Na rowerze przez siedem krajów (2010)twin volcanos

Plan objechania rowerem jeziora Titicaca kołatał mi się po głowie od dawna. Największe jezioro Ameryki Południowej i jednocześnie największe wysokogórskie jezioro na świecie jest wymarzonym celem na taką wyprawę. Otoczone z kilku stron przez wysokie góry, z pozostałych zaś przez płaskowyż Altiplano, było miejscem narodzin wspaniałej cywilizacji Inków i wciąż jest mocno bijącym sercem regionu. O tym, że Lago Titicaca to historyczna kolebka ludów Andów, żywo przypominają tradycyjne społeczności Aymara i Keczua skupione w niezliczonych wioskach na jego brzegach, więc podróż wokół jeziora jest zarazem podróżą do źródeł andyjskiej tradycji i kultury.

titicacaRajd rozpocząłem i zakończyłem w okolicach Copacabany – przyjemnego portu w boliwijskiej części jeziora. Początkowo posuwałem się północno-wschodnim brzegiem w stronę granicy peruwiańskiej. Wody zbiornika po tej stronie napotykają na stoki pobliskiej Cordillera Real. Droga wciśnięta między wodę i góry wije się nad błękitną taflą jeziora, dostarczając rewelacyjnych widoków. To, oraz fakt, że jest tu bardzo wiele wiosek, w których Indianie żyją w tradycyjny sposób, sprawia, że północno-wschodni brzeg Titicaca jest dużo bardziej atrakcyjny, niż część południowo-zachodnia w której koncentruje się cały ruch turystyczny. Dlaczego więc tak mało turystów tu zagląda? Powody są dwa – brak dobrej drogi po tej stronie i brak oficjalnego przejścia granicznego między Peru i Boliwią. Aby objechać jezioro dookoła obie przeszkody należało pokonać.

Im rikszebliżej granicy, tym droga rzeczywiście stawała się gorsza. Asfalt zniknął i dwadzieścia kilka kilometrów z każdej strony granicy oba kraje łączył tylko ledwie przejezdny piaszczysty trakt. Mimo braku oficjalnego przejścia, migracja towarów i ludzi toczyła się tędy jak gdyby nigdy nic. Na samej granicy odbywał się nawet posiadający długą tradycję rynek. Nieoficjalny szlak znany był z jeszcze jednego powodu - stanowi główną trasą przerzutową kokainy z Boliwii do Peru. W związku z tym po stronie peruwiańskiej na porządku dziennym są blokady drogowe i drobiazgowe kontrole prowadzone przez oddziały wojska wyposażone w pojazdy pancerne i broń maszynową. W moim przypadku widok uzbrojonych po zęby żołnierzy był źródłem stresu z innego powodu – nie miałem oficjalnego stempelka w paszporcie, więc w świetle prawa przebywałem w Peru nielegalnie.

policja sponsorowanaDalej po stronie peruwiańskiej szlak był w lepszym stanie – widać było, że Peruwiańczycy nawet na rubieżach swojego kraju, bardziej niż kiedyś inwestują w infrastrukturę. Utwardzana droga wciąż była wycięta w stromych stokach gór, wyrastających wprost z jeziora i oferowała spektakularne widoki, a ludzie w napotkanych co kilka kilometrów wioskach byli niezwykle serdeczni. Sposób życia nie zmienił się tu od stuleci. Miejscowi co rano wychodzą z narzędziami i zwierzętami na pola, upchnięte gdzie się tylko da wśród gór i rozrzucone na dużym obszarze. Wieczorem wracają, prowadząc zwierzęta do domu na noc i niosąc na plecach chrust albo plony. W związku z tym rano i wieczorem droga zapełniała się ludźmi. Każdy mijany campesino rzucał w moim kierunku przynajmniej „Dzień dobry”, a często była to dłuższa rozmowa.

