Northern Vietnam

Wietnamskie awarie i wypadki

czyli jak nie podróżować motocyklem

 

Heart beat of Vietnam

Czwarty dzień w trasie niespodziewanie przywitał mnie słońcem. Po dwóch mżystych dniach w Hanoi i deszczowym początku podróży, nareszcie mogłem wyczyścić motor z błota. Na dzień dobry miałem z nim problem - silnik ani myślał zapalić. Próbowałem dodawać gazu, próbowałem z kopniaka i nic. Na pomoc przybiegł jeden Wietnamczyk, potem drugi. Nic nie wskórali. W końcu dopchaliśmy pojazd do warsztatu, który był tuż za rogiem. W Wietnamie warsztat zawsze jest tuż za rogiem. Mechanicy rozkręcili Yamahę na kawałki i poczęstowali mnie zieloną herbatą. Cała naprawa, polegająca na rozłożeniu gaźnika i wymianie czegoś tam ze środka, zajęła czterdzieści minut i kosztowała w przeliczeniu 20 złotych. Ważne, że motocykl zmartwychwstał. O jedenastej znowu byłem w drodze.

 

Słońce przygrzewało, aż miło, więc stanąłem, żeby posmarować kremem ręce i twarz. Kiedy to robiłem, z przystanku autobusowego po drugiej stronie szosy przypatrywały mi się trzy Wietnamki. Po chwili zdobyły się na odwagę, podeszły i na migi poprosiły o trochę kremu – też chciały sobie posmarować buzie. Chwilę później wszystkie trzy z porcją kremu w łapce popędziły do autobusu.

 

Mountain road

Drogi w północnym Wietnamie
przyprawiają o zawrót głowy.

Po paru godzinach wyścigu z setką kurzących ciężarówek i tysiącem lokalnych kamikadze na motorkach zatrzymałem się, żeby ukoić zszargane nerwy i wypić kawę. W kawiarni zgaduj zgadula co zamówić, bo menu zapisane było tutejszymi hieroglifami. Zamiast mrożonej kawy dostałem filiżankę z dziwną, metalową przybudówką, szklankę z lodem i drugą filiżankę ze skondensowanym mlekiem. Nie do końca ogarniałem, jak tą wyrafinowaną aparaturę do parzenia obsłużyć.

 

Naprzeciwko kawiarni powykręcany człowieczek bez nóg pchał środkiem ulicy na wózku siebie i głośnik ze wzmacniaczem. Na cały regulator grzmiała z niego muzyka. Kombinacja wietnamskiego folku z faktem, że kaleka ryzykował życie pełznąc pod kołami samochodów sprawiała, że ludzie chętnie rzucali mu jałmużnę. Po drugiej stronie ulicy był bankomat. Wypłaciłem gotówkę i znowu miałem problem z przeliczeniem wietnamskich milionów na dolary. Czemu tu, tak jak kiedyś w Polsce, nie obetną po prostu kilku zer? Pewnie tutejsi guru ekonomii przewidują, że wietnamski dong lada dzień nieprawdopodobnie się wzmocni.

 

Słońce wisiało nisko nad horyzontem, kiedy przekraczałem coraz wyższe przełęcze w dziwnych wapiennych górach, sterczących w niebo jak kopce gigantycznych kretów. W dolinach, jedno przy drugim, ścieliły się pola ryżowe, na których, mimo późnej pory, uwijali się wieśniacy. W północnym Wietnamie wśród mniejszości etnicznych dominują Tajowie. Łatwo ich rozpoznać. Szczupli ludzie o przyjemnych, pociągłych twarzach i śniadej skórze mają zupełnie inną fizjonomię, niż ci z południa. Tajskie kobiety, z upiętymi w koki i owiniętymi w kolorowe chusty włosami, są o niebo ładniejsze od wietnamskiej przeciętnej. W mijanych wioskach dzieciaki machały do mnie przyjaźnie, krzycząc "hello!" Dorośli byli bardziej powściągliwi, chociaż przyglądali mi się ciekawie.

Thai minority

W lokalnym tyglu etnicznym dominują Tajowie.

