Salar de Uyuni

Najszersza autostrada w Boliwii

sunrise in Salar de Uyuni

Przez ostatnich kilkanaście dni kurczowo trzymałem się gór. Tak jakbym bał się, że droga z widokiem na płaski horyzont zabije magię tej podróży. Coś w tym jest. Niepewność czaruje i wyostrza zmysły na świat wokół. Jakaś szczególna frajda jest w tym, że nie widzisz, co cię czeka za najbliższym wzniesieniem, albo za zakrętem doliny i nie wiesz, ile będziesz musiał pedałować pod górę, zanim pomkniesz w dół. Nie mówiąc już o niezliczonych okazjach do zdjęć.

 

Zgodnie z tą filozofią, ostatnimi tygodniami, zamiast mknąć przez równy jak stół płaskowyż Altiplano, wybrałem mozolną trasę na około przez Andy. Zmagałem się z rozjechanymi, piaszczystymi drogami, kaprysami pogody i topografią. W górę i w dół – stało się moim mottem i mantrą. Gromadziłem w nogach kilometry różnicy wzniesień. Zaliczałem kolejne przełęcze, nieraz przez wiele godzin pchając rower, tylko po to, żeby zaraz zjechać na dno następnej doliny i zacząć wspinaczkę od nowa.

 

Ale teraz już dość. Oto dotarłem do miejsca, którego nie ominie żaden turysta podróżujący rowerem, a które - tak się składa – należy do najrówniejszych obszarów na Ziemi. Dziesięć tysięcy kilometrów kwadratowych płaskiej jak stół, słonej równiny. Salar de Uyuni – największe wyschnięte słone jezioro świata. Oto najszersza autostrada w Boliwii. Albo, jak dla mnie - najszersza ścieżka rowerowa.

Tak naprawdę to jedyna autostrada w tym kraju. Faktem jest, że Boliwia nie słynie ze świetnych dróg. I teraz przez kilkanaście kilometrów wciąż grzęznę w piachu podążając na północ równolegle do krawędzi Salaru. W końcu udaje mi się znaleźć dogodny wjazd. W małej sennej wiosce Colchani boczna droga odbija na zachód i po kilku chwilach wjeżdżam w słoną pustynie.

 

Szok i zachwyt. Warto było jechać przez dwa miesiące, żeby tu dotrzeć. Biel aż po horyzont. Krajobraz spokojnie mógłby udawać Arktykę w jakimś filmie. Po niedawnej przeprawie przez góry, teraz idealnie pozioma przestrzeń nie z tego świata, przyprawia o zawrót głowy. Białą Incawasi island - Salar de Uyunipłaszczyznę tylko w kilku miejscach łamią na horyzoncie ciemne stożki wysp. Jedna z nich to słynna Isla de Pescado, druga - Isla Incawasi. Wydaje się, że dałbym radę jeszcze dzisiaj do nich dotrzeć. Niesłychana przejrzystość powietrza i brak punktów odniesienia całkowicie fałszują poczucie odległości.

 

Właściwie to mógłbym teraz jechać w dowolnym kierunku, choć wygodniej i bezpieczniej jest podążać śladem miejscowych samochodów terenowych i ciężarówek. Samo pojęcie drogi jest tu bardzo umowne, jednak wszystkie auta jeżdżą z grubsza tą sama trasą. Jeden z takich samochodów właśnie specjalnie przystanął, by spragnieni wrażeń Amerykanie mogli mnie dokładnie sfilmować i obfotografować. Ok, samotny cyklista z górą bagażu to nie to samo co lama z czerwonymi frędzelkami albo dziecko z owieczką, przebrane za Inkę, ale na środku słonej równiny dobre i to. No, nie można być przecież szczególnie wybrednym, gdy się zapłaciło za wycieczkę "tylko" 200 dolarów.

 

czytaj dalej >>