Tierra del Frio (2010)

deseado valley

deseadoZiemia Ognista – wyspa przycumowana do południowego czubka Ameryki Południowej. Na mapie przez jej środek biegnie pionowa linia - to granica między Argentyną i Chile. W praktyce oddziela ona od siebie dwa różne światy. Argentyńską połowę wyspy spaja asfaltowa szosa, jest tam miasto Rio Grande i kurort Ushuaia - z wyciągami narciarskimi, luksusowymi hotelami i międzynarodowym lotniskiem. Po stronie chilijskiej nie ma prawie nic. Jedyna osada – Porvenir, znajduje się na północno-wschodnim krańcu wyspy, bardziej na południe spotkać można jedynie pojedyncze farmy lub obozy wojsk inżynieryjnych budujących drogę. Lichy trakt póki co urywa się wśród gór i minie pewnie jeszcze dobrych parę lat zanim będzie tędy można dotrzeć do kanału Beagle, na wysokość argentyńskiego Ushuaia.

deseadoW Ushuaia na rowerze już byłem. Pomysł by teraz dojechać po stronie chilijskiej dokąd tylko się da na południe, wydawał się oryginalny i ambitny. Zwłaszcza u progu zimy. “Niewielka szansa, że ktoś czegoś takiego już kiedyś próbował” – myślałem i oczywiście nie liczyłem na towarzystwo. Tymczasem w Punta Arenas, w kolejce po bilety na prom do Porvenir, spotkałem Michała z Wejcherowa, który miał rower, doświadczenie, górę zapasów i... ten sam pomysł. W międzyczasie przyłączyła się Asia, która akurat skończyła samotny, półtoramiesięczny rajd rowerem po Carretera Austral i Patgonii. Zaś na promie do Porvenir spotkaliśmy Alexa - cyklistę z Anglii, który właśnie kończył wyprawę życia przez Amerykę Południową. Wyglądało na to, że tej zimy masa rowerzystów zawitała na chilijskie dzikie południe!

passZ rowerami obładowanymi zapasem jedzenia i paliwa na kilka tygodni przeprawiliśmy się przez Cieśninę Magellana. Po drugiej stronie, w Porvenir przywitał nas huraganowy, lodowaty wiatr. Wiał oczywiście w przeciwnym kierunku i przez następne dni uprzykrzał nam życie. Jechaliśmy przez otwarty step, więc nasze tempo było mizerne. Dopiero gdy wjechaliśmy w góry, wiatr przestał mieć znaczenie. W górach za to zepsuła się pogoda – najpierw zaczął padać deszcz, potem deszcz ze śniegiem, w końcu już sam śnieg. W tej części świata zaczynała się już zima! Na szczęście nad jeziorem Deseado natknęliśmy się na prymitywny schron z trzema tylko ścianami, ale za to z piecem zrobionym z beczki po ropie i zapasem drewna, więc mogliśmy się nieco wysuszyć i ogrzać.

estaestancia geskowskiCzym dalej na południe, tym piękniej i bardziej dziko. Jechaliśmy przez mieniące się jesienną czerwienią lasy lenga, spotykaliśmy guanaco i lisy. Oraz garstkę ludzi, którzy utrzymują się tam z hodowli owiec, rybołówstwa i pozyskiwania drewna. Od samego początku doświadczyliśmy ich niezwykłej serdeczności i gościnności. Dochodziło do nieprawdopodobnych sytuacji – pytaliśmy, czy można obok czyjegoś domu rozbić namiot, a zapraszano nas na uroczystą kolację z deserem; pytaliśmy się o drogę, a stawiano przed nami talerze z jedzeniem i ofiarowywano prowiant; próbowaliśmy w tartaku kupić paliwo, a oprowadzano nas po nim przez dwie godziny i zapoznawano z technologią obróbki drewna.

inutillengaW międzyczasie rozstaliśmy się z Alexem, który przekroczył granicę z Argentyną i obrał kurs na Ushuaia. My zaś, już w całkowicie polskim składzie, przystąpiliśmy do ostatniego etapu – pokonywania ośnieżonych przełęczy oraz bagnistych dolin w parku Karukinka na południu wyspy. Po dziewięciu dniach dojechaliśmy nad jezioro Fagnano, gdzie kończyła się droga. Prawdziwy koniec świata! Trafiliśmy tam na pojedynczą estancie - jedyny dom w promieniu wielu kilometrów. Jej właściciel nazywał się... German Genskowski. Był prawnukiem polskich emigrantów i znał nawet kilka słów po polsku. Z żoną Marieselą mieszkał tam od dwudziestu czterech lat i w tym czasie, jak wspomniał, tylko dwa razy wcześniej dotarli do niego Polacy – raz Krzysztof Wielicki z ekipą w czasie próby eksploracji Cordillera Darwin, innym razem trzech śmiałków, którzy przeszli przez góry od strony zatoki Yendegaia. Señor Genskowski ratował im tyłki, bowiem utknęli po drugiej stronie rzeki Azopardo, która rzeczywiście jest niesłychanie trudna do przebycia. My byliśmy pierwszą ekipą z Polski na rowerach.

Powrót okazał się jeszcze większym wyzwaniem, bowiem w górach napadało więcej śniegu i w wielu miejscach musieliśmy przepychać rowery. Na przełęczy nad jeziorem Deseado przeżyliśmy prawdziwą śnieżycę. Tego dnia pod wieczór przygarnęli nas do swojej chatki robotnicy leśni. Nie tylko mogliśmy się ogrzać, ale jeszcze najeść wspaniałym, świeżo złowionym i uwędzonym łososiem. Po raz kolejny przypadkowo napotkani ludzie okazali się wspaniali!