 

Gdy podjeżdżałem na kolejną przełęcz, zrobiło się ciemno. Na szczycie zorientowałem się, że w motocyklu zdechły światła. Zakląłem pod nosem – więc to nie koniec technicznych problemów na dzisiaj. Tak to jest, jak się kupuje jednoślad za niecałe dwieście dolarów. Zresztą nieważne, ile zapłacisz – jak się nie znasz, to i tak ci tu wcisną ostatniego rzęcha. Napędzany adrenaliną i maksymalnie skupiony popędziłem po ciemku karkołomnymi serpentynami w dół po drugiej stronie przełęczy. Przyświecałem sobie latarką, ale i tak miałem duszę na ramieniu, bo droga pozbawiona była barierek i osiągała 12% nachylenia. Ani ja nic nie widziałem, ani nie widzieli mnie kierowcy nadjeżdżający z naprzeciwka. Nie byłem jedyny - w Wietnamie cała rzesza pojazdów jeździ bez świateł. Jakoś udało mi sie nie spaść w przepaść i ostrożnie zjechałem w dolinę. Pół godziny później doturlałem się do stolicy prowincji - siedmiotysięcznej mieściny Tuan Giao.

 

Socrealistic hotel

Pensjonat jak z socjalistycznej bajki

W mieście, o dziwo, znalazłem przyzwoity hotel. Pensjonat wypisz-wymaluj wyjęty z socjalistycznej bajki – na ścianach wisiały czerwone gwiazdy, sierpy, młoty oraz portrety wodzów rewolucji. Za to w pokoju miałem łoże z baldachimem. Zszedłem na kolację do sali konferencyjno-balowej, wystrojem pasującej do dawnych socjalistycznych dancingów albo gabinetów obrad partii: na oknach królowały różowe, bistorowe kotary, a największa ściana przyozdobiona była udrapowaną wietnamską flagą i popiersiem Ho Chi Minha. Zamówiłem na migi kilka piw "Hanoi" i kurczaka z kapustą. Szare mięso w ogóle nie przypominało kurczaka. Popijając zupę wprost z miseczki (łyżki nie dali), zastanawiałem się, czy kurczak za życia przypadkiem nie był psem.

 

Od samego początku coś mi się psuło w motocyklu i aż dziw, że wciąż posuwałem sie naprzód. Takiego grata w Hanoi kupiłem! Z jednej strony miałem serdecznie dość codziennych problemów technicznych, jednak z drugiej strony były one nieustannym źródłem przygód i okazji do spotkań z ludźmi. Reguła była taka: kiedy tylko myślałem, że najgorsze mam już za sobą i nic poważniejszego nie może się wydarzyć, natychmiast przekonywałem się, że jednak może. Każda następna awaria okazywała się bardziej krytyczna od poprzedniej.

 

Zgodnie z tą regułą, kolejny dzień przebił wszystkie wcześniejsze. Akurat miałem do pokonania najambitniejszą część trasy – po drodze były dwie wysokogórskie przełęcze. Pierwsza miała 1300 m przewyższenia, druga była jeszcze wyższa, bo droga wspinała się aż na 2000 m. To najwyższa przełęcz drogowa w całej południowowschodniej Azji! Dokładnie na kilometr przed ową przełęczą motocykl zapalił się żywym płomieniem, a dokładnie zapaliła się w nim instalacja elektryczna. Moja teoria jest taka – na podjeździe silnik się przegrzał i nastąpiło pod maską jakieś zwarcie, więc kable i wszystko inne spłonęło, bądź się stopiło.