W Huancané droga odbiła na południe i krajobraz natychmiast się zmienił. Wysokie góry zostały na horyzoncie, pojawiło się więcej pól i jezioro majaczyło już tylko gdzieś w oddali. W końcu w Juliaca mój trakt połączył się z drogą z Cuzco i wkroczył na równinne tereny wyżyny Altiplano. Ten ruchliwy odcinek byłbym uznał za nudny, gdyby nie fascynujące grobowce przedinkaskiej kultury Qolla w Sillustani i problem, który teraz naprawdę spędzał mi sen z powiek – jak wrócić do sillustaniBoliwii przez strzeżoną granicę, skoro w Peru byłem, hmm... nieoficjalnie. Problem rozwiązał się dzięki szczęściu i odrobinie zdolności aktorskich. Na przejściu granicznym zrobiłem trochę zamieszania, udając zagubionego gringo, który wcale nie chce przekraczać granicy, tylko szuka warsztatu rowerowego. Mój rower rzeczywiście wymagał naprawy i - o dziwo - tak peruwiańscy, jak i boliwijscy żołnierze „kupili” tę historię. W ten sposób wjechałem do Boliwii i nikt nawet nie zajrzał mi w paszport.

Na kilka dni wróciłem do La Paz, a potem wyruszyłem na południe. Trasa wiodła przez Altiplano, na zmianę po chilijskiej i po boliwijskiej stronie granicy. Problem z przekraczaniem chilijskiej granicy jest taki, że kraj ten zabrania wwożenia szeregu produktów żywnościowych na swoje terytorium. Nikogo nie obchodzi, że przemieszczasz się w tempie kilkudziesięciu kilometrów dziennie przez totalne pustkowia, więc to co kupiłeś w ostatnim sklepie w Boliwii teraz musi ci wystarczyć na tydzień, albo dłużej. Co zrobić, jeśli nie chcesz na granicy stracić całych zapasów i potem polować na lamy i wigonie w celu utrzymaniu się przy życiu? Moim sposobem było zostawianie całej żywności (oprócz kilku zupek chińskich, bo przecież coś musiałem mieć w sakwach!) pod przydrożnym kamieniem, kilkaset metrów przed granicą, a potem powrót po depozyt po przejściu kontroli bagażu. Jeśli jesteś rowerzystą, zwykle nikogo nie obchodzi, co robisz przed i po odprawie. Możesz kręcić się pod nosem celników w tę i z powrotem, ważne żebyś się zgodnie z procedurą odprawił.

Posuwając się wzdłuż granicy na południe przejechałem przez trzy wyschnięte słone jeziora, każde następne większe od wigoniepoprzedniego. Najpierw był Salar de Surire po stronie chilijskiej, a potem kolejno: Salar de Coipasa i Salar de Uyuni w Boliwii. Odcinek między nimi okazał się jednym z cięższych doświadczeń tej podróży, bo przez cały dzień pchałem rower przez piaszczystą półpustynię i nawet nie byłem pewny, czy idę w dobrym kierunku. Od szaleństwa uchroniła mnie książka Phillipa Dicka w postaci audiobooka i świadomość, że szedłem w stronę Salaru de Uyuni – jednego z najpiękniejszych miejsc na Ziemi. Największe słone jezioro na świecie odwiedziłem na rowerze już po raz trzeci; pierwszy raz wjechałem nań od północy. Znów spędziłem trzy dni w niedającej się opisać bieli, jeżdżąc bez pośpiechu z jednej pełnej kaktusów wyspy na drugą i śpiąc na twardej, słonej równinie nario paraguay wysokości blisko 4000 m, jak na powierzchni innej planety.

Z Uyuni przez Potosi udałem się do Villamontes we wschodniej Boliwii, a następnie pedałując przez sam środek piekielnego Gran Chaco, przekroczyłem granicę z Paragwajem. Tereny przez które teraz podróżowałem, to ogromna, niesłychanie sucha i gorąca równina, porośnięta tylko kolczastymi zaroślami, czy też rodzajem rzadkiego lasu. W tej krainie wszystko co żyje ma kolce, temperatury latem dochodzą do 50˚ C i zanim zbudowano tędy drogę, Gran Chaco było jednym z najbardziej niedostępnych miejsc na Ziemi. Paragwaj od dawna fascynował mnie samym faktem, że to zupełnie nieznany i omijany przez turystów kraj. Nie rozczarowałem się – mimo, że nie ma tam słynnych atrakcji, pod względem przyrodniczym i kulturowym ten kraj jest perełką. W Gran Chaco można spotkać więcej zwierząt niż podczas płatnych wycieczek po boliwijskiej pampie, a tamtejsze kolonie niemieckich Mennonitów, to swoiste państwo w państwie. Oddzielnym światem jest społeczność Indian Guarani – największego plemienia nizinnej Ameryki, jeszcze innym - tchnąca prowincjonalnym spokojem stolica Asuncion na rzeką Paraguay. Natomiast Paragwajczycy to niezwykle ciepły i żywiołowy naród.iguazu

