe. Spędziłem więc cztery dni na wysokości 5600m, jak na innej planecie, codziennie wchodząc na jeden wysoki szczyt (najwyższym był Libertador San Martin o wysokości 6380m). Woda z lodowca sączyła się tylko w środku dnia, szczyty wokół wprawiały mnie w zachwyt, zwłaszcza amarantowe w zachodzącym słońcu, a ja osiągnąłem stan oderwania od świata, porównywalny chyba tylko z samotnym pobytem na Atakamie w 2003 roku (właśnie przy okazji pierwszej próby wejścia na Ojos). W żadnym wypadku nie jestem samotnikiem, ale czasem po prostu samotność mi nie przeszkadza, zwłaszcza w pięknym otoczeniu. Pozwala zająć się swoimi myślami, wyostrzyć zmysły i umysł. Muszę przyznać, że po owych czterech dniach niechętnie schodziłem znów w doliny.

Ostatnią ambitniejszą rzeczą, jaką zrobiłem przed powrotem do Europy (bo robiłem też rzeczy całkiem nieambitne, jak leniuchowanie na plaży w Viña del Mar, albo na Wyspie Słońca, na jez. Titicaca), było samotne wejście na wulkan San Jose w pobliżu Santiago de Chile. Wysoki, więc wyczerpujący szczyt, zwłaszcza po trzech miesiącach wędrówek z plecakiem, jednak miałem już wtedy bardzo dobrą aklimatyzacje, więc całe wejście i zejście zajęło mi cztery dni. Kolejna góra, która czekała kilka lat na swoją kolej i uległa przy rewelacyjnej pogodzie (choć w huraganowym wietrze na szczycie). W ciągu trzech miesięcy wyprawy, tylko w Boliwii czasem lało albo sypał śnieg. Po za tym miałem szczęście do pogody. W Andach to trochę jak wygrana na loterii.

Nawet gdy patrzyłem na nie po raz ostatni, siedząc w samolocie z Santiago do Sao Paulo, Andy pożegnały mnie pięknym zachodem słońca - prawdopodobnie najlepszym widokiem z powietrza, jaki widziałem życiu. Tak, jakby chciały się upewnić, że będę za nimi tęsknił. Ciekawe, bo nie dalej jak rok wcześniej, zjeżdżając rowerem z ostatnich wenezuelskich przełęczy, zastanawiałem się czy jeszcze kiedyś zobaczę te wspaniałe, najdłuższe na świecie góry. W każdym razie skłonny byłem przypuszczać, że nieprędko. Tym razem jakoś nie miałem takich wątpliwości. Wiedziałem, że niebawem znowu wrócę w Andy.

penitentes