 

Road to Sapa

Pod najwyższą przełęczą o mało nie spłonął mi motor

W pierwszej chwili czmychnąłem na bezpieczną odległość, bo byłem przekonany, że za chwilę paliwo wybuchnie. Pojazd dymił na skraju drogi, ale eksplozji nie było, więc zacząłem kombinować, co tu zrobić. Yamaha była martwa i nie wyglądało, że da się ją jeszcze ożywić, ale przynajmniej nieszczęście zastało mnie w uroczym miejscu. Dookoła góry piękne i wysokie jak Alpy, do tego akurat cudnie zachodziło słońce. W pierwszym odruchu chciałem się rozbić z namiotem tam gdzie stałem, jednak zrobiło sie strasznie zimno i nie miałem nic do jedzenia, więc ostatecznie spróbowałem złapać stopa. Każdy, kto był w podobnej sytuacji wie, że to zadanie niewykonalne na stromych, górskich serpentynach. Przez jakieś pół godziny machałem bezskutecznie do sunących powoli pod górę ciężarówek, a ich kierowcy tylko trąbili i pokazywali kciuka w dół.

 

Sprzedawca pamiątek na skraju drogi na pocieszenie poczęstował mnie herbatą. Od Sapa, gdzie są hotele i warsztaty, dzieliło mnie nie jakieś dwadzieścia kilometrów. Tylko jak tam dotrzeć? Jeden gość, który się zatrzymał i znał trochę angielski, wyjaśnił mi, że raczej nikt mnie stąd nie weźmie. Motocykl to nie rower - tak po prostu nie da się go unieść z drogi i załadować na ciężarówkę. Uświadomił mi jednocześnie, że do przełęczy jest tylko kilometr, więc jeśli uda mi się dopchać Yamahę na szczyt, to potem zjadę sobie na samych hamulcach, napędzany siłą grawitacji. Zabrałem się do roboty i popchałem motorek stromą drogą w półmroku pod górę. Nie było lekko, bo pojazd z bagażem ważył pewnie ze dwieście kilo. Mimo przenikliwego chłodu, na przełęcz dotarłem spocony i wypompowany.

 

Dong Van Karst Geopark

Droga wiła się między górami...

Ze szczytu nic nie było widać. Zrobiło już się całkiem ciemno, a w dodatku góry zasnuła gęsta mgła i widoczność spadła do kilku metrów. Natychmiast odkryłem, że zjazd do Sapa wcale nie będzie taki łatwy, jak przepowiadali miejscowi. O ile wcześniej, po zachodniej stronie przełęczy, droga wiła się stromo w górę serpentynami, to po wschodniej stronie bardzo niemrawo schodziła w dół. Mniej więcej połowa z pozostałych dziewiętnastu kilometrów biegła po równym, albo wręcz pod górę, więc wciąż pchałem pojazd bez świateł poboczem, a tuż obok, we mgle przemykały ciężarówki. Do miasta dotarłem gdzieś po czterech godzinach maksymalnie zmęczony, ubłocony oraz z zszarganymi nerwami. Było już bardzo późno. Szybko znalazłem hotel oraz jakimś cudem wciąż otwarty warsztat. Mechanik nawet nie mrugnął, gdy ujrzał mój osmolony pojazd. W Wietnamie, tak jak w Boliwii i innych podobnych krajach - jeśli wehikuł nie jest całkowicie zmiażdżony albo zwinięty w precelek, to na pewno da się naprawić. Nawet jeśli trzeba będzie go w tym celu rozkręcić do ostatniej śrubki, a potem złożyć ponownie.

Dong Van Karst Geopark

...trawersowała po stokach i wspinała na przełęcze

 

No i rzeczywiście - kiedy rano odwiedziłem właściciela warsztatu, znalazłem Yamahę w kawałkach, rozebraną do gołej ramy. Nie poznałem mojego wspaniałego rumaka, póki mechanik nie wskazał mi go palcem! Części pojazdu walały się na chodniku, a z wnętrza wciąż wystawały pęki zwęglonych kabli. Nic nie wskazywało, że to, co stało przede mną, kiedykolwiek będzie jeździć. Jednak mechanik wydawał się niewzruszony i robił swoje. Dostałem zapewnienie, że jutro rano będę mógł wyruszyć dalej. Trochę podbudowany, pomaszerowałem na wycieczkę w góry. W pobliżu Sapa jest dużo wiosek, gdzie ludzie chodzą w tradycyjnych strojach, uprawiają ryż i żyją tak, jakby czas się zatrzymał, więc nie zabrakło okazji do ciekawych spotkań i zdjęć. Gdy wróciłem wieczorem, mój pojazd był… no może nie jak nowy, niemniej trup został wskrzeszony. Cała instalacja elektryczna została wymieniona, dostałem nowe światła, starter itp. Wszystko za jedyne 60 dolarów! Dla Wietnamczyka to fortuna. Lewy kierunkowskaz nie działał i wskaźniki na tablicy rozdzielczej nic nie wskazywały, ale to nic, bez tego wciąż da się podróżować.