W Ciudad del Este pożegnałem się z Paragwajem. Wjechałem do Brazylii i już dwa dni później przekroczyłem granicę z Argentyną. Tam na wstępie zwiedziłem słynne wodospady Iguazu – czekałem na tą okazję od lat. Cataratas zrobiły na mnie kolosalne wrażenie - cały dzień można chodzić od wodospadu do wodospadu i zawsze jest jeszcze jakiś, którego nie widziałeś. Niektóre onieśmielają ogromem, a każdy wita cię tęczą. Wszystko to w tropikalnej scenerii gęstej puszczy, pełnej motyli i ptaków. Przy Cataratas de Iguazu, druga największa geograficzna atrakcja Argentyny – Glaciar Perito Moreno, wydaje się czymś skromnym i zwyczajnym – jednym z wielu podobnych do siebie lodowców.

missionesRuszyłem dalej przez prowincję Misiones, wciśniętą niczym klin między Paragwaj i Brazylię. To kraina specyficzna – ziemia ma tu ceglany kolor, powietrze jest parne, a krajobraz typowo rolniczy. Dominują uprawy yerba mate – z której przyrządza się ulubiony napój Argentyńczyków i mój. Odkryłem, że plantacje yerby to idealne pola biwakowe, bo drzewka sadzone są w znacznych odstępach, a trawa miedzy nimi często koszona. Lepsze były tylko sady mandarynkowe, pełne soczystych owoców. W Misiones co rusz można spotkać ruiny misji jezuickich oraz - świadectwo o wiele nowszej historii – osady polskich imigrantów. Pierwsze plantacje yerba mate założyli tu właśnie Polacy, którzy przybyli z Galicji jeszcze w czasach zaborów. Dziwnie było jechać wśród czerwono-zielonych wzgórz północnej Argentyny i widzieć na przydrożnych reklamach i tabliczkach miejscowości polskie nazwy.urugwaj

Niestety, prowincja Misiones jest również korytarzem łączącym Argentynę z Brazylią, więc jazda rowerem główną drogą na południe to uciecha w rodzaju rosyjskiej ruletki. Wąska szosa bez poboczy zapchana była wszelkiej maści ciężarówkami i autobusami. Sznur pojazdów mijał mnie o milimetry, a ja co chwila żegnałem się z życiem. W taką drogową ruletkę grałem non stop przez trzy dni i gdy wreszcie udało mi się czmychnąć w boczną drogę, nerwy miałem w strzępach. Dodatkowo zima na południowej półkuli dopadła mnie w końcu - przez cały ten czas padał deszcz i towarzyszyła mi aura, jak u nas w październiku.

Ostatnim, siódmym już krajem na trasie był Urugwaj. Kraj znany w Europie wyłącznie z tradycji piłkarskich był również i dla mnie białą plamą na mapie. Niestety nie udało mi się jej zapełnić, bo zaraz za granicą, w miejscowości Mercedes, bankomat pożarł mi kartę, kiedy próbowałem wypłacić pieniądze. Zgodnie z prawem Murphy’ego, całe zdarzenie miało miejsce w piątek. Musiałem więc czekać do poniedziałku, aż otworzą bank i ktoś wydobędzie z wnętrzności pazernej maszyny mój cenny kawałek plastiku. Plan, żeby urugwajskim brzegiem zatoki La Plata dojechać do Colonia de Sacramento i stamtąd przeprawić się promem do Buenos Aires, przez ten głupi przymusowy postój okazał się nierealny. Po prostu zabrakło mi czasu. Niepocieszony wsiadłem w autobus i wróciłem do Buenos w dużo mniej spektakularny sposób. Jednak obiecałem sobie, że jeszcze kiedyś przyjadę do Urugwaju, najlepiej latem. Minęły cztery miesiące, odkąd ze stolicy Argentyny wyruszyłem w podróż. Wyjeżdżałem stamtąd pod koniec lata na południe - w stronę Patagonii. Wracałem z północy – od strony Brazylii. I był początek zimy.titicaca