 

Dzień później udało mi się wydostać z Sapa dopiero około południa, bo rano mechanik wciąż jeszcze coś tam poprawiał. Zastanawiałem się, jak daleko zajadę tym razem. Zjazd na dno doliny i podjazd w góry po przeciwnej stronie do Bac Ha był malowniczy, jednak po drodze silnik zgasł kilka razy i nie chciał zapalić. Czyli naprawa starczyła ledwie na pół dnia. W Bac Ha zatrzymałem się w drewnianym hotelu ze skrzypiącymi podłogami i motorek znów trafił do mechanika. Wieczorem pomaszerowałem na obiad do polecanej przez gospodynię knajpy. Siedzieli w niej chyba wszyscy zagraniczni turyści z okolicy, ale jedzenie faktycznie było pierwszorzędne. Z powodu burzy czy też wiatru, przez większą część wieczoru i w nocy nie było prądu. Mieszkańcy Bac Ha okazali się dobrze przygotowani - w sklepach bez problemu można było kupić świeczki i latarki. Widać, że to nie był pierwszy raz.

 

propaganda posters

Ideologiczne bilboardy zaklinają rzeczywistość

Rano zastałem motocykl w takim samym stanie jak w Sapa - rozłożony na części, aż nie do poznania. Mechanik siedział sobie z przyjaciółmi przed warsztatem i grał w grę okrągłymi drewnianymi klockami. Nie spieszyło mu się z naprawą, albo też nie bardzo wiedział, co z tym rozłożonym szmelcem zrobić. Cóż, kiedy wejdziesz między wrony… bez żalu dopasowałem się do tego niespiesznego stylu pracy i pojechałem na wypożyczonym skuterze za miasto, aby zobaczyć lokalny wodospad i świątynię. O drugiej po południu pojazd był gotowy. Przed wyjazdem zaliczyłem jeszcze szybki lunch w znajomym gringo-barze. Kiedy czekałem na posiłek, pod knajpę co rusz podjeżdżały mikrobusy, którymi z jakiegoś powodu masowo zwożono tu na obiad turystów. Większość z nich nie bardzo wiedziała gdzie są i co się wokół dzieję. Obserwowałem jak spanikowana para w strojach jak na safari rozpaczliwie nagabuje obsługę. Przewodnik im się zgubił i nie wiedzieli, jak mają wrócić do hotelu. Nie pamiętali nawet nazwy hotelu, ale na zmianę błaganiem i groźbą próbowali zainteresować kogoś swoim nieszczęściem. Kelnerzy uśmiechali się uprzejmie, lecz żaden nie mówił po angielsku.

 

rice fields

Wszystkie płaskie miejsca wykorzystane są pod uprawy

Z Bac Ha obrałem boczną szosę do Vinh Quang. Pomysł był strzałem w dziesiątkę, bo trasa okazała się najpiękniejsza z dotychczasowych. Droga wiła się między górami, trawersowała po stokach i wspinała na przełęcze, a potem biegła wzdłuż rzeki i brzegiem zaporowego jeziora. Gnałem przez egzotyczny las, mijając niezliczone wodospady. Tylko ostatnie kilometry nieco zepsuły tą sielankę - ręce rozbolały mnie od zaciskania hamulców na bardzo stromym zjeździe po kiepskiej nawierzchni. Vinh Quang okazało się miastem bez wyrazu na zakręcie drogi schodzącej w dolinę. Znalazłem nocleg za dziesięć dolarów w wielkim, nowym hotelu. Dostałem gigantyczny pusty pokój z balkonem. Jedynym meblem, obok ogromnego łóżka z materacem twardym jak deska, był mikroskopijny stoliczek. Na kolację upolowałem jajko, tofu i jakieś warzywa w podłym barze. Zjadliwe, ale już dawno pozbyłem się złudzenia, że Wietnam będzie kulinarnym Shangri-La.

 

Rano powtórzył się codzienny rytuał - motor nie chciał zapalić, więc dopchałem go do najbliższego warsztatu "tuż za rogiem". Ciekawe, czy będzie chociaż jeden dzień bez awarii? Mechanicy jak zwykle próbowali na ślepo różnych sztuczek. W końcu pojazd ruszył, ale godzina i sto tysięcy dongów poszło na straty. Gdy motocykl był w warsztacie, odwiedziłem trzy kafejki internetowe, usiłując wydrukować mapę dalszej trasy. Niestety, w Vinh Quang nie było drukarek i mieszkańcy nie wiedzieli nawet, co oznacza określenie "drukować".

 

sunrice in Ha Giang

Znowu gnałem piękną drogą przez góry z tysiącem zakrętów. Jakoś tym razem nie miałem ochoty do piruetów na motocyklu. Dojechałem do głównej drogi, wypiłem szybką kawę, a następnie odkręciłem gaz do dechy i pomknąłem w stronę miasta Ha Giang – stolicy i bramy do prowincji o tej samej nazwie. Ta najbardziej północna i najbardziej zacofana cywilizacyjnie prowincja Wietnamu jest jednocześnie najmniej dostępna. Powodem są góry, oraz tlący się od lat konflikt z Chinami. Ha Giang historycznie przynależy do Wietnamu, jednak Chińczycy w XV wieku okupowali prowincję i nadal roszczą sobie prawa do tych ziem. Z tego powodu władze wolą wiedzieć, kto tu wjeżdża - każdy cudzoziemiec przybywający do Ha Giang zobowiązany jest zarejestrować się w biurze migracyjnym oraz wykupić odpowiednie pozwolenie. Dokument należy potem okazywać przy meldowaniu się w hotelach oraz na każde wezwanie.

 

Wczesnym popołudniem byłem już w Ha Giang. Odnalazłem biuro migracyjne, a w nim na sofie pojedynczego strażnika w środku poobiedniej drzemki. Gość lekko wkurzony, że go obudziłem, wskazał palcem na drzwi po przeciwnej stronie dziedzińca. "Ach, tam mam iść… Dzięki, kolego!" – karnie podreptałem we wskazaną stronę. Jednak drzwi były zamknięte, wszystkie inne też, więc wróciłem do stróżówki. Zniecierpliwiony strażnik znowu wskazał w tym samym kierunku. Sprawdziłem jeszcze raz – wszystko pozamykane. Kiedy wróciłem po raz trzeci, gość wkurzył się nie na żarty i zaczął coś nadawać podniesionym głosem. Pewnie ciskał we mnie wietnamskie przekleństwa. Wreszcie zrozumiałem, o co mu chodziło. Nie o same drzwi, lecz o tabliczkę przyczepioną do ściany obok. Niech to szlag! Akurat była niedziela - jedyne popołudnie, kiedy biuro było zamknięte! Nie chciało mi się czekać do rana, a więc nici z oficjalnego pozwolenia na wjazd. Wsiadłem na motor i wjechałem do prowincji Ha Giang nielegalne. Byłem podekscytowany przygodą, ale i niespokojny, bo kręciło się tu pełno policji i wojska.

 

Dong Van Karst geopark

Nagle otaczały mnie góry jak kopce kretów-gigantów

Niedługo po tym jak wyjechałem z miasta, wjechałem do geoparku Dong Van Karst i krajobraz zmienił się radykalnie – nagle otaczały mnie góry jak wielkie stogi siana albo jak kopce kretów-gigantów, ustawione jeden przy drugim, a między nimi płaskie, zielone doliny. Kupiłem w jednej z wiosek trochę jedzenia i postanowiłem rozbić po cichu namiot, żeby uniknąć kłopotów związanych z meldunkiem w hotelu. Wieczorem przekonałem się jednak, jak trudno jest w północnym Wietnamie znaleźć ustronne, płaskie miejsce. Wszędzie góry, a jak nie góry, to pola ryżowe z wodą po kolana. Próbowałem to tu, to tam, ale nie wszędzie da się wjechać na motorku. Najpierw zapuściłem się jakąś drogą w bok zupełnie bez sensu, bo nie znalazłem ani kawałka równego terenu i musiałem wracać wertepami po ciemku. Mój rumak z niezbyt mocnym silnikiem ledwie dał radę. Potem omal nie wpadłem w zalane wodą pola ryżowe. Ostatecznie wtoczyłem Yamahę na jakieś poletko kukurydzy tuż obok drogi. Rozbiłem namiot na czerwonej, glinianej ziemi. Karimata okazała się wygodniejsza od wczorajszego łóżka. Zasypiając zastanawiałem się, co zrobię, jak motocykl jutro nie zapali.

 

Dong Van road

Droga do Meo Vac biegnie ponad dnam głębokiego kanionu

Rano - o dziwo – silnik zapalił bez problemu, ale z perspektywy tego, co się wydarzyło po południu, lepiej byłoby gdybym utknął na tamtym polu kukurydzy. Jednak co ma się zdarzyć, to i tak się zdarzy - od nieszczęścia nie uciekniesz. Od rana cieszyłem się słonecznym dniem. Spędziłem kilka godzin wałęsając się po wietnamsko-chińskim pograniczu. Jeździłem po surowym, pozbawionym drzew płaskowyżu, wśród księżycowych krajobrazów i bajkowych gór Dong Van Karst. Zapuszczałem się w boczne, puste drogi, wijące się między gigantycznymi wapiennymi kopcami, albo zjeżdżałem serpentynami w doliny, tylko po to, żeby zobaczyć pejzaż z innej perspektywy lub zrobić parę zdjęć. Wczesnym popołudniem wydostałem się z geoparku słynną drogą do Meo Vac. Z miejscowości Dong Van, przez około dwadzieścia kilometrów szosa, wycięta w stromych stokach gór, biegnie ponad dnem głębokiego kanionu. Widoki przyprawiały o zawrót głowy, a ja najwyraźniej straciłem koncentrację.

 

Wyprzedzałem ciężarówkę na wąskiej, krętej drodze; potem ona mnie, bo wietnamskiemu kierowcy duma nie pozwoliła dać się prześcignąć białasowi na motorku. Szarża kierowcy oraz moja chwila nieuwagi i... Pamiętam przerażenie,

Dong Van road

Wyprzedzałem ciężarówkę na wąskiej, krętej drodze...

ból i widok ciężarówki od spodu. I szok, kiedy zobaczyłem swoją prawą nogę – rozkwaszone kolano, pozbawioną skóry łydkę oraz kość przezierającą w miejscu wyrwanego fragmentu stopy. I ulga, że jednak żyję i że mogę się podnieść. Kierowca, który zepchnął mnie z drogi, nawet się nie zatrzymał. Jacyś wieśniacy podbiegli i pomogli mi podnieść motocykl, a następnie zawlekli mnie do najbliższej zagrody. Gospodarz wyskoczył z plastikową butelką i zaczął polewać moją zmasakrowaną nogę… benzyną. Takie tu mają radykalne sposoby na odkażanie ran. Nie zdołałem wytrzymać tego zabiegu dłużej niż przez kilka sekund i przegoniłem go w diabły. Długo i rozpaczliwie żebrałem o miskę wody, jednak nikt nie rozumiał, o co mi chodzi, póki sam nie doczłapałem do studni. Potem przez kilkanaście minut przemywałem rany wodą wykorzystując strzępy nogawki i zastanawiałem się, czy zdołam wgramolić się na motocykl i dojechać do najbliższej miejscowości. Bite dwie godziny jazdy! Szybko doszedłem do wniosku, że jak sam się nie pozbieram, to nikt mi tu nie pomoże, bo na wietnamskiej wsi nie ma karetek pogotowia. Przez ostatnie dwa tygodnie nie widziałem ani jednego ambulansu. Nawet w stolicy! A prowincja Ha Giang jest najbardziej zaniedbana i odludna.

 

Łyknąłem garść tabletek przeciwbólowych, pozbierałem się jakoś, wgramoliłem na siodełko i pojechałem. Prawa ręka bolała nawet, kiedy delikatnie dodawałem gazu (po powrocie do Europy okazało się, że mam złamane dwie kości dłoni), powiew wiatru powodował pieczenie odkrytych ran i przyklejał się do nich pył z drogi. Motor był poobijany - silnik po drodze gasł i wtedy naprawdę czułem się bezradny. Zapamiętałem taką sytuację: stoję i czekam, aż walec na remontowanym kawałku drogi wyrówna asfalt i robotnicy pozwolą przejechać. Silnik w rozbitym motorze zgasł i nie chce zapalić, a ja nie mam już siły, żeby zleźć z siodełka i spróbować zapalić na popych. Czuję, jak krew ścieka mi do buta i mam wrażenie, że zaraz zemdleję, a kierowcy w kolejce za mną poganiają mnie trąbieniem…

 

Wounds

Wietnamczycy wołali: "Hej, człowieku, masz coś na nodze!"
"Dziękuję, nie zauważyłem" - odpowiadałem im po polsku.

Jednak wiedziałem, że muszę liczyć na siebie i dojechać gdzieś, gdzie jest jakaś pielęgniarka, bądź lekarz. W najbliższym miasteczku zajechałem do pierwszego z brzegu hotelu, sprawdziłem w Internecie jak jest "tężec" po wietnamsku i gdzie jest powiatowy szpital. Doszedłem do wniosku, że nie dam rady dojść tam piechotą, więc znów przez kilkanaście minut bezskutecznie próbowałem odpalić motocykl. Problem polegał na tym, że podwórko hotelu było sporo poniżej drogi i żeby do niej dotrzeć, trzeba było pokonać stromą rampę. Ostatecznie, zapierając się tylko jedną nogą i pokrzykując z bólu, wypchnąłem powoli trupa Yamahy po rampie na szosę i puściłem się powoli z górki, aż silnik zapalił.

 

Do końca życia nie zapomnę widoku szpetnego wiejskiego szpitala, z dziurami w ścianach zamiast drzwi i okien, metalowymi łóżkami bez materacy i pacjentami bez nadziei w oczach. Za dziewięć dolarów dostałem zastrzyk przeciwtężcowy, reklamówkę leków, zaś lekarka wyczyściła mi na żywca rany, grzebiąc w najgłębszej z nich jakimś narzędziem i wlewając doń całą butelkę wody utlenionej. Inna dziewczyna w tym czasie trzymała mnie za rękę, a gdy spojrzała mi w oczy, łzy pociekły jej po policzkach. Ciekawe, czy operacje też robią tu na żywca? Mimo cierpienia, zabawny był widok ludzi na ulicy co rusz wskazujących palcami na moją pozbawioną skóry łydkę i z przejęciem trajkoczących coś po wietnamsku. Pewnie wołali: "Hej, człowieku, masz coś na nodze!" Ja grzecznie odpowiadałem po polsku: "Ach, rzeczywiście! Dziękuję, nie zauważyłem". Ale fakt - przyjemnie jest wciąż mieć nogę. Nie tylko ocaliłem życie, ale i coś jeszcze. Gdyby rana na prawej kostce była choć odrobinę głębsza, to już pewnie nigdy nie wystartowałbym w żadnym maratonie.

 

Prosto ze szpitala pojechałem do mechanika, zostawiłem grata i powoli pokuśtykałem do hotelu. Z motorkiem nie było aż tak źle - już następnego dnia wyruszyłem w dalszą podróż. Gorzej ze mną. Tydzień minął, zanim rany zaczęły się trochę goić i jeszcze długo po powrocie do Europy musiałem chodzić na zmiany opatrunków.

 

Vietnamese children

Dzieci nic od ciebie nie chcą,
w przeciwieństwie do dorosłych.

Mimo wszystko jazda motocyklem okazała się łatwiejsza niż chodzenie - w ciągu kolejnych dziesięciu dni dokończyłem kółko wokół północnego Wietnamu – dotarłem m.in. nad otoczone lasami górskie jezioro Ba Be oraz na wyspę Cat Ba w zatoce Halong. Ostatniego dnia w Hanoi sprzedałem Yamahę – przez trzy tygodnie bardzo się z gratem zżyłem – tyle dostarczył mi przygód, radości i cierpienia. Tak wiele się wydarzyło, a pamięć jest zawodna. Wszystkie te krajobrazy, momenty, spotkania, tabun dobrych i złych ludzi mijanych po drodze... Tylu Wietnamczyków chciało mnie oskubać z pieniędzy, niewielu chciało pomóc. Bezinteresowność znika w socjalizmie. Zresztą jaka to różnica - kapitalizm czy socjalizm? Wietnam poza czerwonymi dekoracjami nie ma w sobie nic z komunizmu. Kapitalistyczna przepaść między tymi, co mają i tymi co nie mają jest ogromna. Kapitalistyczna pogoń za pieniędzmi i rzeczami jest taka sama, jak gdzie indziej. Socjalistyczne jest tylko wszechobecne cwaniactwo. A może i to jest kapitalistyczne, produkt amerykańskiej inwazji? To cwaniactwo i wyrachowanie jest najsmutniejsze i najbardziej irytujące. I to jest największą różnicą między Azją i Ameryką Południową. W Ameryce nikt nie jest przesadnie usłużny, nikt nie robi sztucznych umizgów. W Azji cała ta usłużność jest fasadą, nakierowaną na wyciąganie kasy. Jeśli nic nie kupisz, uśmiech natychmiast znika, zastąpiony złością i agresją. Dobre i niewinne są w Wietnamie tylko dzieci. I jedynie one znają odrobinę angielski. Gdziekolwiek się nie ruszysz, dzieciaki wołają do ciebie "Hello!" i nic od ciebie nie chcą, w przeciwieństwie do dorosłych.

 

Dobrzy są też napotkani podróżnicy. Ci zawsze chcą pomagać, choć zakres oferowanej pomocy u społeczeństw zachodu jest ściśle skalkulowany i ograniczony. Taki przykład: Godzinę po wypadku natknąłem się na parę Hiszpanów na rowerach i zapytałem czy nie mają apteczki. Wyciągnęli, co mieli, gdy tylko ujrzeli moje kolano, łydkę i łokcie we krwi, oraz wyrwaną dziurę w stopie, ale od razu zastrzegli, żebym nie zużył im całej jodyny i wszystkich gazików, bo mogą jeszcze potrzebować. Polacy w podróży bywają chlubnym wyjątkiem i okazują empatię, na którą próżno byłoby liczyć w kraju. Na przykład para rodaków

Tina and I

Selfie z Tiną dzień po wypadku

napotkana na promie z Cat Ba – kiedy usłyszeli, że nie zdołałem na wyspie wypłacić pieniędzy, bez ceregieli dali mi parę groszy na benzynę, żebym zdołał dojechać do najbliższego bankomatu.

 

No i kupiony pierwszy w życiu motocykl! Podróż motorkiem ma swój romantyczny urok, odmienny od podróży rowerem. Wszystko odbywa się dużo szybciej i łatwiej. Krajobrazy migają przed oczami, łatwiej coś przeoczyć. Trudniej też o kontrakt z ludźmi i z przyrodą, ale człowiek się nie umęczy i jednak można w krótkim czasie sporo zobaczyć. Interakcja z otoczeniem jest siłą rzeczy o wiele bardziej powierzchowna, ale co zrobić, jak się ma niewiele czasu. No i łatwiej jest stracić życie. Wietnam to kraj szaleńców, którzy na drogach nie szanują życia swojego i innych. Chociaż, trzeba przyznać, wypadek był częściowo moją winą. Bardziej doświadczony motocyklista nie dałby się zepchnąć na pobocze, albo lepiej opanował pojazd. Doświadczenie okupione kolosalnym bólem, którego nie zapomnę i utraconym maratonem w Łodzi.

 

Powrót do góry

l>